Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

4898 miejsce

Karnawał Sztukmistrzów - Lublin epicentrum nowego cyrku

Przyznaję, że po ośmiu latach mojej przygody z Lublinem doznałam absolutnego szoku w czasie karnawału, który się właśnie zakończył: spontaniczność gigantycznych tłumów przerosła moje najśmielsze oczekiwania.

 / Fot. karnawałPo wielu latach mieszkania w Lublinie i obserwowania jego życia wreszcie dołączyłam do karnawałowej publiczności - i przeżyłam rzeczy zaskakujące. Tłumy i szpalery wzdłuż ulic i na placach w tym mieście dotyczą normalnie dwóch rodzajów wydarzeń: politycznych, czyli protestów (rzadko) oraz religijnych (pogrzeby, święta, etc - często). Dochodzi do tego Noc Kultury, krytykowana coraz bardziej za mało ciekawy program, który wyrównuje raczej braki kulturalnych abnegatów i nie oferuje niczego nowego zaangażowanej na co dzień publiczności - mamy więc raz w roku niesamowity tłum na ulicach. I wreszcie Karnawał, który przyciągnął gigantyczny tłum, a ten zachowywał się wspaniale.

Owszem, tłum organizacyjnie jest problematyczny i tutaj należy się wielkie zażalenie: wielu rzeczy nie widziałam, bo nie było to możliwe. Egalitarna idea spotkania artystów z widzami na chodnikach jest piękna i absolutnie ją popieram, ale chodnik ma to do siebie, że przy takim tłumie występ widzi nikły procent. Reszta frustruje się brakiem widoczności i śmiechem tych, którym się udało. Za rok warto pomyśleć o kamerach i telebimach - chętnie siedzielibyśmy sobie w knajpie za plecami artysty, popijali Perłę i obserwowali akcję na telebimie, skoro już i tak nie mamy szans być bliżej.

Wreszcie artystycznie festiwal był bardzo specyficzny. Przede wszystkim dlatego, że ogromny nacisk położony został na ulicę (nowy cyrk aż się o to prosi) - dominowała sztuka spontaniczna, interakcyjna, wymagająca od widza sporej elastyczności i poczucia humoru. I tym zdecydowanie imponowali zgromadzeni w Lublinie festiwalowicze - nie podejrzewałam ich o takie dozy poczucia humoru, otwarcia na prowokacyjne sztuczki i aktywnego udziału, nawet tam, gdzie oznaczało to spalony kapelusz i utratę obiadu.

Cyrkowcy na ulicy mieli ważne zadanie do spełnienia: przełamanie barier i włączenie widza do spektakli, jakkolwiek niedorzeczne by one nie były. Świetnie sprawdzał się w tej roli Shiva Geneva - żartem prostym, w normalnych warunkach raczej mało zabawnym, spontaniczną akcją i mnóstwem improwizacji (widziałam dwukrotnie "Pigeon Chaser" i za każdym razem już od samego początku nabierał on różnej dynamiki), kpiną i łatwością w szybkim reagowaniu na otoczenie zdobywał sobie szybko sympatie i zaangażowanie widzów. Odgrywanie King Konga na szyldzie festiwalu, rzucanie jedzeniem z McDonalda i wyjmowanie zaskakująco dużej liczby fantów z walizki to tylko namiastka jego kreatywności.

Bardzo popularny był też Bill Bombadill, który nie zrobił na mnie szczególnego wrażenia - te sztuczki widziałam już w wielu miejscach. Ale dla publiczności zdecydowanie rzadko mającej do czynienia z nowym cyrkiem mogła być to atrakcja (Bill pił wodę przez rurkę ze szklanki, która stała na kijku, a ten oczywiście miał na głowie) - był względnie zabawny, brakowało mi tylko jakiejś historii w tych dość przypadkowo połączonych sztuczkach. Just Edi to raczej typ cwaniaczka cyrkowego, trochę seksualnych odwołań i kpiny z publiczności, ale tłumy dookoła znów mówiły, że popisy robił ciekawe. Pozostaje mi więc wierzyć na słowo.

