Pozycja materiału w rankingach:

Wynajmowanie licencjonowanego przewodnika powinno być wynikiem woli turystów, a nie administracyjnego przymusu, no może z wyjątkiem wycieczek typu grupa dzieci zimą w wyższych partiach gór lub do obiektów zamkniętych.
Zobacz także:
Artykuły
(1)
Galerie
(0)
Średnia ocen
(5.00)
Wiek: 66 | Miejscowość: Poznań | Kraj: Polska
O mnie: Emeryt, który zajmuje się turystyką i krajoznawstwem, działając w Polskim Towarzystwie Turystyczno-Krajoznawczym, Polskim Towarzystwie Tatrzańskim i Klubie Sudeckim w Poznaniu
Sortuj komentarze:
tcovjladvmg 14.07.2011 18:04
pJc6or <a href="http://owzqmncvempd.com/">owzqmncvempd</a>, [url=http://ejvsujqcqumc.com/]ejvsujqcqumc[/url], [link=http://ivygcvwhqaxy.com/]ivygcvwhqaxy[/link], http://nmjtewzxwaqz.com/
Lech Rugała 03.02.2010 13:21
Wygląda na to, że te idiotyczne polskie regulacje nie tylko nadal pozostaną, ale jeszcze się pokomplikują. Jedno mnie w tym wszystkim mocno zastanawia. W poprzedniej wersji projektu ustawy o zmianie ustawy o usługach turystycznych oraz o zmianie ustawy – Kodeks wykroczeń był taki oto zapis:
cytat:
“59) wykreślenie z ustawy z dnia 20 maja 1971 r. Kodeks Wykroczeń (Dz.U. z 2007 r. Nr 1009, poz. 757 z pózn. zm.) przepisu zawartego w art. 60(1) w § 4 pkt. 1 na mocy którego w aktualnie obowiązującym stanie prawnym ten kto wykonuje bez wymaganych uprawnień zadania przewodnika turystycznego lub pilota wycieczek podlega karze ograniczenia wolności albo grzywny; jest to zbieżne z wprowadzanymi w projekcie przepisami dopuszczającymi wykonywanie zadań pilota wycieczek lub przewodnika turystycznego bez posiadania tych uprawnień na podstawie art. 14 ust. 3a i art. 30 ust. 1 ustawy w brzmieniu nadanym niniejszą ustawą;”
Dopuszczenie do wykonywania zadań pilota wycieczek lub przewodnika turystycznego bez posiadania miejscowych uprawnień zostało założone, jak sądzę, m.in. na skutek wymogów UE.
Co się stało? Na moje uwagi w tej sprawie i pytanie o wyjaśnienie na czyj wniosek ten zapis w Kodeksie wykroczeń pozostaje, skierowane m.in. do Ministerstwa Sportu i Turystyki, w tym do rzecznika prasowego, nie doczekałem się żadnej odpowiedzi. Dlaczego “nabrali wody w usta”? Jakoś nie sposób dotrzeć do osób, które by obecny projekt jawnie poparły i zechciałyby się oficjalnie wypowiedzieć i uzasadnić swoje racje. Dlaczego te zmiany wprowadza się po cichu i bez rozgłosu? Oto jest pytanie…
Ciekawe to wszystko, bowiem rządy partii mającej się za liberalną wg deklaracji wyborczych miały uprościć prawo, a tak naprawdę to je komplikują.
Jarosław Grondys (v.S) 28.01.2010 12:26
Lechu - jak zwał to zwał , chorym prawem jest prawo w którym się kara za przekaz informacyjny - to jest chore prawo. Powiem więcej ten zapis prawny dział w interesie "przewodników" w dużych miastach w tysiącu innych nikt na to nawet nie zwraca uwagi gdyż było by to śmieszne jak nauczycielka histori oprowadzając dzieci po Augustowie miała by być karana za "opowiadanie" o tym mieście - jednym słowem jest to tylko w interesie "wybrańców" chcących mieć MONOPOL na pracę w Krakowie , Wrocławiu czy Warszawie. Z takim prawem trzeba walczyć za wszelką cenę , tu nie ma żadnego usprawiedliwienia. Jest wolny rynek i on powinien eliminować z rynku "nikompetentnych" przewodników a nie zapisy prawa.
