Facebook Google+ Twitter

Koza, czyli wspomnienie pysznego chleba

Patrzy na mnie ze zdjęcia koza. Mam ją na tapecie, bo wspomnienie związane z kozą jest przedziwne i wzruszające. Bo koza - to nie zawsze była koza.

koza u woza / Fot. nieznany
Była też koza – areszt. Mieściła się ta koza w budynku urzędu gminnego, który posiadał od tyłu oficynę, a w niej areszt gminny oraz mieszkanie woźnego-dozorcy. Dozorca urzędu gminnego był też klucznikiem. Pewnego razu do tej własnie kozy trafił mój brat. Popełnił przestępstwo, zbyt nikłe do prawdziwego więzienia lecz zasługujące na karę. A było tak:

W latach 60 –tych ubiegłego stulecia, obywatelom Polski Ludowej jak wiadomo, nie wolno było mieć dolarów. Były to czasy na długo przed Pewexem, więc zamiast państwowego, istniał tylko prywatny czarny rynek. Starannie inwigilowany przez potrzebujących, kupujących i....... donoszących gdzie trzeba.

Tymczasem nasza ciocia z Florydy uparła się od czasu do czasu wysłać list, do którego wkładała pomoc materialna dla owdowiałej siostry. Ten zastrzyk finansowy czasem dochodził do rąk naszej mamy, a czasem pozostawał w rękach nieznanego „kontrolera” podejrzanej korespondencji. Jak już się zdarzył cud i ten zielony banknot nie skręcił w inna ulicę, należało go wymienić na nasze, całkiem inne w kolorach banknoty.

Tu potrzebne było dobre rozeznanie: komu, gdzie i za ile można dolary opchnąć. Zadanie to powierzyła mama pewnego razu mojemu bratu. Ale chyba trafił na kupca handlującego nie tylko dolarami, bo na drugi dzień zjawiła się Milicja Obywatelska, obywatel nie-milicjant został aresztowany, przesłuchany na okoliczność szczególną nielegalnego handlu walutą, oraz ogólną – podejrzanego posiadania ciotki w Ameryce. A następnie –wsadzony na miesiąc do kozy. Sprawiedliwości stało się zadość.

Trzeba trafu, że w areszcie siedział również, jako dość częsty jej bywalec – kapitalista i krwiopijca, prywaciarz niezniszczalny, czyli piekarz. Wsadzano go tam dość często, bo prywaciarzowi się należało zawsze.

Ponieważ jednak jego chlebem zajadało się pół miasteczka, z rodziną dozorcy aresztu łącznie – piekarz, wypuszczany na noc, szedł wypiekać pyszności, a rano wracał, przynosząc ze sobą bochny świeżutkiego, pachnącego chleba dla dozorcy. Dla współaresztantów też.

Wszyscy inni amatorzy świeżego pieczywa jak zwykle biegli pod okno piekarni, gdzie o godzinie 6 rano pani piekarzowa sprzedawała nocny urobek męża, odsypiającego pracowitą noc w kozie. Wspominam więc, patrząc na mój monitor,
ów czas, kiedy zanosząc bratu posiłki do aresztu, przynosiłam do domu pachnący bochen.

Można więc powiedzieć, że naprawdę dobry chleb jadłam dzięki kozie. I dlatego właśnie to sympatyczne zwierzę wita mnie z ekranu.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

Agato - cokolwiek znaczy to "coś", odbieram Twój wpis jako komplement. Dziekuję.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jadwigo, Twoje teksty maja w sobie to "cos" :-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.