Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

3855 miejsce

Katarzyna Tołwińska: Podróżowanie nauczyło mnie pokory wobec własnych przekonań

Katarzyna Tołwińska, a raczej Kasia jalan jalan, bo od kiedy w 2009 roku wyruszyła w podróż, to jej imię. „Jalan jalan” znaczy podróżować, a ona sama mówi, że odwrotu od tego wyboru już nie ma. Kiedy w marcu tego roku została laureatką konkursu DO 2013 Roku w kategorii Styl życia za swój blog „kASIA jalan jalan”, też była daleko od Polski. Dziś jest w Warszawie i opowiada W24 o swoim „stylu życia”.

Z Tybetańską mniszką. Jedna z tych magicznych znajomości, gdzie bez jednego słowa wspólnego języka, rodzi się porozumienie dusz. / Fot. Katarzyna TołwińskaLidia Raś: Była Pani docenianym pracownikiem korporacji, miała przed sobą karierę zawodową, ale nagle stała się Kasią jalan jalan czyli Kasią w podróży. Dlaczego zdecydowała się Pani na tak radykalną zmianę?
Katarzyna Tołwińska: Prowadziłam bardzo szczęśliwe życie; miałam świetną pracę, samochód, mieszkanie, znajomych, zainteresowania, pasje. Ponadto, akurat, gdy podjęłam decyzję o wyjeździe, pojawiło się mnóstwo bardzo ciekawych propozycji od haedhunterów. Tylko że dla mnie to już wtedy nie miało znaczenia. Miałam poczucie, że jest coś więcej, że to szczęśliwe życie w europejskim wydaniu, to nie wszystko. Wcześniej sporo podróżowałam, byłam na Karaibach, w Indiach, organizowałam ekspedycje offroadowe w głąb Kaukazu, do Kałmucji, Gruzji i Kurdystanu. Jeździliśmy w ekipie doświadczonych polskich offroadowców, dzięki temu udało nam się dotrzeć do miejsc bardzo trudno dostępnych, przywieźć niewiarygodne przygody. Ale to były krótkie wyprawy. Czułam, że takie wyjazdy są dla mnie tylko muśnięciem bycia gdzieś. Więc z tyłu głowy dojrzewała myśl o wyprawie, z której nie trzeba wracać w określonym czasie.

To cofnijmy się do 2009 roku. To wtedy wyszła Pani z domu i ruszyła w stronę Iranu.
Wcześniej, od 3 lat myślałam o takim wyjeździe, ale tak naprawdę nigdy nie doszłam do etapu rzeczywistych przygotowań. Wreszcie w 2009 roku z moim ówczesnym partnerem podjęliśmy decyzję: ja zamykam wszystkie moje projekty zawodowe i pracuję do ostatniego momentu, on organizuje całą logistykę wyjazdu. Kiedy on na kilka tygodni przed wyjazdem wycofał się z mojego życia, zostałam de facto w stanie przygotowań sprzed pierwszych mrzonek o wyjeździe. Bez wiz, bez planu, bez jakiejkolwiek wiedzy o tym gdzie co i jak. Chwilę kontemplowałam w oniemieniu tę sytuację, aż któregoś dnia usiadłam przy komputerze i tak po prostu zabukowałam bilet do Istambułu. Potem zaczęłam w pośpiechu załatwiać wizę do Iranu i dostałam ją na kilka dni przed wylotem. Ja naprawdę się nie przygotowywałam do tego wyjazdu w jakiś szczególny sposób. Nie chcę powiedzieć, że takie rozwiązanie polecam wszystkim, ale w moim przypadku sprawdziło się idealnie. Pakowałam się na kilka godzin przed odlotem. Od przyjaciół dostałam jakiś podstawowy sprzęt, czołówkę, baterie do aparatu, kolega wcisnął mi do ręki kartkę z rozpiską jak dojechać do guesthouse’u w Istambule (nawet na nią wtedy nie spojrzałam, w takim byłam amoku). Gdy już wreszcie w Istambule doszłam do hotelu, usiadłam w podpiwnicznej zadymionej kafejce, odetchnęłam i dopiero poczułam, że jestem w tej wymarzonej podróży.

