Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

16683 miejsce

Krach na giełdzie

Chiny wpadły w gospodarcze tarapaty, kończące wreszcie ich wyczyn z 1978 roku. Mało kto wierzy, że KC KPCh jest w stanie powtórzyć ten wyczyn w ramach nowej strategii rozwoju kraju. Co więcej, Chińska giełda dosłownie się wali.

Poczynając od niej, w kolejnych artykułach omówię stan chińskiej gospodarki.

Chińska giełda leci w dół. W ciągu ostatniego kwartału straciła już 45% swojej wartości. Wyparowała z niej równowartość 5 biliardów (ang. "trylion") USD. Krach nie tylko nie poprzestaje na rynkach finansowych, uderzając w chińską gospodarkę, ale też sam swoje źródło posiada w słabości gospodarczej Państwa Środka. Od początku dekady Chińska gospodarka hamuje. Od 2010 rozpoczynającego się 12,2% wzrostem PKB w skali roku, jest to już 5,2 p.p. spowolnienie. Ostatni kwartał Chiny kończą z rocznym tempem wzrostu na poziomie 7%, choć są podejrzenia, że jest to statystyka podrasowana. Nadal jest to wyżej, niż amerykańskie 3,7% (rocznego tempa wzrostu) za ostatni kwartał; jednak Ameryka najwyraźniej podniosła się z recesji, która na przełomie prezydentury Busha i Obamy sięgała -8,2% w skali rocznej, a Chiny dopiero ku niej zmierzają, by podzielić los Japonii z jej „dwiema straconymi dekadami” stagnacji.

Takim oto głodnymi kawałkami karmieni jesteśmy w mediach, zarówno przez dziennikarzy i ekspertów, jak i przez polityków. Komentatorów, którzy z jakiegoś powodu wieloletnią nieuzasadnioną retorykę zachwytu nad Chinami, które miały w niezrozumiały sposób rosnąć w nieskończoność w dotychczasowym tempie, kilka lat temu zastąpili retoryką katastrofy. Retoryką Chin nierówności społecznych, Chin zniszczonego środowiska, Chin rosnących kosztów pracy, i Chińczyków, którzy jako pierwsze społeczeństwo zestarzeją się, zanim wzbogacą. Zdeprecjonowali więc Chiny znacznie szerzej niż tylko w kontekście finansowym ostatniego roku. Przypominają się nawet reportaże BBC z 2008 roku o już już wybuchającej w Chinach bańce na rynku nieruchomości i o pustych Chińskich aglomeracjach. Doniesienia o galopującym chińskim zadłużeniu. Informacje o problemach chińskiej waluty z zeszłego roku. Wyliczono nawet, że negatywnych artykułów na temat chińskiej gospodarki jest najwięcej w historii.

Podejmowane w tym artykule odczarowanie chińskiej giełdy może więc być tylko wstępem do odczarowania chińskiej gospodarki, w tym porządku jednak zaczniemy.

Bessa bez hossy?
45%-owy (a wcześniej 30%-owy itd.) spadek chińskich indeksów komentatorzy przytaczają właściwie z jednego tylko powodu, by natychmiast zidentyfikować go z ubytkiem z tamtejszej giełdy tylu a tylu biliardów dolarów (http://wyborcza.biz/biznes/1,100896,18325309,chinska-banka-peka-krach-na-gieldzie-w-szanghaju.html ). Najtrywialniejszą odpowiedzią na takie newsy powinna być, choć rzadko jest, uwaga o 180% wzroście chińskiej giełdy w ciągu roku poprzedzającego krach, zatem o biliardach dolarów, które na chińską giełdę wparowały, zanim część (!) z nich z niej wyparowała. Tym bardziej, że o bańce na chińskiej giełdzie (i jest to chyba jedyny taki przypadek w dziejach zachodniego finansizmu) mówiło się już przed tym, zanim wybuchła. Od czerwca zeszłego, przez czerwiec tego (szczyty), do września tego roku giełda ta znajduje się zatem ciągle na 54% plusie (100%+180%-280*45%=154%). Od września zeszłego do września tego roku cały czas jest na 32% plusie; od początku tego roku do dziś jest jedynie na 4,5% minusie – dwukrotnie mniejszym niż giełda amerykańska.

