Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

142 miejsce

Katyńskie wspomnienia. Sowieci zabili ojca, a dzieci wywieźli

Józef Franczuk, ojciec Marii Sadłowskiej zginął od strzału w tył głowy w kwietniu 1940 roku w Bykowni, koło Kijowa. Nigdy nie zapaliła znicza na grobie taty. Przez ponad pół wieku nie wiedziała co z nim się dzieje.

Maria Sadłowska, elblążanka córka policjanta zamordowanego przez NKWD w kwietniu 1940 roku / Fot. Grażyna WosińskaMaria Sadłowska, ma 79 lat. Dokładnie pamięta chwilę, gdy ojca widziała po raz ostatni, chociaż było to ponad siedemdziesiąt lat temu.

Józefa Franczuka NKWD aresztowało już 4 listopada 1939 roku. Był na listach osób groźnych dla Sowietów, ponieważ walczył przeciw bolszewikom w 1920 roku i był policjantem. Mama pani Marii zaraz po aresztowaniu dowiedziała się, że mąż jest w więzieniu w Bóbrce, koło Lwowa.
- Nie było widzeń - wspomina Maria Sadłowska. - Dostaliśmy gryps, że mamy udać się do pewnej rodziny. Z balkonu ich mieszkania widać było więzienie. Wtedy zobaczyłam tatę po raz ostatni. Pamiętam, jak trzymał się rękami krat, byśmy mogli zobaczyć jego twarz. Mama podnosiła wysoko na rękach mojego brata Jurka, który miał niecałe trzy lata. Niebawem ojciec został przewieziony do więzienia we Lwowie.

Nóż w chlebie


Maria Sadłowska pamięta jak matka nie ustawała w staraniach, by wydostać ojca z więzienia lub przynajmniej z nim się spotkać. Jeździła do Lwowa, ale widzenia były zakazane, bo jeszcze nie odbył się proces i nie było wyroku.

- Wpłaciła dyżurnemu w więzieniu za pokwitowaniem 75 rubli - opowiada pani Maria. - Chyba po to, by ojciec miał pieniądze gdy wyjdzie na wolność. Do dzisiaj przechowuję pokwitowanie z 28 stycznia 1940 roku.

Ślubne zdjęcie Anieli i Józefa Franczuków z początku lat trzydzestych / Fot. Grażyna Wosińska reprodukcjaWładzy sowieckiej nie wystarczyło aresztowanie męża i ojca. Niebezpieczna była też zrozpaczona matka i dwójka małych dzieci. 13 kwietnia 1940 roku tak jak do tysięcy polskich domów wtargnęli bez uprzedzenia funkcjonariusze NKWD. Kazali się szybko pakować i krzyczeli, że wyjazd jest natychmiast.

- Mama zapakowała, co tylko mogła - wspomina pani Maria. - Niektóre rzeczy uratowały nam później życie, bo wymieniłyśmy je na żywność. Nasza gosposia w ostatniej chwili wręczyła nam worek z chlebem. Spodziewając się, że NKWD może nóż zarekwirować, włożyła go do jednego
z bochenków.

Nie płacz mamo


Wbrew pozorom pogoda nie była wiosenna, ale zimowa. Był mróz i śnieg. - Na stacji kazali nam wsiadać do wagonów - opowiada Maria Sadłowska. - Jak się okazało były same kobiety z dziećmi. Mężowie, bracia byli w łagrach lub więzieniach. To była zmiana w postępowaniu Sowietów. Wcześniej podczas lutowej wywózki rodziny wyjeżdżały razem. Nawet ściągali mężów z więzień i łagrów. W naszym wagonie był tylko jeden staruszek. Został wywieziony tylko dlatego, że przyjechał do córki w odwiedziny. Aresztowali wszystkich, którzy byli w domu - dodaje.

Piąta edycja konkursu Dziennikarz Obywatelski 2010 Roku trwa! Dołącz, wygraj 10 tysięcy


Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

  • Autor usunął profil
  • 08.04.2011 07:35
Komentarz został ukrytyrozwiń

Czytałem w okresie stanu wojennego Beaty Obertyńskiej wspomnienia "W domu niewoli " i "Powrót z domu niewoli" (wydawnictwa poza cenzurą) . Wstrzasające historie. Teraz , po tym wpisie odżyły na nowo.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.