Pięknie sprawdzali się uczestnicy Urban Highline w kameralnej, przytulnej architekturze lubelskiej starówki - można by ich obecność między kamienicami rozpatrywać na tylu różnych poziomach, zaczynając od sprawności, która dostępna i pociągająca jest dla wielu, adrenaliny ubezpieczonej pasami, wreszcie estetycznie ekscytującym zestawieniem postaci na linach przechodzących z jednego zabytkowego okna do drugiego, postaci na tle podświetlonych wież, przebierańców i roznegliżowanych przystojniaków. A to i tak nie koniec możliwości.

Zdarzały się muzyczne atrakcje, te jednak nie do końca sprostały oczekiwaniom - ale to festiwal cyrkowy, więc przysługuje znacznie większa doza tolerancji wobec artystycznej reszty. Kwadratowi przynudzali w klubie festiwalowym - rozumiem dowcip, ale partaczenie szlagierów przez dwie godziny, nawet jeśli poszatkowane zabawnymi sytuacjami i tekstami, i nawet jeśli to są Mitche, potrafi zniechęcić każdego. Asphalt Theatre, izraelska grupa grająca bałkańsko na wielu dęciakach i perkusji, wszystko w trakcie wykonywania akrobacji, też nie zrobiła na mnie większego wrażenia: ale tutaj kompromis między fizyczną ekwilibrystyką i próbą zagrania przyzwoitego koncertu musiał się skończyć specyficznymi efektami, ani to bardzo dobre, ani bardzo złe. Za to kontakt z publicznością mieli znakomity.

Spektakularne rzeczy na Farze zdecydowanie mnie zawiodły: "Slapstic Sonata" była co prawda pięknym występem, przygotowanym przez Cyrk La Putyka, mimo świetnej scenografii, masy rekwizytów i fizycznych możliwości cyrkowców, którzy połączyli balet z akrobacją, taniec współczesny z gimnastyką, skoki na dźwigni z popisami na linach, wszystko w eleganckiej retro formule i z fantastyczną oprawą muzyczną. Brakowało mi historii, która spoiłaby te niesamowite wybryki i sprawiła, że po ponad godzinie oglądania jednak nie byłabym znudzona występem. Niestety, jest to dość powszechna bolączka w dziedzinie, która próbuje pogodzić ogromne nakład pracy nad sprawnością fizyczną z talentami aktorskimi, scenicznymi na wysokim poziomie. To się może udać nielicznym, a pozostałym po prostu brakuje skromności i utemperowania, żeby dać sobie z takim wysiłkiem spokój. Efekty są, jakie są. Jeszcze gorzej odebrałam KaraKasa Circus, w którym upakowano filozofię i Holokaust, opisując to poetycko i literacko w katalogu festiwalowym i dając artystom do dyspozycji gigantyczną, dobrze wyposażoną przestrzeń. Zamiast inspirującej sztuki dostaliśmy jednak znów chaotyczną papkę składającą się z wielu ładnych, dopracowanych, uroczych momentów, w których akrobaci tworzyli niekończące się wieże z ciał, a z parasoli leciał deszcz konfetti, cała treść pokazu była jednak wybitnie umiejętnie pochowana i znów nuda nad nudy. Ja rozumiem, że wszyscy chcą robić wrażenie i cyrk ma w sobie ten element ekscytacji i rozdziawienia, ale da się to osiągnąć innymi środkami, czasem też warto przemyśleć zatrudnienie sprawnego scenarzysty.

Chyba najsprawniejsi w tej kwestii byli klauni z Chile: Murmuyo i Metrayeta oraz francuski skład Inextremiste. Ach, i jeszcze polski Bandit Queen Circus.

