Facebook Google+ Twitter

Korporacja kontratakuje - Polityczna agonia Donalda Tuska

Jak to się stało, że afera polegająca na opublikowaniu rozmowy przy wódeczce kilku ważnych osób zachwiała posadami naszego państwa? Z pozoru zaczęło się od tego, że kilku funkcjonariuszy ABW wkroczyło do redakcji tygodnika "Wprost"...

„Rząd się chwieje w posadach”, „Państwo się pogrąża” – informowała „Rzeczpospolita” zaledwie w kilka dni po wybuchu afery „taśmowej”. Afera zaś polegała na nagraniu i opublikowaniu rozmowy przy wódeczce kilku, w szczególności dwóch bardzo ważnych osób.
Nasuwa się intrygujące pytanie: Jak to się stało, że zapis swobodnej konwersacji na tematy różne mógł zachwiać posadami państwa? Bo rzeczywiście zachwiał i chwieje nadal. Wszystko dlatego, że w jednej wypowiedzi owych wyluzowanych dżentelmenów nieprzyjaźni im ludzie, środowiska, partie dopatrzyły się dowodów złamania konstytucji. Teza dyskusyjna. Można bowiem mieć poważne wątpliwości, czy rzeczywiście w trakcie rozmowy przy wódeczce można złamać konstytucję. Tym niemniej teza o niekonstytucyjnej paplaninie zyskała licznych wyznawców, co dowodzi, że wspomniani dżentelmeni mają wielu wrogów, a mało przyjaciół.

Co jednak z posadami państwa?

Te zaczęły się chwiać, kiedy wspomniany już dziennik doniósł w tytule, że „ABW rzuca się na dziennikarza”! Jak wszyscy doskonale wiedzieli w telewizji, ABW w sile dwóch agentów istotnie rzuciła się na naczelnego tygodnika „Wprost” Sylwestra Latkowskiego, aby odebrać mu laptop, zawierający owe nielegalnie nagrane „taśmy”. Jak pamiętamy, do tego pożałowania godnego zdarzenia doszło w pamiętną środę, 18 czerwca, kiedy po wielogodzinnych perswazjach w sprawie wydania „taśm” agentom ABW (z dodatkiem prokuratorów i policji), nie udało się przełamać stanowczego „NIE” redaktora. Zderzyły się tu dwie racje: nakaz ścigania przestępstw i prawo dziennikarzy do nieujawniania źródeł informacji. Tak więc „organy”, mające prawo, a nawet obowiązek ścigania nielegalnych nagrywaczy, musiały równocześnie pilnie baczyć, by nie natknąć się na informatorów redaktora Latkowskiego. Co też solennie obiecywały. Aliści redaktor Latkowski nie tylko nie dał wiary tym zapewnieniom, ale powziął podejrzenie, że właściwym celem „zabezpieczenia” dowodów w prowadzonym śledztwie w postaci jego redakcyjnego laptopa jest zapobieżenie publikacji utrwalonych w nim nielegalnych nagrań. Byłby to zamach na wolność słowa - fundament demokracji. Byłoby to też zaprzeczeniem misji tygodnika „Wprost”, o której tak mówił w jednej ze swoich wypowiedzi:
- Ujawniamy je [te nagrania], bo paradoksalnie tylko w ten sposób można chronić państwo. Państwo, nie władze. Zgodził się, że publikowanie pozyskanych przez redakcję nagrań może przewrócić do góry nogami polską scenę polityczną, ale: - Naszą rolą nie jest ochrona władzy. Żadnej władzy. Naszą rolą jest pisanie prawdy, nawet jeśli jest bolesna.
Jak się ma państwo chronione publikacjami „Wprost” - każdy widzi.

