Facebook Google+ Twitter

Kijem obok mrowiska. Aborcja, ideologia i kompromis

Nie tyle sam artykuł Piotra Balkusa "Kilka słów o aborcji", co namiętna dyskusja światopoglądowa jaka po nim rozgorzała, skłoniły mnie do napisania co niżej. Nie odnoszę się bezpośrednio i personalnie do opinii, które przeczytałem na "forum". Nie zamierzam toczyć bojów ideologicznych więc kija w mrowisko nie wsadzam.

Z zasady takie dywagacje (choć bardzo emocjonujące) z rzadka zostają rozstrzygnięte po myśli obu spierających się stron. Rozumiem pojęcie kompromis. Dla jednych może być zgniły, dla innych szczytowym osiągnięciem twórczej myśli. Pasuję, to kwestia punktu siedzenia.

Spory ideologiczne pozostawmy na boku, prowadzą bowiem donikąd. Ponieważ toczone są z przeciwstawnych punktów widzenia, z istoty rzeczy kompromis nie wchodzi w rachubę. Inaczej stałby w sprzeczności z wyznawanymi i głoszonymi poglądami.

Pozwólmy sobie na pewną analogię: dla jednych żołędź to dąb, dla drugich zaś nasienie, z którego może wyrosnąć dąb. Mimo że istnieje wspólny obszar łączący obie strony (żołędź i dąb należą do świata roślin) - porozumienie nie jest możliwe. Pierwsi uważają, że jeśli mają takie życzenie, by dąb wyhodować, to opiekują się nim czule. Albo wtykają cztery zapałki i robią "ludzika". Drudzy, będą chronić wszystkie żołędzie-dęby od momentu upadku z drzewa. To oczywiście trywialny przykład. Rzecz jest daleko bardziej poważna, bo dotyczy człowieka, jednak sposób myślenia i argumentowania musi być koherentny, jeżeli nie chcemy popaść w paranoję. Ta różnica zdań to spór doktrynalny, a więc nierozstrzygalny.

Wniosek 1.
Osiągnięcie kompromisu w sporach światopoglądowych jest odwrotnie proporcjonalne do różnic dzielących oba poglądy. W omawianym przypadku przyjmuje on wartość zbliżoną do zera.

Roztrząsanie problemu "czy jesteś za aborcją czy nie" jest ewidentnym przykładem manipulowania umysłami, bo sugeruje pełną dowolność lub wręcz nakaz jej stosowania. W rzeczywistości jest tylko dopuszczeniem (pod pewnymi warunkami) jej stosowania.

Nikt "zdrowy na rozumie" nie uważa, że aborcja jest jednym ze środków antykoncepcyjnych lub nie niesie traumy. Jest sprawą dotycząca moralności, a więc wyznawania tych zasad oraz idei, które jesteśmy skłonni akceptować. Państwo określa zasady i normy prawne, a nie moralne. W innym przypadku to, co jest ciężkim grzechem dla katolika, na przykład zdrada małżeńska, musiało by być ścigana z mocy prawa. Za kablowanie sąsiada można pójść do piekła, ale nie do więzienia. Można narazić się na ostracyzm (jeśli czyn zostaje ujawniony), ale nie na "rok w zawiasach".

Ustalmy wpierw w jakim kraju żyjemy: wyznaniowym, quazi wyznaniowym czy świeckim. To nie jest pytanie retoryczne. Preambuła Konstytucji RP odwołuje się wprawdzie do chrześcijańskich korzeni dziedzictwa narodu, jednak kwestię przekonań religijnych pozostawia prywatną sprawą każdego obywatela. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, że w świeckim – przynajmniej formalnie.

Wniosek 2.
Jeżeli więc założymy jak wyżej, to politycy powinni zajmować się ustanawianiem prawa nie opartego na żadnej ideologii typu religijnego, lecz w zgodzie z normami i zasadami obowiązującymi w szeroko pojętym kręgu kulturowym, w którym, chcąc nie chcąc, tkwimy. Odwoływanie się zaś do chrześcijańskich korzeni jest uzasadnione, acz nie powinno decydować o jego ostatecznym kształcie.

