Facebook Google+ Twitter

Katar, a sprawa polska

Elity polityczne naszego kraju bardziej niż w partie organizują się w koterie polityczno-towarzyskie, których nie łączy żadna spójna wizja Polski, ani pomysł na rozwiązanie jej problemów, a jedynie dążenie do zdobycia władzy.

Podczas niedawnych Mistrzostw Świata w piłce ręcznej, odbywających się w Katarze, wiele kontrowersji wzbudziła drużyna gospodarzy. Zamożny kraj znad Zatoki Perskiej do organizacji turnieju podszedł niezwykle ambitnie nie tylko pod względem organizacyjnym, budując wystawne hale, ale także sportowym. O ile w pierwszej kategorii zasilany „petrodolarami” budżet emiratu pozwala nie tylko rywalizować, ale wręcz deklasować większość państw zachodnich, o tyle poziom piłki ręcznej w Katarze zawsze pozostawiał wiele do życzenia. Każdy, nawet średnio interesujący się tą dyscypliną sportu, kibic wie, iż prymat w tej kategorii wiodły zawsze państwa europejskie i to one dominowały w każdych kolejnych rozgrywkach. Chcąc zniwelować tę różnicę katarscy szejkowie po prostu opłacili światowej klasy piłkarzy ręcznych z kilku państw europejskich, głównie tych, których reprezentacje nie zakwalifikowały się na turniej, i zamienili swą narodową drużynę w grupę najemników. Zabieg zakończył się pełnym powodzeniem, gdyż pozbawiona dotychczas większych osiągnięć reprezentacja Kataru (jeśli można jeszcze ten zespół określić w taki sposób) dotarła aż do finału, w którym uległa Francji. Sprawa wywołała słuszne oburzenie kibiców na całym świecie, którzy podkreślali upadek ducha sportowej rywalizacji i samej piłki ręcznej. Oburzenie było tym większe, iż tych katarskich najemników wyraźnie wspierali sędziowie, których decyzje bywały w najlepszym razie kontrowersyjne. Z kolei widok Serbów, Francuzów i innych europejskich zawodników śpiewających z ręką na piersi hymn Kataru był wręcz groteskowy i budził sprzeciw, zwłaszcza, iż jak się później okazało, obowiązek nauczenia się państwowej pieśni emiratu zapisany był w kontrakcie. Nic więc dziwnego, że w finałowym meczu drużyna francuska mogła liczyć na wsparcie nie tylko własnych rodaków. Wraz z zakończeniem mistrzostw opadły jednak również emocje z całą sprawą związane. Ten obraz klęski sportowej idei i triumfu koniunkturalizmu sprzed kilku miesięcy teraz jednak wraca jako żywy, choć w innej sprawie i z inną dziedziną życia jest związany.