Pomny misji tygodnika, redaktor Latkowski bronił swego laptopa przed napaścią agentów tajnych i jawnych służb jak samej wolności słowa, demokracji i prawdy. I odniósł zwycięstwo na całej linii. Zdecydowała o tym nie tylko bezkompromisowa postawa samego redaktora, lecz także zdecydowane wsparcie kolegów z innych redakcji, którzy tłumnie przybyli mu w sukurs, a w decydującym momencie, kiedy redaktor Latkowski znajdował się już w łapach osiłków z ABW, runęli wraz z wyważonymi drzwiami do jego gabinetu. Ich interwencja, w odróżnieniu od interwencji stróżów prawa, okazała się skuteczna i uwolniony redaktor Latkowski zaraz potem ukazał się telewidzom z miłośnie przyciskanym do piersi laptopem, a ABW i prokuratura pospiesznie wycofały się z redakcji czyli, jak się elegancko mówi w języku prawniczym – „odstąpiły od czynności”. Tak w wielkim skrócie przebiegała zakończona niepowodzeniem próba zabezpieczenia materiałów do śledztwa w sprawie nielegalnych podsłuchów.
Tryumfujący dziennikarze wzięli następnie udział w wyśmiewaniu nieudolności stróżów prawa i wytykaniu im – na gorąco i w późniejszych komentarzach - popełnionych błędów. Totalna propagandowa przewaga czwartej władzy nie dawała nieszczęsnym funkcjonariuszom żadnych szans obrony, nie tylko dlatego, że istotnie popełnili mniej lub bardziej trafnie wytknięte błędy, ale także dlatego, że już na starcie ustawili się na słabszych pozycjach, ruszając do redakcji „z pewną taką nieśmiałością”. Nie będzie zbytkiem śmiałości przypuszczenie, że ta nieśmiałość wynikała z obawy narażenia się na oskarżenia o próbę zamachu na dziennikarskie prawa i wolności. Tymczasem ich kardynalny błąd, ze zrozumiałych względów nie zauważony przez dziennikarzy, polegał na nieuświadomieniu sobie w porę, że tumult wywołany przez kolegów Latkowskiego po prostu uniemożliwia przeprowadzenie planowanych czynności. Trzeba więc było niezwłocznie zaniechać przepychania się po pomieszczeniach redakcji w poszukiwaniu naczelnego czy członków jego zespołu, bezowocnych dyskusji i wysłuchiwania wiecowych wystąpień zgromadzonych, wreszcie z wyszarpywania osławionego laptopa i w obliczu groźby ataku tłumu wezwać odpowiednie siły zdolne usunąć osoby postronne najwyraźniej przecież utrudniające prowadzenie czynności śledczych. W każdym innym przypadku tak by się właśnie stało, ale tu chodziło o dziennikarzy broniących dziennikarskiej tajemnicy, wolności słowa, demokracji, dobra publicznego, prawdy…