Lech Rugała 28.01.2010 09:24
Tu już nie chodzi o blokowanie dostępu do zawodu, ale specyficzny sposób na obejście konstytucyjnego zakazu cenzury. I nic tu nie usprawiedliwia braku zdrowego rozsądku osób odpowiedzialnych w Ministerstwie Sportu i Turystyki za przygotowanie takiego projektu zapisów w ustawie, rozporządzeniach do ustawy itp., że coś takiego w sobie te zapisy zawierają. Bo przecież nawet kompletny laik zrozumie, że zapis w Kodeksie wykroczeń jest absurdalny, oznacza dosłownie, że nikomu bez formalnych uprawnień nie wolno opowiadać o zabytkach, historii czy przyrodzie, pozwala na szykanowanie osób przekazujących informacje przewodnikowe turystom zarówno społecznie jak i grupie znajomych, a mimo licznych petycji środowisk domagających się jego wykreślenia - zapis pozostaje. To na pewno nie była być normalna procedura drogą konsultacji społecznych. Wycofanie się MSiT z wykreślenia tego bzdurnego zapisu nie mogło być dziełem przypadku...
Widać sprawy przewodnictwa turystycznego leżą nadal w gestii osób kierujących się przestarzałymi, z minionej "epoki" schematami, kiedy to wszystko dało się zaparagrafować i obwarować ściśle podpunktami, równocześnie otwierając tym samym drogę kombinatorom i "kręgom uprzywilejowanych" i umożliwiając im dorwanie się do koryta. Wprowadza się opinię publiczną w błąd wmawiając nam, że to dla ochrony klienta i w celu likwidacji tzw. "szarej sterfy". Jakoś nikt nie zwraca uwagi, że tzw. "szarą strefę" tworzą przede wszystkim przewodnicy z państwowymi uprawnieniami, biorąc zapłatę prosto do kieszeni i nie zawierając umowy oraz nie wystawiając faktur. Załatwiając sobie u polityków prawną ochronę swoich interesów i kierując służby mundurowe na sprawdzanie i szykanowanie ludzi prowadzących turystów bez licencji, odwracają uwagę od rzeczywistego problemu i mogą takie rzeczy robić bezkarnie.
Lobby przewodnickie zwykle posługuje się argumentacją, że ludzie nie mający państwowych uprawnień nbprzewodnika turystycznego mylą zabytki, plotą bzdury itp. Tymczasem przeciętna wycieczka zatrzymuje się na przykład w Poznaniu na kilka godzin i ogląda jakieś trzy obiekty na krzyż. Trzeba naprawdę mieć wyobraźnię licencjonowanego przewodnika aby twierdzić, że w takiej sytuacji można któryś z nich pomylić z innym. Dlaczego? Bo każdy opiekun wycieczki: tzw. pilot wycieczek, wychowawca szkolny, społeczny instruktor krajoznawstwa itd. bez formalnych uprawnień przewodnika, może podjąć się tej roli i wziąć pierwszy z brzegu ilustrowany przewodnik albo wydruk aktualny z internetu i pokazać grupie to, o czym przeczytał.
W dzisiejszych czasach, kiedy jest dostęp do oficjalnych stron internetowych miast czy parków narodowych i krajobrazowych oraz mnóstwa informacji w fachowych publikacjach, dokładnych map i szczegółowych planów, instytucja przewodnika straciła na znaczeniu. Zupełnie tak samo jak profesor na uczelni. Dzisiaj dostęp do wiedzy ma każdy i może ją w dowolnej chwili uzupełnić lub zweryfikować. Student ma dostęp do tych samych publikacji, co profesor, turysta ma dostęp do tych samych publikacji i map, co przewodnik itd.