PO jak Katar
Skojarzenia z najemną reprezentacją Kataru wróciły przy okazji od sportu bardzo odległej. Konkretnie w świetle medialnych relacji z Rady Krajowej Platformy Obywatelskiej, która miała miejsce na początku września. Oto partia rządząca ogłosiła „niespodzianki”, umieszczając na swoich listach trzy osoby o znanych nazwiskach: Ludwika Dorna, Grzegorza Napieralskiego i Michała Mazowieckiego, syna Tadeusza, legendy demokratycznej opozycji i pierwszego niekomunistycznego premiera po II wojnie światowej. Tej ostatniej kandydatury nie chcę oceniać. Działalności młodego Mazowieckiego nie znam, nie słyszałem wygłaszanych przez niego poglądów. Ograniczę się więc tylko do wyrażenia współczucia z powodu towarzystwa, w którym stanął na tle baneru PO.
Pozostali dwaj panowie są bowiem krzyczącym przykładem politycznego koniunkturalizmu i bezideowości. Ludwik Dorn był swego czasu nazywany „trzecim bliźniakiem” z powodu swoich bardzo bliskich związków z Kaczyńskimi. Razem z nimi zakładał PiS, ramię w ramię z nimi budował IV RP, wobec której sprzeciw wyniósł Platformę Obywatelską do władzy w 2007 roku. Ta druga partia od lat buduje wizerunek antytezy PiS. Nie przeszkadza jej to jednak uczynić jednego z „ojców założycieli” Prawa i Sprawiedliwości liderem wyborczej listy. Podobnie rzecz ma się z Grzegorzem Napieralskim, który jeszcze nie tak dawno pozbawiał Wojciecha Olejniczaka funkcji szefa SLD w wewnątrzpartyjnej rywalizacji, będąc reprezentantem silnego w tym ugrupowaniu postkomunistycznego aparatu.
W ten sposób rządząca partia wykazała się lekceważeniem własnych wyborców i daleko posuniętą bezideowością. Trudno bowiem inaczej określić sytuację, w której ugrupowanie przyciąga do swoich szeregów czołowe postaci konkurencji, dając im w dodatku eksponowane miejsca na wyborczych listach, często kosztem znacznie bardziej ideowych, niekiedy ciężko pracujących „w terenie” własnych wieloletnich działaczy. Sprawa jest warta tym większej uwagi ponieważ nie jest to pierwszy taki krok ze strony PO. Już wcześniej przyjmowała ona w swoje szeregi polityków dotychczas kojarzonych z konkurencją. Trzeba tu wymienić chociażby Radosława Sikorskiego, Bartosza Arłukowicza, Joannę Kluzik-Rostkowską czy Antoniego Mężydło. Uzasadnieniem takich ruchów zawsze była walka w PiS, w myśl logiki antytezy omówionej wyżej. Ten sposób myślenia PO na poziomie generalnym jest wewnętrznie spójny i dla wielu przekonujący, tyle tylko, że jednoczesne zapraszanie ważnych przedstawicieli drugiej strony barykady i obsadzanie ich w roli czołowych postaci własnej formacji, czyni go wręcz intelektualną ekwilibrystyką. Szczególnie, że przyjęcie Ludwika Dorna jest przekroczeniem kolejnych granic. Żaden z polityków, którzy dotychczas zasilali szeregi Platformy nie był bowiem dla konkurencji aż tak ważną postacią jak Dorn dla PiS. Polityka transferowa PO weszła zatem na nowy poziom, którego do tej pory nie znała.
Dla lepszego wykazania absurdalności takiego postępowania, posłużę się przykładami. Gdyby taki sposób budowania listy kandydatów miała przyjąć niemiecka chadecja, powinna w ramach stawiania zapory przeciwko SPD udzielić poparcia Gerhardowi Schroederowi, a brytyjska Partia Konserwatywna w ramach obrony Zjednoczonego Królestwa przed rządami laburzystów poprzeć Tony Blaira. Fakt, że w obydwu wymienionych krajach tego typu działania są absolutnie niewyobrażalne, dużo mówi o standardach polskiej demokracji.
Postępowanie partii rządzącej wywołało lawinę komentarzy. Internet zareagował z humorem. Pojawiły się informacje, że „jedynką” na krakowskiej liście PO będzie Kazimierz Wielki. W Legnicy Platformę do zwycięstwa miał poprowadzić Henryk Pobożny, a w Warszawie Abraham Lincoln, zapewne w trosce o głosy Polonii. Za tymi sarkastycznymi komentarzami kryło się jednak zniesmaczenie i oburzenie.