U afgańskiego krawca burek. / Fot. Katarzyna TołwińskaCzęsto słyszy Pani pytanie o powody samotnego podróżowania?
Bardzo często. Jestem przekonana, że dla mnie samotna podróż jest właściwym wyborem. Szczególnie teraz po czterech latach w drodze, kiedy miałam unikatową możliwość wniknięcia w głąb tej samotności. Inna zupełnie jest samotność po miesiącu podróży, inna po roku, a jeszcze inna po trzech. To jest jedna z tych sytuacji, gdzie trzeba czasu, żeby czegoś doświadczyć, poznać siebie w danej sytuacji. Samotnie inaczej doświadczam świata, inaczej też reaguje na mnie świat. Przez miesiąc wędrowałam z innym podróżnikiem, bardzo doświadczonym, z którym doskonale się dogadywałam. Moja podróż bardzo się wtedy zmieniła. Pojawił się nowy byt - nasz wspólny świat. Taka trochę bańka mydlana, która skądinąd ma wiele zalet, jest buforem bieżących wydarzeń, daje wytchnienie, pozwala przetrawić doświadczenia. Ale jednak odgradza od otoczenia, częściej zwraca nas ku sobie niż na zewnątrz. A przecież to ostatnie jest sensem mojej wędrówki, więc muszę mieć nie lada powód, żeby zrezygnować z mojego “prywatnego widzenia” ze światem.

I tak przez 4 lata wędrowała Pani przez: Iran, Indie, Bangladesz, Tajlandię, Malezję, Singapur, Indonezję, Kambodżę, Birmę, Filipiny, Borneo – że wymienię tylko część miejsc, które Pani odwiedziła. Bardzo mnie ciekawi organizacyjna strona Pani podróży.
Logistyka w moim przypadku opiera się na prostej zasadzie: okaże się na miejscu (śmiech – przyp. red.). Podróżuję bez przewodników i bez przygotowania merytorycznego. Najczęściej staram się tak rozegrać sytuację, by być niezależną. Próbuję więc znaleźć hotel i mieć swój pokój, bo bardzo tego potrzebuję. Polecenie mi jakiegoś sprawdzonego miejsca jest zwykle niemożliwe, ponieważ wędruję po terenach, gdzie turyści się raczej nie zapuszczają. Zakładam po prostu, że na miejscu będzie jakiś hotel, albo choć policja (parę razy spałam na drewnianych ławach na posterunku policji); ewentualnie plaża (śmiech – przyp. red.)

Jeśli chodzi o jedzenie, to podeszłam do tematu bezlitośnie. Od początku, gdy zaczęłam podróżować, zdecydowałam się jeść wszystko, co je lokalna ludność i taką też wodę piłam. W Iranie nie było to problemem, ale jeśli chodzi o Indie i Bangladesz to gorzej pod względem higieny nie można trafić w tamtej części świata. Ale ja przeżyłam bez problemu. W ciągu 4 lat wędrówki zatrułam się tylko raz, gdy przyjechałam po 1.5 roku podróżowania do Kuala Lumpur. Wygłodniała zachodniego jedzenia, poszłam do pewnej sieciówki i skusiłam się na sernik, który kosztował tyle, ile wynosił mój dzienny budżet na jedzenie. Zjadłam i pochorowałam się potwornie. Ale to tylko ten raz (śmiech – przyp. red.)

Iran, pierwszy miesiąc w drodze. (+ jeśli jest miejsce i wola): I jak na nowicjuszkę w świecie Islamu przystało - studencki hidżab, który budził nie mniejsze zainteresowanie niż desperackie próby utrzymania na głowie chusty, którą noszą dorosłe kobiety. / Fot. Katarzyna TołwińskaNawet jeśli podróżuje się oszczędnie, skądś trzeba brać fundusze na taką wyprawę.
Podróżuję za ok. 300 dolarów miesięcznie, czyli ok. 900 zł. Ten koszt wynika też z tego, że nurkuję, a to dość drogi sport. Ale są takie miesiące, że wydaję mniej, np. tylko 80 dolarów. Dzięki temu, że wynajmuję swoje mieszkanie w Polsce (o ile wynajmuję), mam pieniądze na bieżącą podróż. Często słyszę pytania, czy rozważałam możliwość podjęcia pracy w Azji, co pozwoliłoby mi zwiększyć budżet. Nie, nie rozważałam, ponieważ nie mam takiej potrzeby. A raczej, nie oddałabym mojego czasu w podróży za czas na zarabianie pieniędzy. Żyję skromnie, na takim poziomie, jak społeczność, do której trafiam. W jakim celu miałabym posiadać więcej? Żeby mieć wykwintniejsze jedzenie? Wygodniejsze łóżko w hotelu? Żeby pojechać pociągiem zamiast stać godzinami przy drodze czekając na autostop? Pieniądz, sam w sobie, przestał mieć dla mnie wartość. Gdy myślę o 4 dolarach, to zastanawiam się, co one dla mnie oznaczają i dokonuję wyboru: piwo czy jedzenie na dwa dni. Ja nie jestem na długich wakacjach. Mój wybór, to często ciężki kawałek chleba. Ci, którzy mówią: „zazdroszczę” - mogą robić to samo co ja. Każdy może to robić, tylko wpierw trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie: Ile to jest dla mnie warte? czy naprawdę chcę spędzać długie godziny na obskurnym dworcu, czekając na lokalny autobus, albo jeść podłe jedzenie? Ja chcę, bo dla mnie to, na co się to przekłada, ma ogromną wartość.

