Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

3953 miejsce

Kazimiera Szczuka: Czuję się jak w domu wariatów

  • Źródło: Dziennik Bałtycki
  • Data dodania: 2006-08-25 16:44

Czołowa polska feministka mówi o sobie, że jest osobą, która zawodowo zajmuje się krytyką literacką, a także występuje w telewizji. I to wszystko...

- „Bunt w Salonie” - tak „Polityka” nazwała spotkanie z panią. Jak pani myśli - kto i przeciw komu ma się buntować?
- Może tu chodzi o to, że jestem taką salonową buntownicą? Bo przecież jestem feministką i jednocześnie osobą rozpoznawaną w mediach. Należę więc w cudzysłowie do salonów. Chociaż salonowy bunt jest trochę taki bezzębny.

- Wspomniała pani o twarzy feministki. Ale, moim zdaniem, te najbardziej znane twarze Kazimiery Szczuki to twarz skandalistki i gwiazdy medialnej.
- Ja mam jedną twarz. Trochę mnie przeraża, jak pani je tak mnoży, bo to mi się kojarzy ze schizofrenią albo z osobowością zwielokrotnioną. A jak na razie, to nie jest moja przypadłość. Jestem osobą, która zawodowo zajmuje się krytyką literacką, a także występuje w telewizji. I to wszystko. Fot. Grzegorz Mehring/Dziennik Bałtycki

- Ale kiedy chce się poczytać o Kazimierze Szczuce w internecie, to tam jest mowa najczęściej o skandalikach i skandalach.
- Na przykład jakich?

- Publiczne całowanie w rękę dyrektora telewizji Sławomira Zielińskiego, oblanie piwem redaktora naczelnego „Playboya” Marcina Mellera...
- To nie są skandale. Jakieś żarty czy niszowe towarzyskie wyskoki.

- Więc po co takie wyskoki?
- Jak to, po co? Po nic. Wynikały z sytuacji. Miały zresztą miejsce kilka lat temu. Od czasów Zielińskiego mamy już trzeciego prezesa TVP, a ja ciągle jestem pytana w wywiadach o ten wygłup z zamierzchłych czasów, jakby to było nie wiadomo co.

- Przykro mi, że panią rozczarowuję pytaniami. Ale byłam ciekawa. Bo dla mnie nie jest standardem całowanie mężczyzn w rękę. Przynajmniej w telewizji.
- To miał być żart. A żart polega na tym, że się robi coś niestandardowego.

- Czyli tytuł skandalistka do pani nie przystaje?
- Nie wiem. Może przystaje. Ale jeżeli dowodem na to ma być całowanie w rękę, to dowód jest bardzo słaby.

- A prezesa Wildsteina pocałowałaby pani w rękę, gdyby się nadarzyła okazja?
- Wątpię, choćby dlatego, że byłby to odgrzewany kotlet. A za skandal uważam coś zupełnie innego.

- Co na przykład?
- Były wielkie skandale w sztuce, jakieś obrazoburstwa, demonstracyjne zachowania w sferze publicznej. Ale one miały większą rangę.

- Może jakie czasy, takie skandale?
- Jeżeli za cały skandal wymienia się to, że pocałowałam kogoś w rękę czy przedrzeźniałam Madzię Buczek, to nie są to zbyt spektakularne rzeczy.

- Ja bym jednak rozgraniczyła całowanie od Madzi Buczek. Bo ta druga sprawa nie była chyba już tak całkiem żartem i do tego dla pani mocno nieprzyjemna.
- Nieprzyjemna dla mnie była nagonka, która się potem rozpętała. To było szokujące i przerażające. A jednocześnie wiceprezesem telewizji publicznej jest człowiek, który głosił poglądy nielegalne w świetle konstytucji. Mam na myśli pana Farfała. Człowieka, który publikował pod swoim nazwiskiem neonazistowskie teksty, publikował gwiazdy Dawida obsikane przez psa i pisał groteskowe artykuły w piśmie „Wszechpolak” o tym, że największym zagrożeniem dla narodu polskiego jest ustrój demokratyczny. I to nie był skandal...

- Przez kilka dni mówiono o tym w mediach i pisano.
- Ale on został na wysokim stanowisku w telewizji. Nie ma też żadnego skandalu, kiedy panowie posłowie albo panowie radni obrzucają kamieniami legalne demonstracje, wypowiadają poglądy rasistowskie, seksistowskie, homofobiczne, nawołując do fizycznej przemocy. A tu jakaś babka w programie rozrywkowym przedrzeźni cienki głosik dziewczynki z Radia Maryja i od razu jest to afera na skalę kraju i na telewizję, która to wyemitowała, nakłada się najwyższą karę finansową w historii.