Dlatego kompletnym nonsensem jest żądanie licencji przewodnika od osób, które dzielą się swoim doświadczeniem turystycznym za darmo i okazyjnie zajmują się przekazywaniem informacji o miastach czy innych turystycznych obszarach naszego kraju, pokazują zabytki znajomym. Problemem natomiast jest sprowadzenie "na ziemię" skostniałych działaczy przewodnickich, którzy płodzą różne bzdurne zapisy ograniczające swobodną turystykę i przemycają je do ustaw, rozporządzeń i innych aktów prawnych. Na nasze nieszczęście turystyka w tym kraju jest kompletnie marginalną gałęzią gospodarki i mało kto się na tym zna, a nasi parlamentarzyści zaklepią każdą bzdurę, jaką im podsunie się pod głosowanie.
Jarosław Grondys (v.S) 27.01.2010 13:35
To jest kolejny przykład "manipulowania" mniejszości nad większością , kolejny przykład jak się w Polsce stanowi prawo - skandal nad skandale , już dawno powinniśmy powiedzieć stanowcze NIE wszelkim korporacjom blokującym w Polsce dostęp do zawodu , od lat trwa walka młodych prawników o dostę do rynku - i nadal mamy ŚCIANĘ - nie do przebrnięcia , gdzie Polska młodzież ma pracować skoro za wszelką cenę kładzie się jej "kłody po nogi" - nie ma się co dziwić że wyjeżdząją na "zmywak" do Angli skoro z dyplomem prwnika mogą w Polsce pracować jako listonosz !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Lech Rugała 27.01.2010 12:44
Mariusz Szachnowski: "Myśle, że to zdarzenie powinno awansować do rangi symbolu ignorancji obywatela przez władzę."
Panie Mariuszu! To nie jakiś odosobniony przykład absurdów, które pozbawiają dzisiejszych Polaków prawa do myślenia z wyższością o czasach Barei.
"Dziennik Polski" wydanie z dnia 13.08.2009. Oto fragment:
"Maria Kantor, pracowniczka Uniwersytetu Jagiellońskiego, oprowadzała po Krakowie swoich znajomych z Malty. Pani Maria zabrała przybyszów na ul. Floriańską, pod Sukiennice i kościół Mariacki, opowiadała o historii miasta i zabytków. Nagle podeszły do niej dwie osoby, które zaczęły wypytywać o uprawnienia przewodnika. Okazało się, że to wspólna kontrola urzędników Urzędu Marszałkowskiego i przedstawicieli Stowarzyszenia Przewodników Turystycznych, którzy w asyście strażników miejskich postanowili wylegitymować podejrzaną.
- Od razu odpowiedziałam, że nie jestem żadnym przewodnikiem, a tylko pokazuję znajomym zabytki Krakowa. A właściwie to byłam tak zaskoczona, że zaniemówiłam. Moi znajomi z Malty nie wiedzieli, co się dzieje i dlaczego nagle zatrzymują mnie obce osoby i umundurowani strażnicy. Na nic zdały się moje wyjaśnienia, że nie oprowadzam żadnej grupy. Byłam przerażona absurdalnym stwierdzeniem, że nielegalnie, bez uprawnień, oprowadzam turystów indywidualnych po Krakowie i że to jest zabronione – mówi Czytelniczka. (…)
Jak tłumaczy Biuro Prasowe Urzędu Marszałkowskiego Województwa Małopolskiego, celem kontroli było “zmniejszenie skali zjawiska nielegalnego przewodnictwa, a także zapewnienie wykonywania zadań przewodnika turystycznego po Krakowie przez osoby spełniające wymagania określone przepisami prawa”.
