Facebook Google+ Twitter

Kogo dostrzegać, kogo słuchać

Szukając kryteriów do oceny przeszłości warto zapytać o zdanie także tych spośród zwykłych ludzi, którzy za nas wszystkich nadstawiali karku. Może nie tylko „gwiazdy” i „moralne autorytety” mają nam do powiedzenia coś ciekawego?

Wystawa Janusz Korwin-Mikke opowiadając onegdaj „Pod Jaszczurami” o zabawach w chowanego, jakie niejednokrotnie uskuteczniali wobec niego dzielni ubecy, wyznał, że tak wówczas, jak i dziś, nie ma do nich o to cienia pretensji. Ot, taką panowie mieli pracę. Mniej lub bardziej skutecznie wykonywali zadania na odcinku powierzonym im przez partię. A nie zawsze była to służba wdzięczna. Zdarzało się, że podczas gdy antydemokratyczny opozycjonista spędzał upojne chwile u boku damy, pilnujący go funkcjonariusze mokli jak psy pod oknami.

Oczywiście, nie wszyscy działacze dawnej opozycji wspominają kontakty ze smutnymi panami w równie frywolny sposób. Znajomy, który za sprawą „ścieżek zdrowia” w obozie dla internowanych stracił słuch w jednym uchu, pewnie mniej chętnie podałby dzisiaj rękę byłym „opiekunom”. I to nawet tym, których udało się nawrócić samemu księdzu Mieczysławowi Malińskiemu...

Ośmielam się twierdzić, że nasz stosunek do „ludzi honoru” z dawnego kierownictwa PZPR oraz ich wiernych janczarów, powinien być w większym stopniu funkcją stosunku, jaki mają do nich ich ofiary. I to również te, dla których III RP nie była czasem oszałamiających karier. Zbyt wiele było w ostatnich latach samozwańczych „sumień narodu”, które mając lepszy lub gorszy do tego tytuł, nie szczędziły pouczeń pod adresem innych. Nie szczędziły często pouczeń wobec osób o równie pokaźnym, lub wręcz większym bagażu zasług. Zdumiewające, że niektórym spośród „moralnych autorytetów”, spoglądających na tłum z perspektywy etycznych Himalajów udaje się przechodzić do porządku dziennego nad łamaniem podstawowych zasad sprawiedliwości i solidarności międzyludzkiej. Wielu zdaje się zapominać o przestrodze zawartej w słowach poety: „i nie przebaczaj, zaiste nie w twojej mocy przebaczać w imieniu tych, których zdradzono o świcie”. Zamiast tego lansuje się kicz „narodowego pojednania”, którego nie chcą traktowani z pogardą „wiecznie wczorajsi”. Tym, którzy dla odzyskania wolności ponieśli największe koszty, przypisuje się uleganie najniższym instynktom. Po roku ’89 większość takich osób znalazła się na ekonomicznym marginesie. Jako nagrodę za poświęcenie, „postępowe” media zaczęły im serwować lekcje demokratycznego savoir-vivre’u . Przy okazji okazało się, że wobec tzw. „ludzi honoru” podobne pouczenia nie są konieczne.

Pokłosiem decyzji Benedykta XVI w sprawie nieszczęsnego ingresu jest odzyskiwanie przez słowa ich pierwotnych znaczeń. Coraz lepiej rozumiemy, że jest to warunek sine qua non przywrócenia pełnej suwerenności. Przełamanie bariery wieloletniej niemożności, czego przejawem chociażby coraz bardziej chętne rozliczanie się przez Kościół katolicki z trudną przeszłością, pomaga przyspieszyć proces odzyskiwania polskiej pamięci. Zostawiając prokuratorom i sędziom stricte prawny aspekt zagadnienia, warto zastanowić się nad stopniem odpowiedzialności związanej z konkretnymi postawami wobec działań komunistycznych służb specjalnych. Czyje postępowanie zasługuje na ostrzejsze potępienie? Tych, którzy tworzyli aparat ucisku, którzy mają na rękach krew, którzy ponoszą odpowiedzialność za drenaż mózgów i ekonomiczny zastój? Czy tych, którzy denuncjowali własnych przyjaciół, stawiali się ponad innymi, dopuszczali się zdrady? Z kim należałoby dziś wymienić znak pokoju? Z byłymi esbekami, w rodzaju Kazimierza Kasprzyka albo Stefana Tyrpy [zbieżność nazwisk przypadkowa] – którzy „jedynie wykonywali rozkazy”? Czy z takimi, jak Lesław Maleszka, Henryk Karkosza, albo – toutes proportions gardees – Wojciech Dzieduszycki i Olgierd Terlecki? Ci ostatni za cenę donoszenia na przyjaciół i bliskich, korzystali z udogodnień, jakie w PRL zarezerwowane były tylko dla „równiejszych”. W dodatku do niedawna wszyscy przekonani byli o ich przyzwoitości.

