Facebook Google+ Twitter

Kazimierz Deyna – sportowa ofiara "żelaznej kurtyny"

  • Źródło: Gość dnia
  • Data dodania: 2012-09-01 11:43

Był pierwszy września 1989 roku. Noc, godzina 1:25, zjazd z autostrady pod San Diego w Stanach Zjednoczonych. To tam, wówczas w wypadku samochodowym, zginął Kazimierz Deyna, jedna z największych legend w historii polskiej piłki nożnej.

 / Fot. Przykuta, CC3.0Właśnie mija 23 lata od tamtych tragicznych wydarzeń.

Chyba nie ma w Polsce człowieka, który zna słowa "piłka nożna", a nie słyszał nazwiska Kazimierz Deyna. Popularnego "Kakę" kojarzą nawet Ci, którzy nigdy nie interesowali się futbolem. Był piłkarzem wielkim, na boisku dyrygent, "Generał"… Lecz równocześnie cichy, zamknięty w sobie, chodzący swoimi ścieżkami, poza murawą.

Wydaje się wręcz nieprawdopodobne, że taki reżyser dla jedenastu dorosłych facetów w trakcie meczu, miał problem z samym sobą po końcowym gwizdku. Może gdyby miał większą siłę przebicia na codzień, gdyby był z jednej strony bardziej otwarty, a jednocześnie nie ufał tak wszystkim, jego życie potoczyło by się inaczej. Może… Gdyby żył w innych czasach, innym systemie, dziś byłby jednym z "możnych" futbolowego świata. W jednym szeregu z Pele, Beckenbauerem, Cruyffem…

Deyna - początek geniuszu

Niewątpliwie miał w życiu pecha. Od samego początku swojej piłkarskiej kariery. Czasy były takie, że o karierze każdego utalentowanego sportowca nie decydował on sam, rodzice czy menagerowie. Decydował aparat, układ, ludzie, którzy często nie mając pojęcia o sporcie, żonglowali młodymi sportowcami, demonstrując siłę "jedynie słusznego systemu". Po swoim debiucie w ekstraklasie w barwach ŁKS w meczu z Górnikiem Zabrze, do odbycia służby wojskowej wezwała go Legia Warszawa. Wezwała, to nawet nieodpowiednie słowo, bowiem o przejściu Deyny do Legii zdecydował ŁKS, oddając go jako najmniej doświadczonego z trójki Kostrzewiński, Studniorz i Deyna właśnie. Kazik był wówczas zupełnie anonimowym piłkarzem. Bardzo zdolnym, ale bez doświadczenia, sukcesów. Dla klubu z Łodzi wydawał się wówczas najmniej perspektywicznym.

Czas służby wojskowej był dla Deyny, patrząc przez pryzmat następnych lat, sielanką. Mieszkanie, pieniądze, i to co kochał najbardziej - gra w piłkę. Gdy służba w wojsku dobiegała końca, Legia załatwiła rozkaz z Ministerstwa Obrony Narodowej, który zatrzymywał go w wojsku, uniemożliwiając tym samym automatyczny powrót do ŁKS. Dla "Kaki" nie stanowiło to problemu. On chciał tylko grać, a w Warszawie miał możliwość gry z najlepszymi. Zresztą sam stawał się już najlepszym.

"Żelazna kurtyna"

Konsekwencją świetnej gry w Legii, która również doskonale radziła sobie w europejskich pucharach, było powołanie do kadry i sukcesy z reprezentacją. Złoty medal na Olimpiadzie w Monachium i tytuł króla strzelców, trzecie miejsce na mistrzostwach świata w 1974 roku i nagrody w plebiscytach France Football i Kickera sprawiły, że polski rozgrywający stał się jednym z najbardziej pożądanych zawodników przez największe kluby Europy. Ale reakcja
włodarzy Legii, klubu wojskowego przecież, była oczywista. Dla żołnierza Deyny nagrodą był awans… na podporucznika WP. Gdyby wtedy dostał wolną rękę… Gdyby mógł wtedy wyjechać na zachód… pewnie dziś by żył.

Wywiad, którego nie było?


W 1977 roku z okazji trzydziestych urodzin "Kaki" ukazał się w "Piłce nożnej" wywiad z Deyną. W wywiadzie tym stwierdził, że marzy o stu występach w reprezentacji narodowej i mistrzostwach świata w Argentynie. Mówił o pożegnalnym meczu w kadrze, o tym, że jako piłkarz jest niemal spełniony. Tylko dziecięce marzenie o grze w Realu Madryt nie miało szans się ziścić. Ani w Realu, ani w żadnym innym wielkim klubie, choć oferty spływały z Milanu, Interu, Bayernu, Realu właśnie, czy od samego księcia Rainiera z Monaco. Trochę rozżalony, mówił wówczas z sarkazmem, że Legia być może pozwoli mu wyjechać, jak już nie będzie mógł biegać.

Dla przeciwwagi "Żołnierz Polski" zamieścił inny "wywiad", który na polecenie centrali PZPR przedrukowała cała ówczesna polska prasa. W tym to niby-wywiadzie Kazimierz Deyna miał stwierdzić, że jego celem życiowym jest gra w wojskowym klubie, bronienie honoru żołnierza polskiego i Polski, gdyż w życiu sportowca są ważniejsze sprawy niż pieniądze. Problem tylko w tym, że podobno, jak stwierdził później Deyna, nikt z "Żołnierza Polskiego" o nic podobnego go nigdy nie pytał.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

Panie Andrzeju, rogale Deyny znali wszyscy, a tekst miał ukazać mniej znane szerokiej publiczności epizody z życia Kaki. Ot, co...

Komentarz został ukrytyrozwiń

W tekście nie ma wielkiego "gdybania" - to że dostał szansę za późno to fakt, był wtedy jednym z najlepszych na świecie, blokada transferu z pewnością odbiła się na jego karierze (międzynarodowej) i zapewne również życiu. To że pamięta Pan Deynę dłużej ode mnie, nie znaczy, że na pewno lepiej.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Panie Andrzeju, szkoda, że nie zrozumiał pan kompletnie artykułu. Kto mówi o jednej ofierze? Dziś jest rocznica śmierci Deyny, a tekst to takie wspomnienie o genialnym piłkarzu, który miał pecha, bo urodził się za wcześnie. Takie jest moje zdanie. A pan nie musi czytać "bełkotu", nikt do tego nie zmusza.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.