Okazuje się, że przyłapani na nielegalnym przewodnictwie mogą otrzymać (…) karę grzywny w wysokości od 20 zł do 5000 zł. Jeśli natomiast na miejsce zostanie wezwana policja, może ukarać mandatem w wysokości 500 zł.
Według ustawy o usługach turystycznych “przewodnik turystyczny to osoba zawodowo oprowadzająca turystów lub odwiedzających po wybranych obszarach, miejscowościach i obiektach oraz udzielająca o nich informacji”. Sprawę precyzuje Kodeks Wykroczeń, który mówi, że ten, “kto wykonuje bez wymaganych uprawnień zadania przewodnika turystycznego lub pilota wycieczek, podlega karze ograniczenia wolności albo grzywny”. (…)"
więcej => http://www.dziennikpolski24.pl/pl/aktualnosci/malopolska/951041-znajomym-krakowa-pokazac-nie-wolno.html
Lech Rugała 27.01.2010 09:00
Ustawa o usługach turystycznych i towarzyszące jej rozporządzenia, zarządzenia oraz zapis w Kodeksie wykroczeń stały się hamulcem nie tylko dla turystyki społecznej. Gdyby ich przestrzegać w pełni, byłaby to katastrofa. Ale i tak dzięki nim zniszczono szkolne kluby turystyczne (stały się już tylko nieliczne), zlikwidowano wiele schronisk młodzieżowych itd. i zachwiano podstawami działania wielu organizacji i firm turystycznych. Nic dziwnego, że podjęto szereg inicjatyw mających na celu zmianę tych przepisów. Wniosek o zmianę niekorzystnych przepisów już przed kilku laty złożyła m.in. Wielkopolska Korporacja Oddziałów PTTK, w Ministerstwie opracowano założenia do zmiany ustawy, powstał całkiem niezły projekt nowelizacji. Z tymi materiałami można zapoznać się na stronie MSiT. Projekt przewidywał m.in. wykreślenie wspomnianego zapisu w Kodeksie wykroczeń i wiele innych korzystnych zmian dla turystyki. Wersja opublikowana na portalu Sejmu RP znacznie różni się od tamtego projektu. Jeszcze raz się za pytam: Dlaczego MSiT nagle wycofało się z wersji projektu zawierającej te zmiany. Co się stało?
Nie ma sensu ukrywać faktu, że wielu działaczy stowarzyszeń zajmujących się programowo turystyką, a także przedsiębiorców turystycznych, bo dla nich te zmiany też nie są korzystne, nie ma wątpliwości, że ktoś musiał tu "posmarować" albo ma "dobre układy". Jeżeli stale dowiadujemy się o korupcji przy wprowadzaniu nowelizacji ustaw, to jak tu oczekiwać od ludzi, by wyzbyli się takich podejrzeń? Oto przykład wniosku o zmianę w przepisach sprzed roku, skierowanego do naszych władz, który - jak widać - potraktowano z całkowitym lekceważeniem.
Cytat:
Kraków, dnia 20. stycznia 2008
Nadzwyczajna Komisja Sejmowa "Przyjazne Państwo"
ul. Wiejska 4/6/8
00-902 Warszawa
Niniejszym zgłaszam wniosek o liberalizację prawa turystycznego - zniesienie obowiązku państwowego licencjonowania usług pilockich i przewodnickich, oraz nie karanie osób, które świadczą owe usługi w ramach wolnego zawodu i szkolą się samodzielnie lub w ramach wewnętrznych szkoleń firm turystycznych .
Przepisy o których piszę, są częścią ustawy uchwalonej przez koalicję SLD-PSL w 1997r. która zlikwidowała gwarantowaną przez ustawodawstwo rządu Rakowskiego i Wilczka wolność zawodu pilota/przewodnika, przywracając regulacje podobne do tych, jakie istniały przed 1989r. i wbudowane były w system kontroli totalitarnego państwa nad wszelką obywatelską aktywnością.