Papierowe analizy
Jednak nawet takie utemperowanie krytyki byłoby niewystarczające. Dalej posuniętą kontrargumentację zacznę od jednej z opowiastek, eksponujących złożoną rzeczywistość poprzez sprowadzenie jej do bardziej ascetycznej formy.

Niech w Twoim mieście będzie kilka (np. 5) budek z lodami (i kilka z hot-dogami oraz kilka z kebabami itd.) każda obiektywnie warta 100 000 PLN. Niech każda z nich przynosi roczny dochód w wysokości 10 000 PLN. Taki dochód uzasadnia tę jej cenę. Pewnego razu jedna z nich ma zostać sprzedana, ale licytujący nabierają zbytniego zapału i zostaje ona kupiona za 110 000. Wszystkie budki są takie same, więc właściciele innych budek, oraz ich potencjalni nabywcy, słusznie uważają, że warte są one tyle samo. Co jednak ważniejsze, wszyscy nabierają przekonania, że na wartość takiej budki składa się nie tylko roczny dochód, jaki przynosi, lecz również stały rokroczny wzrost jej ceny o 10%. Licytacja innej (albo nawet tej samej) budki winduje więc ceny budek do 121 000. Rokrocznie sytuacja się powtarza. W końcu ludzie całkiem zapominają o dochodzie przynoszonym przez budki i licytują je tylko ze względu na wzrost wartości, jaki mają osiągnąć. Budka handlowana obecnie po 500 000 w przyszłym roku ma być warta 550 000, więc inwestycja w nią wydaje się być opłacalna, skoro spodziewany zwrot wynosi 10%. Ludzie kupują budki po cenie nie uzasadnionej wypracowywanym przez nie zyskiem, po to, by sprzedać je innym bałwanom, którzy kupią je po cenie nieuzasadnionym wypracowywanym przez nie zyskiem, by sprzedać je innym bałwanom itd. W końcu jednak, gdy cena sięga 1000 000 PLN, wszystkie bałwany, które chciały zarabiać na odsprzedaży swego nabytku innym bałwanom, już są na rynku budek z lodami. W końcu ktoś orientuje się, że sam roczny zysk 10 000 PLN takiej budki nie uzasadnia zakupu po cenie 1000 000, czyli 1%, skoro można te pieniądze ulokować w inne inwestycje (owe budki z hot-dogami itp.), które przyniosą 10% (10 tys. ze 100 tys.) zwrot. Ceny budek z lodami spadają do 100 000 (a właściwie z powodu paniki nawet poniżej, ale po to tylko, by w końcu i tak odbić do owych właściwych 100 tys.).

Przez cały ten czas w mieście było jednak 5 budek z lodami, tyle ile na początku i tyle zostało. Budki te cały czas przynosiły 50 000 PLN zysku rocznie. Bańka urosła i bańka pękła, ale budki jak dostarczały mieszkańcom lody tak dostarczają. Nie tylko nie było żadnego spadku ich wartości ale nie było nawet wzrostu i spadku ich wartości. Jak w dowcipie o bacy chcącym sprzedać psa za mln $ i turyście zdziwionym, że mu się to udało, póki nie usłyszał, że za dwa koty po 0,5 mln $.

Podobnie z chińską giełdą: prostowanie uwag o wyparowywaniu z nich pieniędzy uwagami o wparowywaniu i wyparowywaniu z nich pieniędzy, jest jałowe, bo mówimy tylko o papierowej wartości. Spółki notowane na chińskiej giełdzie przed powstaniem bańki i przed jej wybuchem robiły to samo, co robią dziś, choć ich wycena bardzo sobie poskakała.

Pozorna bańka
Doszliśmy zatem do drugiego poziomu kontrargumentacji przeciw antychińskiemu fatalizmowi: przez chiński rynek finansowy przeszła bańka. Ściśle jednak nawet to nie jest prawdą. Rozwińmy trochę nasz przykład małomiasteczkowej gastronomii, by pokazać dogłębniej, co charakteryzuje bańkę.