Musi mieć Pani przy sobie wszystko co niezbędne. Bagaż, który Pani dźwiga, jest bardzo duży?
On ewoluuje (śmiech – przyp. red.). Jak już jest za duży, to go rozpakowuję. W dużym plecaku mam zwykle od 15 do 20 kg, a w małym ok. 7, bo dźwigam w nim sprzęt: aparat, laptop. Duży plecak wynika tylko z tego, że potrzebuję takiej namiastki swojego domu. Mam w nim np. poduszkę (śmiech – przyp. red) . Dźwigam też książki. Które stanowią łącznik z moją kulturą. Czasem bywa i tak, że przez 6-7 miesięcy nie widzę książki w żadnym języku, więc to dla mnie ważne. No ale w pewnym momencie, gdy mi coś w kręgosłupie strzeli, żegnamy się (śmiech – przyp. red.)I wtedy z pietyzmem oddaję je konkretnym ludziom z dedykacjami, z rysunkami dla dzieci.

Podróżowanie nie jest dla Pani synonimem zwiedzania, a czym w takim razie jest?
Przez 4 lata miałam kilka takich momentów, kiedy chciałam zdefiniować co to znaczy być podróżnikiem, ale w końcu się poddałam, bo zdałam sobie sprawę, że definicja jest bardzo indywidualna. W dodatku, wraz z upływem czasu, zmienia się, tak jak zmienia się sposób patrzenia na świat. Mało tego, samo definiowanie przestaje mieć znaczenie. Definicje to domena zachodniego świata. Może więc podróżnikiem jest ktoś kto wyjeżdża i interesuje się tym co wokół niego? A może ktoś, kto szuka ludzi, jako głównego źródła informacji i podróżuje w naturalnym tempie? Mnie takie podróżowanie interesuje najbardziej.

Od Chińskiego Kaszgaru, przez ziemię niczyją, Kirgistan, Pamir, Tadżykistan, po granicę z Afganistanem, kierowcom ciężarówek zawdzięczam przebycie tej drogi. Kirgistan. / Fot. Katarzyna TołwińskaNie zwiedza Pani muzeów, ale za to patrzy na ludzi, żyje z nimi, łowi ryby, uczy dzieci, staje się częścią społeczności.
Najbardziej zależy mi na tym, by być częścią tej społeczności. Gdyby nie wizy, które są jedynym czynnikiem ograniczającym mnie, to zostawałabym na tyle długo, na ile czułabym, że mogę i chcę zostać. Byłam np. w wiosce łowców wielorybów (która niestety już została opisana w przewodnikach, więc zaczęły docierać tam jednodniowe wycieczki) i widziałam jak gigantyczna jest jakościowa różnica między mieszkaniem z tymi ludźmi a wpadaniem na jeden dzień, by zrobić kilka pięknych zdjęć i wyjechać. Częściej jestem już po stronie tubylców i słucham co myślą o zachowaniu turystów, dalekim często od ideału. Słyszę też owych turystów i widzę jak pochopne i powierzchowne wnioski wysnuwają. Sama zresztą bywam taką turystką.

