Facebook Google+ Twitter

Komunikacja miejska – koszmar minionego lata

Posiadacze aut musieli tego lata wykazać się nie lada cierpliwością. Remonty dróg i korki dały im się bowiem ostro we znaki. A może łatwiej było po prostu podróżować komunikacją miejską? Otóż nie - sam się o tym przekonałem.

Korek na trasie Karwia - Władysławowo / Fot. Paweł Wężyk- Być na Pomorzu i nie zobaczyć Jarmarku Dominikańskiego, to tak jakby być w Rzymie i nie zobaczyć papieża - takimi słowami skwitował wyprawę mojej rodzinki w drodze powrotnej pewien taksówkarz. Choć jeszcze rano myślałem podobnie, już po południu, kiedy słyszałem te słowa, stwierdziłem: jeśli będę w Rzymie na pewno nie pójdę zobaczyć papieża.
Każdy wakacyjny dzień wyglądał podobnie. Poranna kawa i lektura lokalnej prasy. Oczywiście, rozpoczynając od zapoznania się z doniesieniami synoptyków dotyczącymi prognozy pogody. Któregoś dnia zapowiedzi pogodowe były jednak niekorzystne do plażowania, więc postanowiłem przerwać codzienną monotonię urlopową i wybrać się na wycieczkę do Gdańska - na Jarmark.
Zaplanowaliśmy, że z Chłapowa (tam się urlopowałem) najlepiej będzie dojechać PKS (Pomorska Komunikacja Autobusowa) do Gdyni, a następnie SKM (Szybkie Koleje Miejskie) do Gdańska.

„…Nadejszła wiekopomna chwila…”
Wyszliśmy na przystanek. I tu rozpoczyna się nasz koszmar. Ale po kolei: autobus przyjechał z 15. minutowym opóźnieniem i wlókł się niemiłosiernie. Jak na złość na niebie żadnej chmurki. Gdy zobaczyłem tabliczkę z napisem "Gdynia" odetchnąłem z ulgą. No, to jesteśmy na miejscu. Nie! Niestety w samym mieście było jeszcze gorzej. Remont tamtejszej estakady utworzył gigantyczny korek. Odcinek ok. 500 metrów pokonywaliśmy w 20 minut!
- Zjedz sama ja będę za jakieś 30 minut stoję w korku – tak informował, prawdopodobnie swoją drugą połówkę, zaskoczony, kierowca feralnego autobusu. Wtedy pomyślałem o swojej rodzince, z którą rozdzielił nas brak miejsc. Ja siedziałem z przodu, reszta ferajny z tyłu pojazdu. Kontakt był utrudniony, więc napisałem do żony smsa.
- Jak tam? Żyjecie? Długo nie czekałem na odpowiedź:
- Zaraz mnie tu szlak trafi, widzisz jaka jest pogoda?
...Hm, pomyślałem, nie będzie lekko.