Gdybym miał wpływ na decydentów w (publicznej?) telewizji, zaproponowałbym im zaproszenie do studia otwartego, byłych zwyczajnych opozycjonistów. Szeregowych członków pierwszej „Solidarności”. I namówiłbym dziennikarzy do zadania gościom wyżej postawionych pytań. Taka debata (debaty?) – na żywo, bez niepotrzebnej „reżyserki” – byłaby także jakąś, prawda że niedoskonałą, formą „zadośćuczynienia” za niegdysiejsze nadstawianie karku. A nam wszystkim być może pomogłaby wreszcie się dowiedzieć, jak to możliwe, że 18 lat po upadku komunizmu dawny esbek nie waha się na ulicy zaczepić swego „podopiecznego”. Stać go na dobry humor zażywnego biznesmena, który na widok śmiesznego rencisty reaguje spontanicznym: „No i co, panie Iksiński, jak się panu żyje w tej IV RP? Bo mnie bardzo dobrze”...

A czy obok dawnych, „bezimiennych” opozycjonistów, nie dałoby się „odkryć” także żyjących jeszcze wśród nas żołnierzy polskiego Państwa Podziemnego? A może bolesna prawda jest taka, że zarówno jedni, jak drudzy, tak dawniej, jak i dziś nadają się jedynie na mięso armatnie polityków? Jeśli jakimś cudem nie polegli i nie zgnili w więzieniach, kamera i mikrofon dostrzega ich tylko przy okazji kampanii wyborczej. Ostatecznie od czasu do czasu może ich spotkać zaszczyt odgrywania roli tła dla przecinającego wstęgę dygnitarza..

Od kiedy podczas transmisji z otwarcia Muzeum Powstania Warszawskiego usłyszałem głos pani Zofii Korbońskiej, zastanawiam się, dlaczego żywym świadkom historii – nie tylko tej sprzed 60. lat – poświęcamy tak mało uwagi. Dlaczego mainstreamowe media stać jedynie na nagranie zdawkowych wypowiedzi z okazji kolejnej rocznicy? Czy rzeczywiście Zofia Korbońska i Irena Sendlerowa, nie wspominając o tylu mniej znanych bohaterach, po prostu nie mają nam do powiedzenia nic ciekawego? Czy naprawdę interesujące może być jedynie to, co wylewa się z ust naszych niezastąpionych mężów stanu ? Ewentualnie to co – na każdy temat - powie Doda Elektroda, polski Beckham, Mandaryna i lider „Ich Troje”? Czy nasz szczery podziw potrafią wzbudzać wyłącznie Jolanty Kwaśniewskiej uwagi na temat stylu albo błyskotliwe riposty Kuby Wojewódzkiego?



toutes proportions gardees - franc.: zachowując wszelkie proporcje

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (4):

Sortuj komentarze:

Słuszne pytania. Ale chyba raczej bez pozytywniej odpowiedzi. Co sie dzieje, wszyscy widzimy.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Niestety świadkowie tych najpiękniejszych kart naszej historii pozostają czasem w cieniu. A świadkowie historii mało chwalebnych są albo nagradzani za swe postępowanie, albo po prostu nie są karani. A najciekawsze jest to, że w wielu z nas głeboko siedzi zakorzeniona wizja: dobrze jestm nie ma co psuć. Ktokolwiek chce oczyścić stajnie, załatwia prywatne interesy... Tylko ktoś kiedyś musi sie tym zająć. Teraz wiemy, że będzie trzeba iść pod prąd...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Świetny artykuł.

Komentarz został ukrytyrozwiń

"Łeb jak sklep", nic dodać, nic ująć.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.