Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

166230 miejsce

Koncerty w ramach Festiwalu Strefa Inne Brzmienia

Od 11 do 20 lipca na lubelskiej Starówce odbywać się będą występy, wystawy, dyskusje i imprezy kulturalne w ramach festiwalu Strefa Inne Brzmienia. A oto relacja z pierwszych trzech dni wydarzenia.

 / Fot. Wojciech ŻurekDo udanych można zaliczyć pierwszy weekend lubelskiej imprezy. Pogoda dopisała - bezchmurne niebo i ciepłe wieczory, turyści nie zawiedli. Na deptaku na Krakowskim Przedmieściu oraz przy knajpkach wokół Trybunału na Starym Mieście, kręciło się mnóstwo osób, często dało się usłyszeć obce języki. Zdecydowanie trafną decyzją było umieszczenie sceny w samym centrum Starego Miasta - piękne, podświetlone budynki dookoła stanowiły świetną oprawę dla występów na scenie, a muzyka niosąca po całej Starówce czyniła nieprawdopodobny klimat.

Dzień pierwszy festiwalu przyniósł nam trzy ciekawe występy, otwarte przydługą przemową Roberta Leszczyńskiego i Mirka Olszówki, oraz dowcipnymi przytykami zaproszonych na scenę artystów, wystawiających swoje prace podczas imprezy ("Twinke i Trebunie nie dojechali, ale przed piętnastoma minutami założyliśmy własny zespół - dajcie nam piętnaście minut na nastrojenie się i będziemy was zabawiać i trzymać w niepewności przez następną godzinę").

Około 21.30 doczekaliśmy się projektu Pospieszalskich - EMPE3. Na scenie pojawił się Mateusz Pospieszalski wraz z synem Markiem - obaj grający na saksofonach, świetny basista Maks Mucha (którym Mateusz posiłkuje się w zastępstwie brata, Marcina) i perkusista Przemek Borowiecki - słynący ze swobody i znakomitych improwizacji muzyk. W niektórych utworach wystąpiła wyglądająca jak cygańska księżniczka Liza Schmidt, uzupełniająca muzykę romskim śpiewem. Trudno jest oceniać występ tak utalentowanych i interesujących po zaledwie trzydziestokilkuminutowym występie - za mało, by się nacieszyć, za krótko, by poczuć ducha soczystego, jazzowego grania. Publiczność zdążyła jednak przekonać się, że projekt tworzą muzycy, których umiejętności i doświadczenie pozwalają na improwizacje i wycieczki w stronę klasycznego jazzu, a nad wszystkim królują dwa mistrzowskie saksofony. Mateusz Pospieszalski to saksofonista świetny i rozpoznawalny wśród znawców jazzu, a jego syn odziedziczył najwyraźniej talent i zapowiada się na fantastycznego muzyka. Było klimatycznie i z dużą energią, ale stanowczo za krótko.

Kolejną gwiazdą tego wieczoru był zespół Motion Trio. Jakkolwiek mało zachęcająco to zabrzmi, składa się on z trzech akordeonów. Koncert grupy Janusza Wojtarowicza to świetna szkoła otwartości na muzyczne eksperymenty - ten, kto uważał dotychczas akordeon za przeżytek i anachronizm, prawdopodobnie zmienił po tej godzinie zdanie. Najlepsze na świecie akordeony (lider grał na klawiszowym, reszta - na guzikowych), znakomici muzycy, ciekawe kompozycje i nieograniczone po prostu możliwości. Pojawiły się takie kompozycje jak "Heart", "Islamabad" czy "Dance You dance" (oprawione żartobliwym komentarzem - taka impresja na temat muzyki żydowskiej) oraz znakomita interpretacja "Orawy" Wojciecha Kilara. Fantastyczne połączenia stylów, od dyskotekowych rytmów, przez klezmerskie impresje, po klasyczną, pełną elegancji grę wzbudziły żywe zainteresowanie i świetne reakcje (przyznajmy, że niezbyt żwawej i spontanicznej) lubelskiej publiczności. Przekonałam się, że z tego zapomnianego już nieco instrumentu można wyzwolić dźwięki tak różnorodne, wywołać bas soczysty i głęboki, i stworzyć show w każdym calu czarujący. Jak dla mnie najlepszy występ tego wieczora.