Za ich wprowadzeniem lobbowały środowiska wywodzące się z dawnych PRL-owskich struktur, obawiające się konkurencji młodych duchem, prężnych firm i usługodawców, którzy rozpoczęli swoją przygodę z turystyką w warunkach wolnego rynku. Uchwalaniu nowego prawa towarzyszyła dezinformacja opinii publicznej. Wmawiano, że licencjonowanie jest europejską normą, powołując się na przykłady Wiednia, miast włoskich, krajów śródziemnomorskich, gdzie ogromny napływ turystów i paternalistyczne tradycje przyczyniły się do powstania gildii broniących dostępu do lukratywnego zawodu. Zatajano, że w większości krajów zachodnioeuropejskich (m.in. Niemcy, Wlk Brytania) przewodnictwo i pilotaż są wolnym zawodem. Że - podobnie jak w dziesiątkach zawodów rzemieślniczych, artystycznych, dziennikarskich itp. ukończenie państwowych kursów nie jest obowiązkowe a zrzeszanie się, certyfikaty mają charakter dobrowolny i ostateczna wartość zawodowa weryfikowana jest przez wolny rynek.
Rychło okazało się, że uchwalone przepisy są nieżyciowe, nie dostosowane do nowoczesnego rynku usług a próby ich rygorystycznego egzekwowania przynoszą szkodę turystyce, zmuszają firmy do ponoszenia niepotrzebnych kosztów, uwłaczających procedur (m.in. tzw. "wynajmowanie słupa") i psują wizerunek Polski. Służby mundurowe przeprowadzają kontrole interpretując prawo ad absurdum, żądają uprawnień od kogokolwiek, kto pracuje z turystami bądź sprawia takie wrażenie np. pokazując zabytki, i w razie ich braku - karze mandatami. Kontrole te nie są nigdy inicjowane przez rzekomo pokrzywdzonych turystów, ale zawsze przez sfrustrowanych członków zrzeszeń zawodowych, którzy otrzymują policyjne uprawnienia do zaczepiania niewinnych gości w publicznych miejscach. W kwietniu 2007 głośnym echem odbiła się w mediach żenująca historia ukarania w Krakowie mandatem turystów z Włoch, za czytanie na głos książkowego przewodnika.
Kuriozalne drobiazgowe przepisy, żądające od każdego chcącego zajmować się w Polsce przewodnictwem turystów - wielomiesięcznych kursów i zdania państwowych egzaminów nie pozwalają błyskawicznie wcielać w życie nowych i świeżych inicjatyw biznesowych, niezbędnych dla rozwoju rynku. Ludzie z pomysłami, którzy znajdują klientów na swój nowy i ciekawy produkt zmuszeni są obchodzić prawo rejestrując swoje firmy jako "doradztwo osobiste" czy "grupa artystyczno-reklamowa" jak np. znana firma Crazyguides z Krakowa. W szczycie sezonu do obsługi licznych gości nie można znaleźć odpowiedniej liczby pilotów z uprawnieniami. Dotyka to szczególnie organizatorów nowatorskich form turystyki jak np. imprezy rowerowe czy wyprawy przyrodnicze. Praktyką stosowaną w krajach zachodnich jest zatrudnianie chętnych entuzjastów po kilkudniowym szkoleniu i praktyce w firmie touroperatora, które w zupełności wystarcza do opanowania rzemiosła. W Polsce jest to szansa na pracę dla młodych ludzi powracających z emigracji. Ich znajomość języków, liberalnych obyczajów, otrzaskanie ze stylem pracy w sektorze usług na Zachodzie - są tu nieporównanie cenniejsze, niż godziny nudnych wykładów PRL-owskich działaczy. Ale cóż, za taką praktykę polska firma może być ukarana - np. na skutek donosu zawistnej konkurencji - mandatem, a teoretycznie i utratą koncesji, zrujnowaniem biznesu - dorobku całego życia. Nie wspominając o stratach z tytułu zmniejszenia przyjazdów do Polski, zerwania kontraktów itp.