Polityka transferowa
Gwoli uczciwości trzeba zaznaczyć, że tego typu działania nie są domeną PO. Przeciwnie – stosując po raz kolejny sportowe analogie można powiedzieć, że przed każdymi kolejnymi wyborami w Polsce otwiera się okienko transferowe, a więc okres gdy ugrupowania polityczne wzmacniają swoje szeregi ważnymi postaciami konkurencji.
I tak; Prawo i Sprawiedliwość zasłynęło ściągnięciem do swego obozu (choć nie bezpośrednio do partii) Jarosława Gowina, kiedyś ministra sprawiedliwości w rządzie Donalda Tuska, wraz z grupą polityków drugiego szeregu, którzy byli z nim związani. Wcześniej szeregi ugrupowania Jarosława Kaczyńskiego „wzmocnił” największy obieżyświat polskiego systemu partyjnego, czyli Ryszard Czarnecki, a także takie postaci jak Zyta Gilowska czy Zbigniew Religa. Oboje wcześniej utrzymywali związki z PO, szczególnie silne w przypadku Gilowskiej.
Swoje osiągnięcia transferowe ma również PSL, który ściągnął do swojej politycznej drużyny prawie połowę posłów dawnego Ruchu Palikota, a nawet Janusz Korwin-Mikke. Ten ostatni na fali relatywnego sukcesu w wyborach do Parlamentu Europejskiego zdołał sprowadzić do swojego politycznego klubu dwóch posłów związanych wcześniej z PiS, czyli Przemysława Wiplera i Tomasza Górskiego. Gorączka przedwyborczych wzmocnień najmniejsze natężenie osiągnęła na lewicy, jednak ta strona polskiej sceny politycznej przeżywa głęboki kryzys, przez co ugrupowania tam ulokowane są stosunkowo mało atrakcyjne. Trzeba też jednak pamiętać o mniej widocznych medialnie transferach na szczeblu samorządowym, w których każda z ważnych na scenie politycznej partii ma swoje dokonania. Cała ta polityka transferowa coraz bardziej przypomina rozgrywki klubowe, a coraz mniej poważne podchodzenie do wyborców i ich problemów. Oczywiście w istniejących obozach politycznych działa również wielu ludzi bardzo ideowych, którzy rzeczywiście ciężko pracują na rzecz wspólnego dobra. Jednak polityka personalna kierownictwa ich ugrupowań budowana jest na zasadach podobnych do tych, które przyświecały katarskim szejkom przed Mistrzostwami Świata.

Partie czy kluby?
Według klasycznej i najbardziej rozpowszechnionej definicji partia polityczna jest to „dobrowolna organizacja społeczna o określonym programie politycznym, mająca na celu jego realizację poprzez zdobycie i sprawowanie władzy lub wywieranie na nią wpływu”. Skala zjawiska, jakim są transfery między politycznymi ugrupowaniami, każe zastanowić się, czy nasze partie polityczne są nimi w istocie.
Nikt oczywiście nie wątpi, że podstawowym celem PO, PiS, PSL i innych ugrupowań jest zdobycie i utrzymanie władzy. By być jednak partią polityczną w świetle najbardziej podstawowej definicji trzeba jeszcze dysponować określonym programem politycznym. Wypełnienie tego warunku czołowym ugrupowaniom na krajowej scenie politycznej przychodzi z najwyższym trudem. Trudno bowiem dostrzec jakąkolwiek myśl ideową, która byłaby wspólna dla Ludwika Dorna, Romana Giertycha, Grzegorza Napieralskiego, Radosława Sikorskiego i Bartosza Arłukowicza – dziś wszyscy oni znajdują się w Platformie Obywatelskiej. Podobnie sytuacja wygląda u konkurencji.
Dowiedzenie związków ludzi wprowadzonych do Sejmu przez Janusza Palikota z ruchem ludowym byłoby wielkim zadaniem intelektualnym godnym umysłu Wincentego Witosa czy Stanisława Thugutta, gdyby tylko ktoś w ogóle podjął próbę ideowego uzasadnienia tych transferów. Zastanawiające jest także jak znani ze swoich liberalnych poglądów na gospodarkę Zyta Gilowska i Jarosław Gowin czują się w przedstawiającym lewicowe propozycje ekonomiczne Prawie i Sprawiedliwości. Wszystko to prowadzi do wniosku, że polskie ugrupowania polityczne przypominają partie w tym samym stopniu co wspomniana na samym początku drużyna Kataru reprezentację narodową. Tak jak zespół z Zatoki Perskiej jest raczej grupą sportowych najemników, którzy za odpowiednio wysoką opłatą gotowi są nawet nauczyć się hymnu katarskiego Emiratu, tak elity polityczne naszego kraju bardziej niż w partie organizują się w koterie polityczno-towarzyskie, których nie łączy żadna spójna wizja Polski, ani pomysł na rozwiązanie jej problemów, a jedynie dążenie do zdobycia władzy.
Nie zamierzam przyłączać się tym artykułem i postawioną wyżej tezą do chóru modnej dzisiaj w Polsce za sprawą Pawła Kukiza krytyki systemu partyjnego, która w swoim najostrzejszym wymiarze sprowadza się do postulatu jego zniesienia. Przeciwnie, uważam, iż Polsce bardzo potrzebne są partie polityczne, ale nie w ich dzisiejszej formie, tylko zbudowane na wzór zachodni – wokół wspólnoty myśli, przekonań i poglądów.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.