
A jednak, film o takim właśnie matematycznie brzmiącym tytule powstał. Polecił mi go mój nowy wirtualny znajomy.
Nie mam umysłu ścisłego, chociaż powinienem, przez wzgląd na wykonywany zawód - inżynier, dlatego też sam tytuł mnie zniechęcił. W początkowej fazie nie miałem w ogóle ochoty, by go obejrzeć. Kolega był jednak tak uparty, że w końcu uległem. Muszę powiedzieć, że nie żałuję i słowo „natręt” znajduje u mnie inny wymiar - pozytywny.
Obraz nakręcony został techniką czarno-białą. Właśnie dzięki wspomnianej technice film w niesamowity wręcz sposób oddaje klimat dekadencji zawartego w nim świata. Choć może dekadencja, to słowo za mocne. Aczkolwiek wydaje mi się, że pasujące do fabuły. Wszak film pokazuje upadek głównego bohatera i nie tylko. Pytanie tylko, jaki? Na to już musi odpowiedzieć sobie każdy, kto sięgnie po to dzieło.
Scenariusza nie powstydziłby się żaden scenarzysta, a Nietsche i Freud mieliby niezły orzech do zgryzienia patrząc na poruszany w nim temat. Być może autor scenariusza jest potomkiem, któregoś z nich właśnie. Kto wie? Fabuła filmu nie jest jednak czymś nowym. Odwieczna walka o palmę pierwszeństwa. Chęć rozwiązania zagadki, która rządzi naszym globem, jak i otaczającym nas wszechświatem. Kto nie chciałby, choć na chwilę zostać panem świata? Zgłębienie tej tajemnicy to coś, czego wielu z nas poszukuje. Niepohamowana żądza władzy, zdobycia przysłowiowego eliksiru nieśmiertelności, w postaci panowania i bycia kolejnym doktorem Frankensteinem lub, choć … chirurgiem plastycznym.
Film, jak dla mnie, człowieka poszukującego cały czas swojego „Ja”, jest ciekawym studium jednostki i ogółu. Ludzkości, która samoistnie, przez odruch bezwarunkowy niczym wyssany z mlekiem rzymskiej wilczycy, dąży do samozagłady. W sposób przerysowany, ale jakże dobitnie pokazuje obraz człowieka i jego moralny i intelektualny upadek.