Dla osoby wyznającej zasady moralne wynikające z doktryny wiary Kościoła katolickiego problem aborcji nie istnieje lub nie powinien. Albo postępuję w zgodzie ze swoim sumieniem i nakazami wiary, albo nie. Wcale nie oznacza to, że w szczególnych przypadkach kobieta nie jest poddawana rozmaitym rozterkom duchowym. Wynikają one ze zderzenia zasad etycznych i wartości, które wyznaje - z własną oceną czynu in spe. Umrze i urodzi siódme dziecko ze świadomością, że osieroci pozostałą szóstkę albo podejmie inną decyzję. Może postąpić zgodnie z wyznawaną wiarą i wydać na świat dziecko ułomne, będące wynikiem gwałtu, a nawet poświęcić swoje życie dla jego ratowania. Takie jednak zachowanie i taka decyzja to czyn heroiczny.

Wniosek 3.
Prawo nie może zmuszać do świętości ponieważ staje wtedy w opozycji do moralności, na którą zdaje się powoływać. Paradoksalnie więc, ewentualny akt heroizmu uniemożliwiony jest z samej mocy tego prawa.

Chrystus głosił: „idźcie i nauczajcie wszystkie narody...”. Nauczajcie - znaczy przekazujcie moją ideę i przekonujcie. Słowami, osobistym przykładem; nie ogniem, mieczem, więzieniem, aktami prawnymi i potępieniem!

Poraża mnie podwójna moralność „kościoła” radośnie zwana kompromisem. Episkopat zgodził się nań podczas rozmów nad kształtem "Ustawy o ochronie życia.." - czyli Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek?

Postawmy teraz pytanie zasadnicze: od jakiego momentu mówimy - jest człowiek, a kiedy stwierdzamy, że zmarł. Śmierć określono jako moment ustania czynności pnia mózgu. Przynajmniej w tej kwestii nie ma nieporozumień. Symetrycznie więc i w zgodnie z logiką "początkiem" życia człowieka jest moment pojawienia się pierwszych komórek mózgowych. Czas ten został w miarę dokładnie określony przez naukę.

Wniosek 4.
Istnieje potrzeba jasnego i precyzyjnego określenia na płaszczyźnie nauki, a nie ideologii - od jakiego momentu bezwzględnie chronimy człowieka. Nie moją rzeczą jest rozstrzygać czy zygota już jest człowiekiem, czy też nie. To dziedzina nauki, a nie ideologii (w kontekście roli jaką powinni pełnić stanowiących prawo).

Św. Tomasz z Akwinu czy św. Augustyn w przeszłości również zadawali sobie to pytanie. Nie mając z oczywistych przyczyn wiedzy dostępnej dzisiaj uznali, że to mniej więcej szósty tydzień życia płodu. Nie moją rzeczą jest, by określać ten czas, na szósty, czy drugi tydzień.

Buddyści uważają, że każde życie jest "święte" - po równo: robala, krowy i człowieka. To ich religia i nikomu nic do tego. Kościół katolicki twierdzi, że od momentu pierwszego podziału komórki. I z tym też nie dyskutuję. Natomiast relatywizm moralny, o którym wyżej pisałem, może być poddawany ocenie. Skoro "kościół" godzi się na konkretny zapis w ustawie (choć z obrzydzeniem), to stoi w sprzeczności z zasadami, które głosi.

Wniosek 5.
Zadaniem państwa w tej materii jest przekonywanie. Nie ustawowe wprowadzanie zakazów i kar, lecz profilaktyka. Powinno dostarczać wiedzę poprzez powołane w tym celu instytucje, wychowywać w duchu poszanowania życia również od momentu jego powstania. Bo takie są przecież oczekiwania znacznej części jego obywateli.
Natomiast nie jest rolą państwa (jako ustawodawcy) odnoszenie się do moralności czy ingerowanie w nią poprzez uchwalanie przepisów prawnych.


Chrystus mówił: "oddajcie Bogu co boskie, a cesarzowi co cesarskie", czyli wyraźnie rozdzielił prawo stanowione przez państwo od zasad religijnych. Kwestie moralne zostawmy więc Jego ocenie i sprawiedliwości. Bez względu na to, do jakiego Boga się modlimy.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (26):

Sortuj komentarze:

Nie samą kawą człowiek żyje...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Agnieszko,
ja to bym wolała na kawe z Toba pójść niz o filozofii perwersyjnie ględzic. Pozdrawiam takze.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Boże drogi, to już o arcik poprosić nie można, by proszony nie wyrażał nadziei na atak z mojej strony?
wot, żizń...
kłaniam się filozoficzno-cybernetycznie-metrologicznie,
wiedzę na wyż. wym. temat mam w powijakach,
A.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Pani Agnieszko. Cybernetyka stoi raczej w opozycji do filozofii, ponieważ w dużej mierze opiera się na metrologii. Prywata? Niby, że z dzióbków sobie jedzą ?
Jest Pani wyjątkowo rzadkim "okazem" łączącym wiedzę z "ostrym językiem", a ja lubię wyzwania.

