Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

33623 miejsce

Klaus Schulze feat. Lisa Gerrard w Warszawie

Impresje ze wspólnego koncertu dwóch legend muzyki - Klausa Schulze i Lisy Gerrard, który odbył się 13.11.2008 r. w Bazylice Salezjanów na warszawskiej Pradze.

Na początek brawa dla organizatorów. Bazylika Salezjanów na końcu Kawęczyńskiej to genialne miejsce na tego typu koncert. Znakomita akustyka, duża przestrzeń dla dźwięku i scena urządzona bezpośrednio przed przysłoniętym ołtarzem - to musiało zagrać. Niestety, oświetlenie fatalne, jakieś tandetne diodowe słoneczka-spiralki i porozwieszane, także diodowe, kolorowe patyczki... kompletny nonsens, szczególnie w kontekście postaci, które miały wystąpić.

Na początku bardzo miły support. Grupa nazywa się Solar Moon i grają elektroniczną wersję muzyki knajpianej. I nie zwróciłbym nawet na nich uwagi, gdyby nie gościnnie występująca z nimi Simone. Głos z pierwszej światowej półki, coś wyekstrahowanego z Diany Krall, coś z Cindy Lauper - ale czyste i do bólu bezbłędne. Repertuar raczej lekki i niezbyt intelektualny, wprowadzający w znakomity nastrój.

Klaus Schulze na zdjęciu archiwalnym z 2003 roku. / Fot. PAP/Remigiusz SikoraPo krótkiej przerwie wyszedł Schulze. Chyba wszyscy byli pod wrażeniem luzu, klasy i skromności, którą zaprezentował w minutowym może zagajeniu. Gdy wspomniał legendarny już album "Dziękuję Poland", cała sala biła brawo. Mimo wszystko pełen obaw zacząłem słuchać i trochę zmartwiałem... Schulze wypuścił w przestrzeń dwudziestominutowy utwór jakby bez koncepcji, sugerujący, że starszy pan już jest po ciemnej stronie mocy i produkuje muzykę wsobną. Za głośno i chaotycznie.

Przerwa. Już nie mogłem się doczekać, w końcu Schulze miał być, jak się okazało po brawach, tylko dodatkiem do bohaterki wieczoru... i tu moja relacja przestaje być niestety obiektywna, gdyż głos Lisy kocham miłością czystą od dobrych dwudziestu lat. Nie traktuję tego jak muzyki, tylko strumień świadomości odbierany koniuszkami palców, zawsze w skupieniu, zawsze z obrażeniami wewnętrznymi.

Wychodzi Lisa, trochę skulony jestem, przerażony wizją kakofonii Schulze, która po pierwszym solowym utworze musiała nastąpić... i wtedy popłynął jej głos. Ogarnął mnie kosmiczny spokój, zrobiłem niemądrą minę i chłonąłem, chłonąłem, chłonąłem. Schulze plumkał sobie w tle, zupełnie nie absorbując. Lisa improwizowała mocno, parę razy nawet oboje się pogubili dokumentnie, acz z gracją. Odniosłem wrażenie, że wreszcie Lisa znalazła muzyka, który dał jej całkowicie wolną rękę i nie próbował dominować. Dodatkowo rodzaj instrumentarium i ambientowy z definicji gatunek uprawiany przez Klausa pozwolił Lisie rozwinąć skrzydła.

Wyraźnie bylo słychać echa całego repertuaru Lisy i Dead Can Dance, jednak cały materiał jest świeży, choć trudny. Lisa śpiewała niemal bez przerwy przez godzinę, po czym nastąpił ponaddwudziestominutowy bis, który przyćmił cały koncert. Gerrard do samego końca nie oszczędzała płuc i co chwilę fundowała popisy, to altowe, to tremolowe.

Był niestety akcent niemiły. Przede mną siedział jakiś neandertalczyk, który co dwie-trzy minuty robił seryjne zdjęcia z włączonym dźwiękiem migawki. Zrobił to także w kilku momentach, kiedy przestawało bić serce z zachwytu. Najwyraźniej nic nie rozumiał z tego, co działo się przed nim, trzaskał zdjęcia i pokazywał towarzyszącej mu neandertalczycy na wyświetlaczu - patrz, jakie zajebiste.

Wielkie wydarzenie, wielcy muzycy. Dziękuję Klaus, dziękuję Lisa!

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

  • Autor usunął profil
  • 15.11.2008 17:42

Lisa ryczała do mikrofonu aż się okoliczne dewotki zleciały pod bazylikę do myślały, że okoliczne 'panienki z dobrych domów' wciągają proboszcze w piekielne czeluści!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.