Załóżmy, że w rzeczonym miasteczku nie tylko rynek wózków z lodami lecz również rynek owych wózków z hot-dogami, kebabami i inne ogarnęła mania wzrostu cen. W warunkach takiej mani nie ma szans, aby ceny aktywów rosły równomiernie. W ten sposób u szczytu bańki przeciętny wózek z hot-dogami kosztuje 500 000 PLN, z hamburgerami 750 000, z lodami 1 000 000, z napojami 1 250 000, a z piwem 1 500 000. W takich warunkach nie ma szans, aby przez okres boomu na rynku pozostało po 5 budek każdego rodzaju. Duża część budek z hot-dogami została w prosty sposób (bo w swoim sektorze gorących posiłków) ale za to z małym zyskiem (ceny hamburgerowni rosły nie wiele szybciej niż hot-dogowni) przerobiona na budki z hamburgerami, część trochę kosztowniej na lodziarnie, a cząstka jeszcze bardziej kosztownie (za to z dużym papierowym zyskiem we wzroście ceny firmy) na piwiarnie. Podobnie były przerabiane budki z hamburgerami, lodziarnie i budki z napojami. Wymieniano w nich sprzęt, instalacje, przebudowywano same budki, a nawet zmieniano wyszkolenie personelu. Piwiarni i kelnerek jest teraz 9, budek z napojami 7, lodziarni 5, hamburgerowni 3, a budka z hot-dogami 1. Kiedy w miasteczku braknie bałwanów z kapitałem i rynek gastronomiczny nie może rosnąć na podstawie nadziei danego bałwana, że znajdzie się kolejny bałwan gotowy odkupić jego własność drożej niezależnie od przynoszonych przez nią zysków, bańka pęka, ceny przeciętnej budki wracają do 100 000 (po wahnięciu i nie do takiej samej, bo przecież teraz hot-dogownia jest na wagę złota), ale realna gospodarka wcale nie wraca do stanu sprzed kryzysu (i boomu). Teraz na rynku nie ma tylu hot-dogów ani hamburgerów, ile mieszkańcy chcieliby jeść, za to jest mnóstwo napitków. Dobrobyt społeczny się zmniejszył, realna gospodarka straciła na swojej strukturze. Stało się to już wcześniej, w trakcie narastania bańki, jednak papierowe zyski rosnące w tej bańce tłumiły percepcję niedostatków w realnej gospodarce. Teraz została już tylko realna gospodarka: brak miejsca by zjeść i nadmiar miejsc, gdzie można wypić. Aby to wszystko odkręcić potrzeba realokacji sprzętu i ludzi. A to wymaga inwestycji, część budek znów musi zostać przerobiona a pracowników przeszkolonych. To nie tylko pochłonie spore koszty, ale też potrwa i zaskutkuje czasowym bezrobociem oraz bezczynnością sprzętu. W dodatku do czasu zakończenia tego procesu samą gospodarkę pozostawi pracującą poniżej swoich możliwości, ludzie nie będą bowiem pili tyle napojów ile mogłyby dostarczać piwiarnie, z kolei fast-foody nie dostarczą tyle posiłków, ile potrzeba.

Jeżeli więc na chińskim rynku finansowym mieliśmy do czynienia z bańką, wszystko jedno, czy spowodowaną tradycyjnie działaniami rządowymi, czy zwykłą manią, powinna ona odbić się na stanie chińskich firm. Przeczy temu jednak fakt, że wskaźnik P/E, cena do zysku, spada tam szybciej niż wartość giełdy, że zatem zyski chińskich firm nie maleją, lecz rosną w typowym dla siebie tempie. Pokazuje to, że w Chinach nie mieliśmy do czynienia nawet z bańką, lecz z jej pozorami. Tak duże wahnięcie indeksów nie wzięło się ani z przegrzania przez rząd, ani z mani społeczeństwa chińskiego, lecz stanowiło „efekt kumulacji” - jak można by go nazwać. W ramach kolejnej rundy urynkowiania gospodarki, 1,5 roku temu rząd chiński pozwolił obywatelom inwestować na giełdzie indywidualnie. Do „tradowania” rzucili się więc w ciągu jednego roku nie tylko ludzie, którzy przekonali się do tego w tym roku, lecz również roczniki gotowe wejść na rynek już wcześniej. Kiedy wszyscy zaczynają kupować, ceny idą w górę. Nie jest to wynikiem mani czy nieracjonalności, do której notabene społeczeństwo chińskie miałoby prawo, z racji 65 letniego tkwienia w komunizmie, lecz właśnie kumulacji chętnych.