Ci pierwsi to duet popiskujących mimów, którzy wchodzą w przestrzeń miejską i czynią z niej swoją scenę. Kluczem jest improwizacja i spontaniczna interakcja z rzeczywistością, w której nagle wszystko staje się możliwe. Klauni zahipnotyzowali tłumy, włączali je do gry, przekraczali bariery i bawili do łez. Były więc zatrzymywane samochody, wyciągane z nich łubianki, wycieraczki, koce, pasażerowie, kierowcy, sceny miłosne i płomienne spory, wchodzenie na balkony kamienic i dobijanie się do środka, niszczenie map i zabieranie ludziom ich dobytku, żeby rozdać go reszcie, a nawet kładzenie się pod autobusami. Pokaz spektakularny, trudny logistycznie (niestety, tu znów nie podołano - stres wolontariuszy i ochrony świadczył o tym, że całość została po prostu źle zaplanowana, nie mówiąc już o tym, że marna część widzów mogła z tego skorzystać), minimalistyczny w środkach i genialny jeśli chodzi o efekty. I to jest siłą nowego cyrku.

Podobnie wypada Inextremiste, z wyglądu rzecz siermiężna, cyrkowa oprawa tego występu to rdza, stare dechy i metal, ale okazuje się, że na tych kilku dosłownie prostych środkach (dynamit, bomba, arabski flet, kilka zdjęć, trampolina, butla z gazem, zapalarka, trochę ognia, trochę prądu, trochę umiejętności aktorskich) można oprzeć ciekawą historię, która żadną wirtuozerią nie jest - ma interesować, przerażać, bawić, włączać i wciągać przede wszystkim. Pomysł i technika dominują nad nawet najlepszymi cyrkowymi rozwiązaniami i okazuje się, że historia terrorysty - nieudacznika, który desperacko próbuje się zabić, ma potencjał wyeksponowania znów najlepszych cech nowego cyrku: sprężystości ciała, prostoty fabuły, żartu i grozy, w których przy okazji doszukiwać się można głębszego przekazu.

Wreszcie polski Bandit Queen Circus z ich "It's a Freak Show" rozwalili publiczność na łopatki. Nowy cyrk dla dorosłych, w którym sześć bardzo mocno zarysowanych charakterów, takich co do których mamy od razu jakieś uczucia i opinie, prezentuje swoje historie i popisy. I choć była to także plejada wszelkiej maści cyrkowych sztuczek, to temu zespołowi udało się znaleźć dla tego faktu dobre spoiwo: kabaretowa formuła (taki paryski kabaret raczej, a może raczej kabaret z filmów Almodovara), ciemne, ironiczne, niestereotypowe postaci, fantastyczne stroje, doskonała muzyka i po prostu występ wariatów, tak jak to tytuł anonsował. Mieliśmy więc psychopatę z ogniem na rękach, który żonglował piłami motorowymi, postać a'la Joker Ledgera, który znał szarlatańskie sztuczki z ukrywaniem rzeczy, transwestytę śpiewającego o pedofilu w cyrku, piórach i lwach, superseksowną tancerkę zaledwie w majtkach i przyklejonych do sutków frędzlach (okazało się, że z penisem na dodatek), kobietę bez kości, która wyszła z kombatanckiego bezwładu, wyjęła z pudełka zdjęcie Lenina i wlazła do mikroskopijnego akwarium w całości... Wreszcie dziewczę, które tego chaosu na swój sposób doglądało, czasem wsadziło sobie korkociąg w nos albo zrobiło inny elegancki trik.

Karnawał Sztukmistrzów to mimo wszystkich zastrzeżeń szalenie ważna impreza w Polsce - jedyne wydarzenie tego rodzaju, przyciągające tłumy osób i poszukujące różnych repertuarowych rozwiązań, dzięki czemu, mimo niedociągnięć, publiczność może poszukiwać i poznawać cyrkową rzeczywistość. Ja już się dałam uwieść tej imprezie i wrócę tu pewnie za rok, żeby znowu przechadzać się staromiejskimi uliczkami i wypatrywać na nich kolorowych wariatów. Lublin okazał się doskonałą szkatułką na magiczne rekwizyty.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Zobacz także:

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.