- Jak się pani z tym czuje?
- Jak w domu wariatów. Dla mnie skandalem są teksty panów Wierzejskiego czy Giertycha. Ale za nimi nie ciągnie się piętno skandalisty, tylko za mną. Pan Wierzejski uchodzi zaś za charyzmatycznego polityka. Mam wrażenie, że myśmy sobie dali narzucić dziwną hierarchię, niestety. Nagle zaczęliśmy rozliczać i oceniać Güntera Grassa za to, że 60 lat wcześniej, jako nastolatek, w kraju będącym w stanie wojny, zaciągnął się do wojska na rok. I to nagle jest potworne. Słyszymy, że on powinien być teraz zdelegalizowany. A obok tego, dziś w XXI wieku, politycy wypowiadają głośno neonazistowskie hasła. I znajdują poklask. Jak to ważyć? Jak to mierzyć?

- Z poklaskiem bym się nie zgodziła. Ale nie ma też głośnego sprzeciwu.
- W jakimś sensie poklask jest. Takie szokujące poglądy wypowiadane przez posłów PiS czy LPR, że należy bić dzieci albo, że nie należy wpuszczać homoseksualistów do szkół, albo że trzeba zdelegalizować organizacje pozarządowe lub ekologiczne, bo są, podobno, sektami, wywołują medialny szum i debaty publiczne. I my się na to godzimy.

- Wracając do sprawy Madzi Buczek. Myślałam, że ta sytuacja panią, mówiąc kolokwialnie, zmiecie.
- Powiem pani tak, mnie w pewnym momencie było przykro ze względu na Madzię Buczek, skoro jej mogło być przykro. I w takiej sytuacji należały się przeprosiny, które wystosowałam do niej publicznie i prywatnie. I tyle. Żadnego dalszego ciągu ta sprawa nie miała. A szkoda, bo mogła być okazją do umieszczenia w centrum uwagi problemów osób niepełnosprawnych. Ale przecież nie o to w całej tej nagonce na mnie chodziło.

- Sądziłam jednak, że ta historia może pani zaszkodzić. I że telewizje będą się bały Kazimiery Szczuki. Tymczasem TVN zaproponował pani niedawno nowy talk-show: „Dwururkę”.
- Ja nie jestem uzależniona od kariery w mediach. Mam pracę, raz lepszą raz gorszą. Ale zawsze mam co robić. Mam swój program o książkach w TVN24, mam czas na to, żeby napisać książkę i jestem szczęśliwa. Ale to, że pani pomyślała, że taka sytuacja mogła wpłynąć negatywnie na czyjąś karierę, to znaczy, że już żyjemy w chorym kraju.

- Żyjemy, przecież pani sama o tym ciągle mówi.
- Udzielałam wywiadu zachodnim dziennikarzom na ten temat. I ta kompletnie nieproporcjonalna przyczyna do reakcji była przez nich postrzegana jako aberracja polskiego życia publicznego. Podobnie jak sprawa tego satyrycznego artykułu o kartoflach. A nie to, że ktoś kogoś przedrzeźnia albo ktoś o kimś napisał. Bo takie rzeczy dzieją się codziennie. A pani myśli, że ja powinnam się bać, bo mogę zostać ukarana. I co? Że nie będę mogła teraz występować w telewizji? To trudno. To ja dziękuję. Bo ja naprawdę nie muszę być gwiazdą.

- Lubi pani politykę?
- Właśnie nie.

- Ale jest pani członkiem Partii Zielonych. To też polityka.
- Partia Zielonych w Polsce ciągle jeszcze ma za małe poparcie. Inaczej jest w Niemczech, we Francji, a także w Czechach, gdzie Zieloni są w parlamencie.

- Nie chciałaby pani kandydować do parlamentu?
- Na pewno kapitał popularności medialnej, który zgromadziłam, byłby w tym bardzo pomocny. Ale zajmowanie się polityką zawodowo jednak nie ciągnie mnie za bardzo.

- Nie trzeba byłoby przynajmniej podrabiać podpisów przy zbieraniu głosów poparcia.
- Owszem. Ale wolałabym zagłosować na kobietę, która byłaby super i bardzo chciałaby zostać posłanką. Na razie kobiety chowają się po kątach albo są ze sfery publicznej spychane. Coś się ruszyło w kierunku zmian w polityce równościowej dzięki działalności Magdaleny Środy czy Izabeli Jarugi Nowackiej. Ale, niestety, obecny rząd kompletnie tego nie docenił. Teraz mamy martwy sezon, a brak rozwoju jest regresem.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Czytając taki wywiad i wierząc w rzetelność Dziennika Bałtyckiego podziwiam tupet p. Szczuki, powodujący, że decyduje się ona na publiczne występy. Staję przed dylematem: Dziennik Bałtycki - Szczuka. hmm. I kogo tu obrazić?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.