Rozochoceni łatwym zwycięstwem dziennikarze…

najpierw obrazili się na premiera, że zbyt późno stawił się przed ich obliczem mimo tak oburzającego zdarzenia, jak wizyta prokuratorów i agentów tajnych służb w redakcji, potem wzięli mu za złe, że nie przyznał się do …wszystkiego (jest w końcu premierem, a premier odpowiada za wszystko!), tylko wyznaczył im następne spotkanie pod pretekstem, że musi zorientować się w sytuacji powstałej po publikacji „Wprost”, jako że jej wpływ na sytuację w państwie okazał się nie tak dobroczynny, jak to przedstawił w swoim exposé redaktor Latkowski. Następne spotkanie z szefem rządu brać dziennikarska wykorzystała na zgłaszanie pod jego adresem swoich słusznych postulatów, a kropkę nas „i” postawiła Monika Olejnik, która obsobaczyła go, że nie zdymisjonował ministra Sienkiewicza, pouczyła, że ABW nie powinna używać siły wobec dziennikarza chroniącego swego informatora, zwierzyła się, że nie zna państwa demokratycznego, gdzie siłowo wchodzi służba i prokuratura [rozumie się - do redakcji] i w ogóle jest jej wstyd. Na koniec ostrzegła, że „całe środowisko dziennikarskie jest przeciwko panu”.
Jako żywo! Zdał sobie z tego sprawę i znany z wilczego spojrzenia Donald Tusk, który opuścił drugie spotkanie ze „środowiskiem” z miną zranionej sarenki poszarpanej przez wilki. Wprawdzie w jednym z komentarzy w radiu TOK FM Jacek Żakowski usiłował podać w wątpliwość twierdzenie, że „całe środowisko dziennikarskie” jest przeciw, ale na poparcie swojej opinii nie znalazł przekonujących argumentów.
Środowisko nie od dziś twardo egzekwuje swoje prawa czwartej władzy, kierując się imperatywem ujawniania PRAWDY. Przede wszystkim prawdy o szelmostwach władzy. Całej prawdy, co w praktyce sprowadza się do wskazówki: Drukuj wszystko co wpadnie ci w ręce! Bez oglądania się na skutki. Jeśli ktoś waży się jeszcze pytać, jakiemu dobru publicznemu służy jakaś publikacja, naraża się na potępienie środowiska jako wróg wolności słowa.

Do gęstych szeregów…

obrońców wolności słowa w Polsce, jacy ujawnili się po publikacjach tygodnika „Wprost”, dołączył – słuchajcie!, słuchajcie! – premier Donald Tusk, który nie tylko zażądał opublikowania wszystkich (?) „taśm”, ale polecił swemu ministrowi sprawiedliwości sporządzenie recenzji z poczynań prokuratury i ABW w redakcji tygodnika „Wprost”. Recenzja okazała się miażdżąca dla obu instytucji, a minister Biernacki zaprezentował się jako sprawny i zaangażowany wykonawca polecenia premiera. Nie tylko błyskawicznie sporządził swój raport, ale w barwnych słowach przedstawił go na konferencji prasowej, nie stroniąc od mało pochlebnych porównań i ciesząc się ze skutecznej obrony laptopa redaktora Latkowskiego. W ten sposób kanonizował go na czołowego obrońcę wolności słowa w naszym kraju i poparł działania korporacji dziennikarskiej broniącej jak jeden mąż swoich zawodowych interesów i pozycji.
Jest zaiste bardzo, ale to bardzo dziwne, że premier tak zdecydowanie włączył się do walki o zachowanie wolności słowa akurat wtedy, kiedy mamy właśnie do czynienia z wyjątkowym słownym rozpasaniem, gotowym pogrążyć jego samego. Nasuwa się podejrzenie, że działał pod wpływem nieuświadomionego popędu zwanego w psychoanalizie pragnieniem śmierci. Taką skłonność Donald Tusk przejawił już na początku swego premierowania, pozostawiając na stanowisku szefa CBA żołnierza swoich najgroźniejszych przeciwników politycznych. Atakując teraz prokuraturę powiększył grono przeciwników o nawą grupę zawodową, w dodatku – niepomny doświadczeń kohabitacji z prezydentem Kaczyńskim - naraził państwo na konflikt dwu ważnych organów akurat wtedy, kiedy ich zgodne współdziałanie wydaje się pilnie potrzebne.
Tymczasem po upływie ponad dwóch tygodni od chwili wybuchu (czy zdetonowania) afery taśmowej 14 czerwca nadal nie wiemy, ile tych nielegalnych nagrań naprawdę jest, kogo nagrano, w jakim celu i na czyje zamówienie. Nie ulegają natomiast wątpliwości dwie rzeczy: nagrania potężnie zatrzęsły polską sceną polityczną, stwarzając opozycji nową możliwość uprawiania polityki szarpania rządu Donalda Tuska przy każdym objawie słabości - „na szakala”; drugim beneficjentem kryzysu jest korporacja dziennikarska, dla której afera otwarła niewyczerpane źródło newsów zapewniających utrzymanie na długi czas.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.