Koncert w hali Arena miał się rozpocząć o godz. 19, jednak jeszcze grubo po siódmej, jak to zwykle bywa, ludzie wchodzili na salę, a technicy co chwilę wnosili i znosili jakieś kable ze sceny. Przeciętny wiek widzów można określić jako 30+. Nie ma się co dziwić. Muzyka Katie Meluy jest bardziej wysublimowana, niż panujące w młodym pokoleniu hip-hop i techno.
Czułem się trochę dziwnie, ponieważ na widowni można było zauważyć wiele starszych osób, które zapewne dobrze pamiętają początki kariery Marka Grechuty. Z drugiej strony, po parkiecie hali przemykały małe dziewczynki w koszulkach z Katie, wyraźnie przejęte obecnością na pierwszym w ich życiu koncercie. Niewątpliwie było to zaskakujące towarzystwo dla bywalca piwnicznych sal koncertowych.

Kilkanaście minut po godz. 19 w hali pozostały już tylko pojedyncze miejsca. Poznań nie został nawet oplakatowany informacją o koncercie, gdyż wszystkie bilety rozeszły się ponad miesiąc przed występem. Ich cena nie należała do najniższych. Żeby zobaczyć Katie "na żywo", trzeba było rozbić przynajmniej kilka świnek-skarbonek. Pojedyncza wejściówka kosztowała 140 zł.
Andrea McEwan - support inny niż wszystkie
Przed Meluą zagrała Andrea McEwan - wschodząca gwiazda australijskiej sceny muzycznej. Jej występ zaskoczył wszystkich. Filigranowa blondyneczka, w trampkach na obcasach, dała naprawdę świetny występ. Andrea jest skazana na sukces. W darze od Boga dostała to, co dla piosenkarki jest najważniejsze - charakterystyczny głos. W brzmieniu przypomina on trochę Dolly Parton, ale Australijka dysponuje o wiele większą skalą głosu i (co najważniejsze) śpiewa bez typowej dla country maniery.
Na koncert McEwan warto przyjść dla zabawnych i ciekawych tekstów. Polecam świetne „Alibi”, które troszkę w złym świetle przedstawia silniejszą płeć. Co ciekawe, Andrea jest autorką tekstów dwóch piosenek - „Dirty Dice” i „What I Miss About You” - z najnowszego albumu Katie Meluy, pt.: „Pictures”. Z niecierpliwością będę czekał na debiutancki album tej dwudziestopięcioletniej piosenkarki, której australijski akcent jest przecudowny.
Gdy wybiła "godzina 0"
Około dwudziestej na scenie pojawiła się gwiazda wieczoru - Katie Melua. Wyszła tylko z gitarą i od razu zaczęła pierwsze akordy przeboju „Piece by Piece”. Zdziwiło mnie, że na scenie oprócz stołka, kilku mikrofonów i pianina, nie ma żadnego innego instrumentu. Obawiałem się najgorszego - popularnego ostatnio półplaybacku.
Byłem bliski załamania, kiedy do następnej piosenki wyszedł tylko pianista. Pozostałych instrumentów ani widu... za to, niestety, słychu. Z głośników popłynęło wyraźne „plumpanie” basu. W tle lekki talerz z perkusji i delikatny flet. Po chwili było widać instrumenty, lecz nie na scenie a na telebimach.
Ochota na opuszczenie sali coraz bardziej wzbierała. Obok instrumentów na ekranie pojawiały się nagrane wcześniej sylwetki muzyków. Poczułem się oszukany. Po widowni przeszedł jęk zawodu. Nagle telebim, a właściwie pięć oddzielnych ekranów, zaczął się powoli podnosić, odsłaniając grający zespół. Na twarzy Katie pojawił się uśmiech. Zdawał się mówić z satysfakcją: „Mam was!”.
Tworzymy nastrój
Trzeba przyznać, że całą oprawę wizualną przygotowano naprawdę świetnie. Bez nadmiernych fajerwerków, idealnie wyważona. W zależności od piosenki ekrany ustawiały się na różnych wysokościach. Przy utworze „If You Were a Sailboat”, z najnowszego albumu, zjechały na sam dół, pokazując żaglówkę na falach. Za sprawą projektorów cała scena zmieniła się w tafle wody.
Podobny efekt stworzono przy piosence „So Thank You Stars” - połowę hali Areny zasnuły małe, migoczące gwiazdki. Świetnie wyglądała wizualizacja do „Crawling Up The Hill”. Pojawiający się w tekście powolny pociąg, wspinał się mozolnie po wzgórzu tworzonym przez ekrany, które raz po raz zmieniały swoją pozycję.
Przykra wpadka
Katie przydarzyła się straszna pomyłka. Po drugiej piosence przywitała się z publicznością i dodała: – Bardzo żałuje, że nie mogłam dziś zwiedzić Gdańska. Kolega z zespołu mówił mi, że był na waszej starówce i macie na ratuszu dwa koziołki, które uderzają w siebie głowami - jakby tego było mało, Katie brnęła dalej: – Pomyślałam, że to żywe zwierzęta, ale oczywiście są to drewniane figurki na wieży ratusza. - Albo się przesłyszałem, albo Katie mówi bardzo niewyraźnie - pomyślałem.
Po zmianie gitary, przed kolejną piosenką, wyraźnie zmieszana artystka podeszła do mikrofonu i ze spuszczoną głową powiedziała: – Właśnie mi przekazali, że się strasznie pomyliłam. Oczywiście jesteśmy w Poznaniu. Zawsze bałam się, że mi się coś takiego przydarzy. Bardzo was przepraszam, pewnie mnie teraz nienawidzicie.
Widzowie jednak zaczęli klaskać, co bardzo ucieszyło młodą Angielkę. – Teraz wiem, że z pewnością jeszcze odwiedzę wasze miasto – dodała już bardziej pewna siebie. Przez tę wpadkę, Katie z pewnością zapamięta Poznań na całe życie.

Wulkan energii
Koncert Meluy miał zupełnie inny klimat niż ten, zagrany podczas festiwalu w Sopocie. Katie nie jest już lekko pucułowatą dziewczynką z gitara, lecz prawdziwą wokalistką. Wokalistką, której głos brzmi o wiele lepiej na żywo niż w studiu. A to rzadko się zdarza. Pozytywną stroną występu były nowe aranże.
Utwór „Spellbound”, który jest, jak powiedziała Katie, szczególnie dla niej ważny, był jednym z lepszych punktów koncertu. Piosenka ta nawiązuje do gruzińskich korzeni artystki. Na płycie jest miła, przyjemna i mało wyrazista, w scenicznym wykonaniu „dostaje pazura”. Zagrana o półtora razy szybciej, z mocniejszym wokalem, sprawiła, że Katie skakała po scenie niczym Gwen Stefani z czasów No Doubt.
Takich kawałków było więcej. Właściwie wszystkie, oprócz typowych ballad, były zaśpiewane ostrzej, niż wersje znane z płyt. Wokalistka pokazała, że potrafi nie tylko ukołysać do snu, ale i kołysać w tańcu. Melua, odbijająca się od sceny jak piłeczka kauczukowa, w rytmach blusa i rocka, jest równie autentyczna, jak siedząca na stołku w towarzystwie gitary akustycznej.
Mam nadzieje, że kolejna płyta Katie Meluy będzie miała mocniejsze brzmienie, podobne do tego, jakie można było usłyszeć w Arenie. Bez wątpienia dziewczyna ma ten „rockowy power” i grzechem byłoby go nie wykorzystać.