Facebook Google+ Twitter

Kilka pytań po Primaverze

Po intensywnym tygodniu, podczas którego nadrobiłam kilka pokoleniowych zaległości i przeżyłam kilka epifanii (i kilka strasznych rozczarowań), przyszedł czas na rozliczenia. Tym razem w formie znaków zapytania.

Po pierwsze: Czy Briana Wilsona można/warto/wypada jeszcze oglądać na scenie?

 / Fot. Primavera Sound 2016 Eric Pamies

Bardzo mi na tym występie zależało - bo Beach Boys to zespół-rówieśnik Beatlesów, pod względem umiejętności artystycznych dorównujący brytyjskim kuzynom. Brian Wilson jest bez wątpliwości geniuszem, ikoną współczesnej muzyki, jednym z ostatnich stąpających po tym padole twórców alternatywnej muzyki, co szczególnie wzrusza w 2016 roku, który mocno nadwątlił zasoby żyjących legend. Bo “Pet Sounds” to płyta niesamowita, doskonała, za czasów swojego uznawana za dziwaczną, niepoważną, że jak to orkiestra i dzwonki rowerów, i szczekające psy? No dobra, tak było w Stanach, gdzie 11 album w dorobku zespołu po prostu zaskoczył publiczność - w Wielkiej Brytanii słuchacze byli na nią gotowi.

50 lat później, bo to już pół wieku od wydania “Pet Sounds”, płyta jest bezspornym fragmentem muzycznej historii, zmieniającym właściwie wszystko, co sądzono na temat rocka w tamtych czasach: czego wypada używać w kompozycjach, eksplorując nowe rytmy, brzmienia, instrumenty, harmonie. I tak grają ją dzisiaj zaproszeni przez Wilsona muzycy - niemała orkiestra, znajomi sprzed lat, byli gitarzyści The Rolling Stones i zażywni 50-latkowie śpiewający obłędnym falsetem. W repertuarze mają klasyki Halloween i, na moje oko, naprawdę dobrze czują się na scenie. Są małe żarty, krótkie zapowiedzi, komplementy, solowe popisy, no i kupa dobrej muzyki, którą znają na pamięć nawet superbrodaci metalowcy wyglądający jak prosto z Harleya.
[wideo width="615" height="600"
https://www.youtube.com/watch?v=2TmJo3FGiio]
https://www.youtube.com/watch?v=2TmJo3FGiio
[/wideo]

Przegapiłam niestety lwią część “Pet Sounds” zostając na Autolux (mam wrażenie, że prędzej znów zobaczę Wilsona niż grupę z Los Angeles) - ale wciąż zostało na liście kilkanaście doskonałych kawałków, w tym “Good Vibrations, “Surfin’ USA, “Fun, Fun, Fun” i “I Get Around”. Taaak. Nawet jeśli głos Wilsona nie jest już tak spektakularny, wielu 73-latków może mu pozazdrościć muzycznej formy.

Podczas niedzielnego lunchu dostałam opieprz od nowo poznanego DJa z Barcelony, który stwierdził, że nie wypada oglądać Wilsona na żywo, bo to zombie. I że to brak szacunku. Z wywiadów nie można co prawda odnieść takiego wrażenia, no ale - czy ktoś z was też tak uważa? Jak odnosić się do uratowanych z piekła muzyków wracających na scenę w podeszłym wieku?



Po drugie: czy Radiohead to zespół pokolenia?

W sumie pewnie wszyscy znamy odpowiedź na to pytanie, chociaż jakoś tak trudno było mi na początku zaakceptować samą ideę zespołu pokolenia w kontekście generacyjnego hipsterstwa. Hipsterka to ciężka materia do rozgryzienia, masa udająca zbiór jednostek, w sumie nawet z powodzeniem, gdyby nie to, że już prawie wszyscy mamy kolorowe włosy i tatuaże. Kontrkultura została zaabsorbowana, podobnie z buntem, starymi gadżetami i zasadami dobrego gustu.

A jednak, mamy swój zespół, co znaczy, że mamy wspólny kod, łącznik, coś, o czym możemy gadać z każdą osobą w kolorowych skarpetkach i z malowniczo wygolonym kawałkiem głowy. Tym zespołem jest Radiohead, które umiejętnie z resztą kreuje na siebie popyt - gra wybrednie, nieczęsto, nagrywa albumy może nie raz na wieki, ale interwały od 2003 roku zrobiły się dość długie.

Więc kiedy Radiohead wyszli na scenę w piątek wieczorem w Barcelonie, dziesiątki tysięcy osób zamilkły na dwie i pół godziny. Naprawdę. Nie mogłam w to uwierzyć po czwartkowej traumie (o tym niżej), ale jest przynajmniej jedno uniwersalne, łączące tą masę sacrum, którego nie ważą się tknąć, wyśmiać, nadszarpać pijanym bełkotem czy nieznajomością tekstów. Thom Yorke z kolegami dali z resztą koncert potwierdzający wszelki hajp czy sekciarskie zachowania: to było katharsis, przeżycie duchowe. Ich absolutnie minimalistyczny (naznaczony pojedynczymi wyjątkami, jak na przykład przy “Everything in it’s right place”, które pasowałoby w swojej minimal-tech formie do nowej płyty Yorka), przepięknie zagrany występ. Najcudowniejszym momentem była dla mnie “Karma Police”, które publiczność śpiewała jeszcze długo po tym, jak muzycy skończyli grać. I w ogóle pełno było takich momentów zbiorowego uniesienia mnóstwo, bo Radiogłowi zagrali nam klasyków co niemiara - “No Surprises”, “The National Anthem”, “Pyramid Song”, “Paranoid Android”, Street Spirit, nawet cholerne “Creep” było.