Jedynym plusem SKM jest punktualność / Fot. Paweł WęzykWreszcie dojechaliśmy do dworca!
Kasia (moja córka) była zaspana, Kuba (syn), w złym humorze - jego koledzy pewnie toczą wojnę o obronę Helu w „wielkiej piaskownicy” - a Magda (żona) nawet na mnie nie spojrzała.
Cóż, jednak optymizmu mi nie brakowało; pozostało nam już tylko przejechać SKM do Gdańska i pasjonować się tym bardzo ciekawym miastem. Weszliśmy do holu z kasami. Gwar, harmider, tłum „obłąkanych” ludzi, wszyscy gdzieś pędzą lub stoją w długich kolejkach po upragnione bilety. Z trudem, ale znaleźliśmy kiosk z biletami SKM.
- Przykro mi, ale biletów zabrakło - z rozbrajającym uśmiechem odpowiedziała pani w kiosku. Ale druga kasa jest 20 metrów dalej, trzeba tylko skręcić w prawo!
Podreptaliśmy. Stanąłem w kolejce i na plakacie przeczytałem, że jadąc z dziećmi można kupić tzw. bilet rodzinny. Super! W okienku jednak pani zapytała, czy dzieci posiadają legitymację szkolną. Nie posiadają, bo nie uczęszczają do szkoły, są zbyt małe.
- Przykro mi bez legitymacji nie ma ulgi
- Czyli mam za małe dzieci i nie mogę skorzystać z ulgi?
- Niestety, musi być legitymacja, bez tego nie da rady. Takie przepisy.
- Chyba pani żartuje
- Nie, nie żartuję, kupuje pan czy nie?
Kupiłem. Oczywiście bez ulgi. Ale, pomyślałem, że nie ma problemu - pociągi kursują co 15 minut, więc spróbujemy wyjaśnić tę sprawę. W informacji dowiedziałem się, że wszelkie reklamacje mogę składać u kierownika, na dworcu SKM jakieś 100 metrów dalej.
Przemieściliśmy się we wskazane miejsce. I szok! Cztery kasy, a przy nich nikogo! Żadnych kolejek, cisza i spokój. Tylko w Polsce może tak być, pomyślałem.
Krótko streściłem swoją sytuację pani z Biura Obsługi Klienta.
- Kasjerka miała rację, musi pan posiadać dokument poświadczający wiek dziecka.
- Jedyne co mam to Książeczkę Zdrowia dzieci.
- I wystarczy, taki dokument też jest ważny, przecież jest w nim wpisana data narodzin dziecka
- Czyli mogę u pani wymienić bilety na te z ulgą?
- Niestety, zwrotu można dokonać tylko w kasie w której kupił pan bilety.
W tym momencie się poddałem. Zabrakło mi konsekwencji. Pomyślałam: kit im w ucho, jedziemy. Pociąg przyjechał z dokładnością co do sekundy. Wsiedliśmy.
Na bilecie przeczytałem, że aby uczciwie podróżować należy go skasować. Wsiedliśmy do pociągu z droższymi niż powinny być, biletami i po całym wagonie rozglądaliśmy się za kasownikiem. Niestety, takowego nie było.
- Przepraszam, gdzie mogę skasować bilet? – Spytałem jednego z pasażerów.
- Proszę pana, bilety kasuje się na peronie przed wejściem do pociągu.
Odruchowo spojrzałem za siebie i zobaczyłem jak ze zgrzytem zamykają się drzwi. I co teraz? Podróżny poradził, żebym lepiej wysiadł, bo konsekwencje takiej "nieuczciwości" mogą być bardzo wysokie. Sparaliżowany strachem, pobiegłem do kierownika pociągu i udając „głupa” spytałem, gdzie kasuje się bilety. Spojrzał na mnie z politowaniem i spytał:
- A co jest napisane na bilecie?
Zerknąłem i czytam: "tu kasować", i dalej drobniejszym drukiem: "przed wejściem do poc. i zachować do kontroli". Nie miałem żadnych argumentów do przedstawienia. Kierownik poradził, abym skasował u niego bilety, co jednak będzie się wiązało z dodatkową opłatą (niemal 100% wartości zakupionych wcześniej biletów). Bilety, które mam mogę też zachować na podróż powrotną, a u niego kupić nowe, ale niestety dużo drożej niż w kasie.
Wymyśliłem inne rozwiązanie: wysiadłem na następnej stacji i poczekałem na kolejny pociąg.

Na podłodze miedzy koszem na śmieci a WC - rejs tramwajem wodnym z Gdańska do Helu / Fot. Paweł WęzykNauczeni wcześniejszymi doświadczeniami ...
...postanowiliśmy wracać inaczej. Z Gdańska do Helu kursują tzw. tramwaje wodne. Ponoć bardzo tanie. W pamięci utkwiły mi ceny: 2 i 5 zł.
Okazało się że z tą „taniością” lekko przesadzili. Koszt rejsu czteroosobowej rodziny to blisko 50 złotych. W międzyczasie pogoda zgodnie z zapowiedziami synoptyków uległa pogorszeniu i płynęliśmy Zatoką Gdańską w silnym wietrze i przy padającym deszczu. Pozostawanie na zewnętrznym pokładzie łajby było więc niemożliwe, a tłum ludzi chcących przepłynąć tym kursem był tak wielki, że wraz z dziećmi dwie godziny spędziliśmy na podłodze tuż przy koszu na śmieci na wprost wejścia do WC. Jak na złość, toaleta w trakcie podróży uległa uszkodzeniu, a fetor, wydobywający się z niej, był nie do zniesienia. W pewnym momencie, jeszcze przed wpłynięciem na szerokie wody, nasz statek nagle zatrzymał się. Czyżby jakiś przystanek? Nagle z megafonów usłyszeliśmy głos kapitana: - Na pewno jesteście państwo zdziwieni tym postojem. Nie ma powodów do obaw. Do portu wpływa bardzo duża licząca blisko 250 metrów jednostka. Musieliśmy ustąpić, ale za chwilę ruszymy dalej…
I to była - oprócz kosza i WC - największa atrakcja rejsu. Stawiając stopę na lądzie odetchnąłem z ulgą, a do ludzi wsiadających na statek krzyczałem: - Ludzie, nie wsiadajcie do tej łajby!

