Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

1669 miejsce

Kartka z kalendarza włóczykija

Są takie momenty, że człowiek ma już wszystkiego dosyć. Najchętniej rzuciłby całe dotychczasowe życie, spakował plecak i wyruszył w nieznane. Są i tacy, którzy ten krok uczynili...

Wesoły i pusty autobus do Siem Reap / Fot. David SchwalkKażdy dzień jest dla mnie niemałym zaskoczeniem. Budzę się rano i próbuję sobie przypomnieć gdzie jestem i dokąd zmierzam. Otwieram oczy i planuję następną godzinę mojego życia. Nie dłużej. Jedną godzinę tylko.

Dzisiejszy dzień był jednym z tych, które będę wspominał długo. Nie wydarzyło się nic strasznego. Bynajmniej! Oby takich dni jak najwięcej.

Pisząc ten tekst siedzę na werandzie hostelu w centrum miasteczka Siem Reap w Kambodży. Jeszcze otwierając powieki rano nie wiedziałem, że tu wyląduję. Ostatnią noc spędziłem w obskurnym hotelu w Poi Pet, miejscowości leżącej na granicy z Tajlandią. Historia znalezienia się w nim była nieco kuriozalna. Granicę udało mi się przekroczyć nadzwyczaj sprawnie, w kilka minut. Tuż za nią obskoczyli mnie naciągacze. „Where are you going?” krzyczał jeden za drugim. Gdy moje niewzruszone ignorowanie zapytań nie funkcjonowało i naciągacz zbyt natarczywie indagował, odpowiadałem „to Thailand”, choć przecież stamtąd właśnie przyszedłem. „To w przeciwną stronę.” - słyszałem w odpowiedzi. „Tak, wiem.”

Do naciągaczy jestem już przyzwyczajony, są plagą północnej Afryki, ale te kambodżańskie dzieci proszące o kupienie im jedzenia na straganie ze smażonymi rybami, są ciosem poniżej pasa. Proszę, jestem głodna – pokazuje około pięcioletnia dziewczynka. Wskazuje palcem na stoisko i mruczy pod nosem „mniam, mniam”, głaszcząc się po brzuszku. Niewzruszony udaję, że tej bandy nie zauważam, choć szarpią mnie za spodnie, niczym sutannę misjonarza na Filipinach. Ruch tu jak w Rzymie, ludzie na siebie wdeptują. Dzieci nie miałyby żadnego problemu ze zdobyciem resztek, bądź uzyskaniu kilku monet za zakup miski zupy. Naciągają wyłącznie przy straganie ze smażonymi rybami, które sprzedawca ceni, niczym kawior na Manhattanie.

Przechodzę ten cały zgiełk, nie wydawszy ani monety. Jeszcze jest jasno, ale słońce chyli się powoli ku upadkowi. Co dalej, zapytuję siebie w myślach... Zostaję tu, czy mknę gdzieś dalej? Sprawdzając na mapie w smartphonie swoją lokalizację, przystaję. Rozglądam się dookoła. Po drugiej stronie stoi biały mężczyzna z Chińczykiem. Widzi mnie nieco zakręconego i krzyczy przez ulicę „Mogę Ci jakoś pomóc?”. Idę do niego narażając życie pięciokrotnie. Przejście przez kairską ulicę jest betką w porównaniu z kambodżańską. „Nie wiem w sumie czy możesz mi pomóc, bo nie wiem jeszcze jaki mam problem” - zagajam. „Ale miło jest do kogoś buzie otworzyć, bo tu angielskiego nikt nie zna” dodaję.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Bardzo interesująca relacja, z przyjemnością przeczytałam.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.