Z chwilą wejścia Polski do struktur unijnych, przepisy regulujące świadczenie usług pilockich i przewodnickich stają się prawdziwym reliktem komunizmu i bublem prawnym najwyższego kalibru. Dyrektywa 2005/36/WE Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 7. września 2005 r. w sprawie uznawania kwalifikacji zawodowych, zezwala na podjęcie w Polsce pracy pilota/przewodnika np. obywatela Niemiec, który w swoim kraju nie musi zdobywać żadnych formalnych uprawnień. Jakże uwłaczające i dyskryminujące jest to wobec Polaka, któremu we własnym kraju nie wolno tego robić bez ukończenia wielomiesięcznych (a niekiedy nawet 2-letnich) kursów i zdania państwowych egzaminów.
List ten piszę dziś w imieniu swoim - jako właściciel działającego od 1990 przedsiębiorstwa Bird Service. Jestem m.in. największym organizatorem rowerowej turystyki przyjazdowej w Małopolsce, autorem wielu oryginalnych, dobrze sprzedających się produktów turystycznych. Piszę zmęczony tym, jak bzdurne i antyliberalne prawo utrudnia mi rozwój firmy i uniemożliwia legalny nabór pracowników. Rozpoczynam jednocześnie akcję społeczną "wolne przewodnictwo", publikację szczegółowych materiałów na stronach www.bird.pl/wolneprzewodnictwo oraz na blogu www.wolneprzewodnictwo.blog.pl po to aby zebrać pod tym wnioskiem więcej podpisów i unaocznić opinii publicznej bezsens uchwalonej przez postkomunistów ustawy.
Mam nadzieję, że w nowych warunkach politycznych będzie wreszcie możliwa jej zmiana i Polska znów - w dziedzinie przewodnictwa turystycznego, dołączy do rodziny wolnych krajów europejskich. W których wolność oprowadzania wycieczek, dzielenia się informacjami krajoznawczymi itp. jest powszechnym, ludzkim prawem.
Maciej Zimowski
BIRD SERVICE
Kraków, ul. Św. Krzyża 17
Tel (0-12) 2921460
e-mail bird@bird.pl
źródło => http://bird.pl/wolneprzewodnictwo/list_pp.html
Autor usunął profil 26.01.2010 19:38
Mój Panie! Ja proponuje się po prostu przyzwyczaić. Przykro, że aż tak bezsilni jesteśmy w stosunku do tak spektakularnego zdarzenia.
Pewnie, ze ma Pan racje tylko to marne pocieszenie. Kolejne ,,społeczne zaangażowanie'' poszło w plewy.
Mysle, że to zdarzenie powinno awansować do rangi symbolu ignorancji obywatela przez władzę. W dodatku jest to dowód, ze sprawcą jest decyzja samorządu, czyli władzy lokalnej tak łatwo znajdujacej obrońców ich kompetencji i uczciwości. Dla mnie ten przypadek jest szczególnie ciekawy bo zdarzył sie w mieście Wrocław. W mieście w którym samorządowcy są darzeni szczególnym uwielbieniem.
Przykre zdarzenie ale jakoś nie widać dla nas oferty. Jesteśmy przed ,,szybą'' władza z drugiej jej strony... widać ją faktycznie przejrzyście... ale w ogóle nie słychać!