Ponieważ podróżuję tylko lokalnymi środkami lokomocji, więc przemieszczam się powoli. Niekiedy oznacza to np. miesiąc czekania na jakąś łódź, która albo przypłynie, albo nie. Ale dla mnie to nie kłopot, a przywilej czasu, w którym mogę zaprzyjaźnić się z rybakami, bosmanami, z panią sprzedającą jajka. Bardziej interesujące jest dla mnie obserwowanie przez ten miesiąc życia portowego niż ekspresowy przejazd przez Wietnam, Kambodżę i Laos, jak często pożytkują taki czas inni turyści. Na ich liście zrealizowanych celów jest zapewne wiele ważnych zabytków, a na mojej tylko świetny kontakt z bosmanem (śmiech – przyp. red.), ale dla mnie to on jest szczególną wartością. Często też, konsekwencją nawiązania dobrych stosunków w porcie może być np. dostanie się na statek cargo, na który normalnie nie zabiera się pasażerów. Mnie się to jednak zdarzyło, bo miałam czas i chciałam poświęcić go tym ludziom. Dzięki nim, mogłam przez dwa tygodnie pływać po odległych, zapomnianych wyspach, oglądając wieloryby, zachody słońca i inne magiczne zjawiska.
Klasztor i miasteczko ukryte w przysypanej śniegiem dolinie. Tybet, aktualnie terytorium Chińskiej Republiki Ludowej. fot. Ayack / Fot. Katarzyna Tołwińska  / Fot. Katarzyna Tołwińska W jednym z niewielu miejsc w Azji, gdzie niekwestionowanym królem transportu jest kolej. Indie. / Fot. Katarzyna Tołwińska Pożegnalne zdjęcie z moją rodziną na dalekiej molukańskiej wyspie. Z jednej kawy zrobił się tydzień wspólnego biesiadowania, wycieczek do lasu, nocnych wypraw na kraby, kupletów z angielskiego itd itp itd Jedno z tych miejsc, gdzie zostawiłam kaw / Fot. Katarzyna Tołwińska Podczas kilkumiesięcznej żeglugi po Morzu Andamańskim. S/y Jargo, w rejsie dookoła świata. / Fot. Katarzyna Tołwińska W indyjskiej restauracji. / Fot. Katarzyna Tołwińska Góry Północnego Wietnamu, stary Mińsk, Kasia w klapkach i Rzeźbiarz z Hanoi po drugiej stronie aparatu. Dwa tygodnie niezapomnianej przygody, jedna przypalona łydka, jedna narodzona przyjaźń. / Fot. Katarzyna Tołwińska Podczas spotkania z wodzami tubylczych plemion Orang Rimba. Chłopcy na fotografii to ostatnie pokolenie żyjące w tradycji nomadzkiej. Wycinka lasów tropikalnych odebrała tym ludziom możliwość życia tak jak robili to ich przodkowie od wieków. Jamb / Fot. Katarzyna Tołwińska W obozie Jednostki Natychmiastowego Reagowania (CRU) na Sumatrze, gdzie słonie i strażnicy lasu patrolują dżunglę z misją reagowania na konflikt dziki słoń-człowiek. Tutaj podczas popołudniowej kąpieli po pracy. / Fot. Katarzyna Tołwińska Kilka miesięcy zajęło mi znalezienie tłumaczenia "autostop" na indonezyjski, tak dalece obcy jest to tam koncept. A jednak tam właśnie zawsze się ktoś zatrzymał. Kalimantan, Indonezyjska część Borneo. / Fot. Katarzyna Tołwińska


Komentarze (15):

Sortuj komentarze:

Świetny wywiad z tak ciekawą osobą jaką jest Pani Kasia. Przeczytałm ten wywiad z zapartym tchem, dziękuję ! Słowa uznania dla bohaterki wywiadu za odwagę i decyzję podjęcia takiego sposobu na życie.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Pani Kasiu, dziękuję za ( wy)tłumaczenie :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Myślę, że podziękowania należą się Pani i oczywiście Pani Lidce. To dzięki Waszemu duetowi a Pani niewątpliwej pasji - sposobowi na życie - mogliśmy dotknąć innej rzeczywistości i choć trochę zrozumieć, jak wiele nam zabiera "nasz" pędzący na oślep świat.
Przeniosła nas Pani do innego wymiaru, za którym chyba niemal każdy tęskni. Jedni świadomie, inni być może nie.
Dotyka Pani istoty człowieczeństwa, to bardzo ważne. Jeszcze ważniejsze to to, że nie zatrzymuje Pani tego dla siebie. I za to dziękuję ja i pewnie wielu innych czytelników tego wywiadu również.

Komentarz został ukrytyrozwiń

NIe mam pewności czy komentarz dodany przez facebook jest widoczny, a za nic nie chciałabym, żeby zaginął. Pozwolę sobie przepisać i tutaj, z góry przepraszając za bałagan jaki pewnie niniejszym zrobiłam.
____________________________
Szanowni Państwo, gorąco dziękuję za tak piękne komentarze. Teraz, kiedy są najbardziej potrzebne, to akurat zabrakło mi słów… Mogę mieć tylko nadzieję, że wiecie Państwo jak wiele pozytywnych emocji i wzruszenia kryje się za tym "dziękuję".

Azjaci, tak swoją drogą, uważają, że my ludzie zachodu ciągle za coś dziękujemy, przepraszamy, wycieramy "dziękuję" każdy stolik restauracyjny, każdy drobiazg okraszamy słowem, które w ich pojęciu przestaje mieć swoje znaczenie.Tym razem wiem, że nikt nie kręciłby nosem. To jest DZIĘKUJĘ, któremu każdy by przytaknął z aprobatą.