Tłum pasażerów na stacji w Chałupach (Pociąg do Łodzi jest już pełny, a najwięcej ludzi czeka we Władysławowie) / Fot. Paweł WężykWczasowicze podróżujący własnym transportem również tego lata nie mieli lekko. Na Pomorzu w rejonie Władysławowa tworzyły się gigantyczne korki. Ich wzrost szczególnie można było zauważyć, kiedy na niebie pojawiały się chmury i zaczynał padać deszcz. Plaże wówczas pustoszały, a urlopowicze spragnieni wrażeń wyruszali na spotkanie z przygodą. Kulminacją był chyba korek na całej długości trasy od Karwi do Helu. Podróż w obie strony trwała wówczas do 8 godzin.
Czy można w takich warunkach zwiedzać, że o wypoczynku już nie wspomnę?
Przed wyjazdem na łamach lokalnej gazety przeczytałem artykuł o pociągu zwanym „Strzała północy”. Pociąg ten jedzie do Kołobrzegu przez 12,5 godziny, a jego trasa prowadzi przez Mazury. Obłęd! Do tego jest to jedyny nocny skład w tym kierunku. Oznacza to niechybnie podróż w wagonach pierwszej klasy, w najlepszym wypadku na podłodze korytarza, bo wsiadając w Łodzi nie ma co liczyć na miejsca siedzące. Zresztą już na peronach można obserwować dantejskie sceny - Bieg do drzwi wagonu i walka na łokcie stały się normalnością polskiego urlopowicza.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (5):

Sortuj komentarze:

paw-wez - a znasz taki pociąg gdzie wewnątrz jest kasownik?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jak widać ja nie zauważyłem... Dopiero przesiadajac się na stacji w Gdynia Redłowo miałem możliwość przyjrzeć się zarówno elektronicznym kasom biletowym i kasownikom. Dodam jeszcze, że kasy są super, przyjmują również banknoty. Problem polega na tym, że pasażerowie, którzy z SKM zetknęli sie pierwszy raz w życiu nie wiedzą o tym. I zapewniam nie jestem jedyny, który nie wiedział. Brak informacji choćby w formie plakatów typu: Nie musisz kupować biletu w kasie! Kupisz go na peronie unikając kolejki! Pamiętaj bilet skasuj na Peronie! W pociągu nie ma kasowników! itp. itd. Teraz jestem wyedukowany

Komentarz został ukrytyrozwiń

Hmm... Przecież na peronach SKM-u są ustawione nowe (przynajmniej dla mnie, w tym roku, była to nowość) elektroniczne kasy biletowe, za pomocą których wskazuje się dokładnie miejsce odjazdu oraz docelową stację i płaci wyznaczoną sumę; co do grosza, wydawanego zresztą bardzo dokładnie. Wchodząc na peron trudno również przegapić kasowniki...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Koszmar minionego lata i wielu następnych, niestety.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Nie znajdziesz u mnie Pawle zrozumienia :) Moje mieszkanie w centrum Gdańska na Was czekało. Paulina P. skorzystała i nie musiała przeżywać tak nieprzyjemnych historii. A mieszkanie stało cały sezon puste, w przyszłym sezonie taka okazja (z mojej strony) się nie powtórzy :(
Za artykuł oczywiście plus, fajnie napisany :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.