Zastanawiałam się, czy w ogóle wypada liczyć na ten utwór na liście. A jednak, zagrali, na samiutki koniec, może i wcale nie najlepszą swoją piosenkę, ale zdecydowanie totalnie hipsterski hymn opiewający odstawanie od normy. Coś w tym jest - Radiohead opisali pojebanie tego świata, dewocję, technologię, newralgiczność, byciu trochę psycholem w świecie pełnym psycholi, izolację i generacje X i Y w ogóle. To uproszczenia, bo York jest poetą, a jego koledzy z zespołu są fenomenalnymi muzykami. Ale pozwala mi ono na uogólnienie: wszyscy kochamy Radiohead, i mamy po temu swoje powody.


Po trzecie: dlaczego ludzie krzyczą na koncertach?


 / Fot. Primavera Sound 2016 Eric Pamies

Zachowanie młodzieży na koncercie LCD dało mi do myślenia - jak to kurde, Murphy zniknął ze sceny, niby na dobre, kilka lat temu, wielu z nas nie miało okazji zobaczyć LCD nigdy w życiu, ich płyty są jednymi z najlepszych rzeczy, jakie ukazały się w ostatnich dwóch dekadach na rynku muzycznym, a te gnojki gadają? Właściwie to nie gadają, ja już ledwo słyszę ten koncert.

[wideo width="615" height="600"]
https://www.youtube.com/watch?v=-eohHwsplvY
[/wideo]

I nie żeby show był słaby, a skądże - Murphy i zespół, zespół z prawdziwego zdarzenia, grający na tych wszystkich starych syntezatorach, amplfikatorach, cowbellach (jak cowbell brzmi, to tłum krzyczy jeszcze bardziej), bo przecież DFA records mają więcej sprzętu niż Ty., i z cudowną wokalistką. Ten właśnie Murphy, 5 lat od ostatniej wizyty w Europie, wchodzi na scenę pod wielką disco kulą i zaczyna show “The time has come”: teraz chyba wszyscy doznajemy czegoś niesamowitego? Chcemy wyskoczyć z własnej skóry, bo to disco jest doskonałe, to jest impreza dla geeków, fanów MDMA, rodzin z dziećmi. LCD udało się stworzyć piosenki, które są dokładnie na granicy nasycenia i różnorodności i idealnej prostoty, na których meloman zawiesi się na godziny dla rozpoznania wszystkich smaczków, drobnostek, ozdobników, szczegółów - i do których beztrosko tańczy się po kilku browarach. Niestety tłum zagadał koncert na naszej szerokości i wysokości geograficznej, i strasznie mnie to frustrowało, bo koncert był cudowny. Dostaliśmy wszyskiego po trochę, i super intensywne hiciory w stylu “Tribulations”, i nostalgiczne dziełka w stylu “Home” i “New York”. Naprawdę, czekam na powtórkę w Gdyni, i liczę na dobre zachowanie. Będę też pod sceną dużo wcześniej, obiecuję.


I wreszcie: czy Primavera powinna wprowadzić limity dla Brytyjczyków?


Wiem, wiem, to głupie pytanie, i nie do końca o to chodzi. Chodzi bardziej o wzrostową tendencję festiwalu, który postanowił się wreszcie wyprzedać (mając Radiohead w lineupie nie jest to trudne), wyprzedał się więc bez trudu i naraził publiczność na niemałe trudności. Po pierwsze, Primavera znowu się rozrosła (opuściłam 2015 rok, ale była to moja szósta wycieczka do Barcelony z tej okazji, widziałam więc, jak ten stosunkowo niewielki acz imponujący programem festiwal nadmuchuje się z roku na rok) - dystanse od sceny do sceny pokonuje się więc nawet autobusem, bo naprawdę jest daleko. Co więcej tym razem Bowers and Wilkins, ciasny i gorący namiot z elektroniką, został przesadzony znad morza za sceną Ray Ban na… drugą stronę portu, za mostem… Nawet tam nie dotarłam w tym roku.

Po drugie, ludzi było od cholery. O wiele za dużo. Zespoły oglądało się niemalże spod drugiej sceny, szczególnie w przypadku ustawionych na wprost siebie H&M i Heinekena, na których grała większość głównych gwiazd. Cwani festiwalowicze odbijali się więc od jednej do drugiej barierki, nigdy nie opuszczając cennego terytorium, a jeśli ktoś przypadkiem wybrał się daleko zobaczyć coś innego, zwykle jedyną opcją było sterczenie na końcu świata, przeważnie w ścisłym gronie pijanych nastoletnich Brytyjczyków, którzy zdecydowanie nie przyjechali tu dla muzyki. Oglądanie w takich warunkach LCD Soundsystem było męką - bo koncert dali absolutnie wspaniały.

Przemieszczanie się z jednego końca na drugi nie było z resztą nigdy łatwe, bo zawsze towarzyszy ci rzeka melomanów. Za rok chyba jedynym wyjściem będzie odpuścić wszystkie większe sceny - ostatniego dnia, kiedy postawiłam na Adidasa (eksperymenty), Pitchforka (miks nowej alternatywy) i Primaverę (post-punk!), było naprawdę miło i przyjemnie.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.