***

Ogromne podziękowania dla Pani Lidii Raś, która stworzyła fantastyczną atmosferę do rozmowy i uczyniła możliwym mówienie o tym co w moim odczuciu jest ważne. I o takie kwestie pytała. Wielka przyjemność mieć do czynienia z takim dziennikarstwem!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Pięknie dziękuję! Za rozmowę, za mądrą rozmowę, za poczucie humoru i za komentarze :-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

NIe mam pewności czy komentarz dodany przez facebook jest widoczny, a za nic nie chciałabym, żeby zaginął. Pozwolę sobie przepisać i tutaj, z góry przepraszając za bałagan jaki pewnie niniejszym zrobiłam.
____________________________
Szanowni Państwo, gorąco dziękuję za tak piękne komentarze. Teraz, kiedy są najbardziej potrzebne, to akurat zabrakło mi słów… Mogę mieć tylko nadzieję, że wiecie Państwo jak wiele pozytywnych emocji i wzruszenia kryje się za tym "dziękuję".

Azjaci, tak swoją drogą, uważają, że my ludzie zachodu ciągle za coś dziękujemy, przepraszamy, wycieramy "dziękuję" każdy stolik restauracyjny, każdy drobiazg okraszamy słowem, które w ich pojęciu przestaje mieć swoje znaczenie.Tym razem wiem, że nikt nie kręciłby nosem. To jest DZIĘKUJĘ, któremu każdy by przytaknął z aprobatą.

***

Ogromne podziękowania dla Pani Lidii Raś, która stworzyła fantastyczną atmosferę do rozmowy i uczyniła możliwym mówienie o tym co w moim odczuciu jest ważne. I o takie kwestie pytała. Wielka przyjemność mieć do czynienia z takim dziennikarstwem!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Panie Arturze, słownik podaje "halangan mendaki" jako tłumaczenie "autostop", aczkolwiek źródła ludowe podają coś co brzmi "ciumpangan gratis". To pierwsze nigdy nie zadziałało, drugie częściej.
Za to sprawdzony dialog brzmiałby tak:
- Mau ke mana? (Dokąd Pan chce jechać?)
- [odpowiedź zdumionego takim pytaniem Indonezyjczyka, który przecież jeżdzi ta trasą od lat i nikt go nigdy o to wczesniej nie spytał, szczególnie nie w kategoriach chcenia]
- Bisa ikut? (Mogę wskoczyć?)
- Bisa (Możesz).
To "możesz" pojawia się zawsze.
Dalej już jest dialog w szoferce, który w pierwszych pięciu minutach zapoznaje nas wzajemnie z wszystkimi rodzinnymi koligacjami i możemy przejść do dyskusji nad niesfornym synem albo ceną ryżu, jakbyśmy się sto lat już znali.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Podziwiam Panią Katarzynę, taka wyprawa to wielkie wyzwanie, tylko nieliczni zdecydowaliby się na coś takiego. Cztery lata podróży, masa przeżyć, setki wspomnień. Sam nie zdecydowałbym się na taką wyprawę, dlatego tym bardziej zaslęguję Pani Katarzyna na szacunek :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

To sposób na życie. Odważny, pełen wyzwań, czasami niebezpieczny. Nie każdy gotów byłby na takie życie.
To jak samotny żeglarz, który latami przemierza oceany, a w każdym porcie ma jakichś znajomych. Trudno chyba o stałe związki, zachowanie bliskich więzów rodzinnych, chociaż w dobie telefonów satelitarnych, internetu i Skypa można to oddalenie złagodzić.
Pytanie tylko, czy to kilkuletnia "podróż życia", czy sposób na całe życie ?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Pani Katarzyna to prawdziwy wojownik, który z każdej wyprawy wraca z tarczą. To rzadka umiejętność. SŁAWA !!!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Reklama
Copyright 2014 Wiadomosci24.pl

Witryna korzysta z plików cookies oraz informacji zapisywanych i odczytywanych z localStorage, aby dopasować interesujące treści oraz reklamy. Korzystanie z serwisu bez zmiany ustawień przeglądarki, w szczególności w zakresie cookies, oznacza, że pliki będą umieszczane na urządzeniu końcowym. Możesz zmienić ustawienia przechowywania i dostępu do cookies i localStorage używając ustawień przeglądarki lub używanego urządzenia. Szczegóły w Polityce Prywatności.

Zamknij