Komentarz został ukrytyrozwiń

:)
Moja nadzieja zatem na różnorakie filozoficzno-cybernetyczne obrzydliwości, Zofio i Aleksandrze, wzrosła. Tuszę, że na "prywacie" się nie skończy i wkrótce przeczytam jakiś..ohydny..artykuł;)
Bo takich rzeczy tutaj bardzo brak.
pozdr.
A.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Prosze mi polecic cos z cybernetyki, a ja Panu podrzuce tytuly jeszcze z innej bajki, jesli Pan sobie zyczy,ale raczej na prywatnego maila. Moj mail jest w profilu.Pozdrawiam, dziekuje za mile slowa.

Komentarz został ukrytyrozwiń

W tym momencie skarpety mi się zwinęły. Jak tylko poczytałem na temat teorii Integralnego Systemu Operacyjnego (Wilbera) natychmiast zasięgnąłem języka u swoich bardzo uczonych kolegów. Miałem wrażenie, że to, co mówię należy do "żenującego dowcipu prowadzącego". Przynajmnie tak było odbierane.
Dość dawno temu swojej krewnej pani profesor zadałem do przeczytania pewną lekturę z cybernetyki. Za kilka dni zwróciła mi książkę z obrzydzeniem i słowami: musiałabym zmienić zawód.
Teraz jest lekturą, którą poleca studentom. I w ogóle co tu gadać. Jest Pani niezwykle interesującą osobą. Podziwiam i doceniam wiedzę.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Integruję sie z Panem w tym momencie, poniewaz Ken Wilber przemawia do mojej wyobrazni wraz z psychologią transpersonalną. Ale powiem Panu cos ciekawego w kontekscie tematu zamkniete/otwarte.
Moja kolezanka chciała pisac habilitacje z Wilbera. Powazne srodowisko naukowe tego nie przełknęlo. Zadne pisma filozoficzne nie przyjmowały jej artykułow, ze to kogel mogel i new age. Ale jedno pismo sie w koncu znalazło i zgłosiło chęc publikowania eseju o Wilberze--było to pismo katolickie.

Komentarz został ukrytyrozwiń

"No to jesli nauka przyznaje sie juz otwarcie do bładzenia...." To nie tak pani Zofio. Naukowiec, który uzna, że jego teoria jest 'kompletna" staje się doktrynerem. Przestaje tym samym być naukowcem. Doktryna jest tworem zamkniętym, w każdym razie słabo podatnym na modyfikacje. Nauka jest otwarta na "nowe".

Doktryner wierzy w wyznawana doktrynę , cieszy się jej kompletnością i prawdziwością, a wszystkich przeciwników uważa za wrogów.
Postawa tak stoi w opozycji do człowieka posługującego sie "racjami". Taki zaś smuci się niedoskonałością teorii, którą stworzył. Szuka jej słabych punktów i zmienia poglądy jeśli okazuje się, że jest błędna. Nie przyjmuje niczego "na wiarę", jest sceptyczny, poszukuje nowych rozwiązań.
Doktryner dopasowuje poglądy do wyznawanej idei, a każdy pogląd, który do niej nie przystaje uważa za błędny.

Z kolei nauka, która skupia się wyłącznie na obiektywnych i zewnętrznych aspektach rzeczywistości popełnia błąd redukcjonizmu.
Holon, jak pisze Ken Wilber, to "całość". Ma swoją powłokę zewnętrzną i wewnętrzną. Jest jednak tylko częścią większej całości.
Wniosek jest dość oczywisty: aby skutecznie rozwiązywać dylematy egzystencjalne konieczna jest integracja umysłów i taki stopień świadomości, który łączy. Nie dzieli. Pomocne wydają się tu metody psychologii transpersonalnej.

Komentarz został ukrytyrozwiń

A cytuje Baumanna bo on wyraznie pokazuje jak kształtuje sie władza i jak duchowosc, zstepując w świat materialny,krzepnie wraz z nim. Dla mnie domaganie się przez Kosciół praw do wspóldecydowania o etyce w panstwie jest uzurpacją. Nie jestem katoliczką, mam szacunek dla nauki Jezusa i dla chrześcijanstwa jako jednej ze sciezek duchowych, ale nie znoszę jak "kosciól pcha ryja wszędzie" (cytat z poety).

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.