Ostatnim zespołem - jedną z największych gwiazd festiwalu - były Trebunie Tutki i Twinkle Brothers. Pierwszych kilkanaście minut spędziliśmy w towarzystwie muzyków z Jamajki i ich radosnych, reaggeowych brzmień - niezłe wrażenie robił frontman z burzą dreadów, z siwiejącą brodą i niewyczerpanymi pokładami energii. Po tym pełnym pozytywnych wibracji wstępie na scenę wkroczyła grupa Trebunie Tutki. Zaprezentowali nagraną niedawno wspólną płytę "Songs of glory/Pieśni Chwały". Projekt ten chwalony jest na świecie za unikalne, interesujące połączenie - i takie też były wrażenia z koncertu. Fuzja zupełnie różnych temperamentów, estetyki grania i tanecznej ekspresji (wszystko to mogliśmy zobaczyć na własne oczy) wypada całkiem nieźle. Fakt, że słabe nagłośnienie nie uwydatniło dostatecznie smyczków, czuć było jednak tę atmosferę i jedność między muzykami. Długi, dwugodzinny występ porwał zebraną publiczność do tańca, dobrze prezentował się na żywo wspólny materiał. I choć miałam momentami wrażenie, że muzycy nie do końca wypracowali zaufanie do siebie, zgrali się nieźle. Nie jest to mimo wszystko moja muzyka - po dłuższym czasie byłam bardziej zmęczona niż rozbawiona, ale koncert należał do udanych.

Drugiego dnia festiwalu wystąpiła Morcheeba - największa zagraniczna gwiazda festiwalu. Czy dorównali wymaganiom i zaszczytnemu tytułowi? Mam wrażenie, że dobrze spełnili obowiązki wynikające z bycia gwiazdą, nie przekroczyli jednak granicy poprawności. Był to występ uroczy - za sprawą nowej wokalistki Mandy przede wszystkim, ale i dzięki Paulowi Godfrey'owi, który zachwycał się publicznością, Lublinem i polskimi napojami wysokoprocentowymi. Dobrą robotę i niezłe efekty zawdzięczali także didżejowi (Six bodajże), który swoimi skreczami i samplingami w ciekawy sposób uzupełniał kawałki - bardzo dobrze zabrzmiały one w "Blindfold". Muzycznie oddalili się już od eksperymentalnej, triphopowej estetyki, brzmiąc poprockowo, a nawet momentami zahaczając o zupełnie klasyczne brzmienie w stylu Pink Floyd (klawisze i gitary harmonijnie połączone). Można by się doszukiwać braków spowodowanych zmianą wokalistki - ale Skye nie gra już z nimi dobrych parę lat i bezsensowne jest narzekanie, że to już nie to. Nie było wielkiej energii, nie było wielkiej muzyki - za to niezły występ grupy, która w muzyce popowej wyrobiła sobie własny styl i markę. Dodając do tego zupełnie hiciarską setlistę - były nowe single ("Enjoy the ride" i "Gained the World"), zabrzmiały słynne "Rome wasn't built in a day", "Otherwise" i "Be yourself". Całości dopełniały takie smaczki jak zaśpiewany przez basistę utwór Johna Martina, doprawiony saksofonem "Let me see" i otwierający bisy "Au-dela" - ładna, banalna balladka. Wrażenia pozostawili pozytywne, aczkolwiek bez zachwytów, ale i publiczność, i zespół były zadowolone tego wieczora.

W niedzielę byliśmy świadkami elektryzującego koncertu nu-jazzowej grupy Club des Belugas. Niemiecka formacja, skupiająca muzyków z całego świata, od Kalifornii po Sztokholm, zaprezentowana została przez wielką osobowość radiową i konesera jazzowych brzmień - Marka Niedźwiedzkiego. Zapowiedziani zostali jako zespół z rozbudowanym składem, interesującym brzmieniem i budujący nastrój idealny na ciepły letni wieczór weekendowy. Muzykom przez prawie 120 minut koncertu udało się tę tezę potwierdzić. Dziesięcioosobowy skład zaprezentował barwną mieszankę klasycznych, jazzowych brzmień ze smooth i nu-jazzem. Lekkość kompozycji, ciekawe improwizacje, harmonia i wdzięk to wyjątkowe zalety ich muzyki. Na scenie pojawiło się dwóch klawiszowców, dwóch perkusistów, basista, gitarzysta oraz sekcja dęta składająca się z puzonu, saksofonu i trąbki. Prawdziwym rodzynkiem w tym męskim towarzystwie była czarnoskóra wokalistka Brenda Boykin - o nieprawdopodobnym temperamencie i pięknym, niskim głosie z fantastycznymi możliwościami. Poza dwoma wyłącznie instrumentalnymi utworami to ona stanowiła pierwsze skrzypce, śpiewając głównie o miłości, kochankach i jazzmanach-podróżnikach - i było w tym szalenie dużo energii i wdzięku. Łatwość poruszania się po gatunkach, swoboda i radość grania, elegancja muzyków (każdy w dobrze skrojonym garniturze) i hipnotyzująca kobieta-kot na scenie to zestaw marzeń. Club des Belugas dał z siebie wszystko i wypełnił graniem na niezłym poziomie całe wieczorne Stare Miasto. Zostanie w mojej pamięci jako jeden z najlepszych występów festiwalu.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.