Lech Rugała 26.01.2010 17:24
Moja znajoma nauczycielka - była mieszkanka Wrocławia - zorganizowała kiedyś wycieczkę z uczniami w ramach szkolnego koła krajoznawczego aby pokazać im swoje rodzinne miasto. Niestety została zatrzymana przez strażników miejskich w towarzystwie cywila (był to miejscowy przewodnik), który zażądał od niej uprawnień przewodnika miejskiego na Wrocław. Cała historia, którą mi opowiedziała, zakończyła się przerwaniem wycieczki i wręczeniem jej mandatu. W ten sposób władza "podziękowała" jej za społeczne zaangażowanie i działalność krajoznawczą z młodzieżą. Ale nic dziwnego, że takie sytuacje się zdarzają, skoro przykładowo na komercyjnej stronie internetowej Blanki Myszkowskiej - pani przewodnik z Wrocławia, można znaleźć takie oto pouczenie:
Cytat:
Ani strażnik ani policjant spostrzegając grupę nie wie, czy ta grupa na wrocławskim czy krakowskim Rynku jest wycieczką przedmiotową na "żywej " lekcji historii ze swoim własnym nauczycielem, czy komercyjną imprezą z biura turystycznego z "przewodnikiem-piratem". Jeśli legitymowana osoba, czyli np nauczyciel, nie ma legitymacji przewodnickiej ani identyfikatora, czyli nie ma uprawnień przewodnika turystycznego, Straż Miejska, Straż Parku lub Policja może dosłownie zastosować przepis Kodeksu Wykroczeń i ukarać np nauczyciela grzywną (500zł - Artykuł 1 §1 Kodeksu wykroczeń). W takim przypadku jedyną pomocą może być oddanie sprawy do sądu i indywidualne rozpatrzenie sprawy przez sędziego, gdzie trzeba będzie udowodnić swoje racje (np. że nie wzięło się od uczniów dodatkowych pieniędzy za prowadzenie lekcji - uczniowie będą musieli zaświadczyć)."
No i takie są fakty. Cytowana wyżej informacja, której nie powstydziliby się Pythoni, najbardziej kuriozalna perełka. Dobitnie pokazuje to, o czego większość z nas na co dzień stara się nie widzieć: że we współczesnej Polsce wciąż mamy obszary prawa, w których to nie państwo (czy, jak tutaj, kolejna samokoncesjonująca się grupa, która “załatwiła sobie” u polityków urzędową ochronę swych interesów) udowadnia winę oskarżonemu, tylko oskarżony musi udowodnić, że jest niewinny (że nie jest wielbłądem). Ta filozofia prawna, kiedyś charakterystyczna dla trybunałów badających oskarżenia o czary (gdzie, jak pamiętamy, oskarżona kobieta mogła swą niewinność udowodnić np. tonąc w trakcie próby wody), to dziś, norma w działaniu polskich urzędów skarbowych, wiedząc, że Polacy, którzy są narodem uwielbiającym życie w rzeczywistości z Monty Pythona, poprzestaną na marudzeniu. A systemu nie zmienią nawet gdy na wrocławskich ulicach zaczną się aresztowania matek opowiadających o zabytkach własnym dzieciom.
Ciekawe jak długo jeszcze nasi rządzący będą cierpieć na jakieś rozdwojenie jaźni? Jak długo będą trąbić o budowaniu społeczeństwa obywatelskiego, a jednocześnie działalność społeczną zabijać w zarodku za pomocą głupich przepisów i w majestacie prawa? Mimo że np. od nauczania i wychowania są nauczyciele a nie panie czy panowie z urzędowymi identyfikatorami na rynku w Krakowie czy Wrocławiu, to niedługo nauczycielom biologii nie będzie wolno zaprowadzić swojej klasy do parku obok szkoły żeby dzieciaki nauczyć odróżniać gatunki drzew, a instruktorowi harcerskiemu swojej drużyny na ognisko, bo Pan(i) Przewodnik lepiej opisze, zadba o bezpieczeństwo niż ich wychowawca. To jest absurdalne, ale w naszym kraju, w którym zmiany idą w kierunku budowania takich absurdów, jak najzupełniej możliwe.
Śmierć Madzi z Sosnowca jak wyciskanie cytryny
(odsłon: +3345)