Posłużę się metaforą: w pierwszym roku wprowadzenia w danym kraju tzw. małżeństw homoseksualnych zawsze zawierana jest ich kilkukrotnie większa liczba niż w latach przyszłych. Nie jest to jednak ani wynikiem lewackiej strategii rządu zmierzającego do podrasowania liczby małżeństw homo względem hetero, ani matrymonialnej nieracjonalności homoseksualistów, którzy jako grupa nie przyzwyczajana od tysięcy lat do zakładania rodzin, nie wiedzą co robią. To wynik kumulacji roczników gotowych do małżeństwa, nie posiadających tej możliwości we wcześniejszych latach.

Trzecim poziomem kontrargumentacji przeciw ruinie chińskiej giełdy jest więc ukierunkowanie na czynniki fundamentalne: nawet jeżeli indeksy spółek nie idą w górę, chińskie firmy radzą sobie tak samo dobrze (i coraz lepiej) jak wcześniej.

Nau(cz)ka
Nonsensem wykraczającym nawet poza zdyskredytowane na wstępie przekonanie, że z chińskiej giełdy wyparowało kilka biliardów dolarów, jest zarzucanie Chinom niepowodzenia w poszerzeniu tamtejszego kapitalizmu o inwestowanie na giełdzie. Jeżeli bowiem założymy, że tamtejszą giełdę dotknął faktyczny krach, to na tym właśnie polegałaby nauka kapitalizmu finansowego społeczeństwa nieprzyzwyczajonego do giełdowego tradingu. Byłaby to lekcja szczepiąca na powtórkę takiej katastrofy.

Podobnie rozdzieranie szat nad rządową interwencją w pierwszy giełdowy krach w Chinach po uwolnieniu przez nie tego rynku, przy jednoczesnym rozpływaniu się nad podobnymi działaniami w UE i USA, nie sprowadza się tylko do hipokryzji. Jest co najmniej nietrafione a może nawet kontrtrafione. Interwencję Chin można bowiem doskonale uzasadnić pedagogicznie: by nie puścić społeczeństwa od razu na głęboką wodę, rząd Chin w trakcie pierwszego giełdowego wahnięcia rozciągnął je trochę w czasie, by nie okazało się, że tylko z powodu tego wahnięcia wyjadacze zarobili na nowicjuszach. Lekcja boomów i bustów powinna bowiem być a tyle surowa, żeby dać nauczkę nadgorliwcom, ale też na tyle łagodna, by nie odstraszyć nikogo od giełdy.

Nie od dzisiaj ta polityka powolnych zmian przynosi wyraźny skutek. W samych Chinach, podobnie jak w całej Wschodniej Azji. Rozszerzmy na chwilę perspektywę i porównajmy ze sobą giełdy azjatyckie i amerykańskie na przestrzeni ostatnich 15 lat. Giełda w Szanghaju przed ostatnim kryzysem urosła znacznie wyżej niż w trakcie ostatniej hossy, a giełdę w Tokio prawdziwy kryzys dotknął pod koniec lat 90-tych. Okazuje się, że Azjatyckie bańki finansowe są coraz mniejsze podczas gdy amerykańskie coraz większe. Notabene wspólne ameyrkańsko-europejsko-azjatyckie bańki giełdowe zaczynają swoje pękanie od Azji – to Azjaci pierwsi się orientują, że wzrost cen to już tylko bałwany kupujące by odsprzedać drożej bałwanom liczącym na taką samą odsprzedaż, i kiedy dopływ tego typu bałwanów na rynek się wyczerpuje. Podobnie jest obecnie, wszyscy martwimy się bańką na chińskiej giełdzie, która już wybuchła, a wybuchając, nawet przy najgorszej interpretacji znaczenia napływających danych gospodarczych, nie uczyniła znacznych szkód; tymczasem giełdy amerykańskie, mimo rekordowych poziomów, „mają” rosnąć nadal. Nawiązując do tytułu niniejszego artykułu, „krach na giełdzie” będzie miał miejsce, tylko nie na tej, którą się podejrzewa.

Googlujemy: teoria portfelowa
Innym nonsensem z dziedziny „Chińczycy nie nadają się na giełdę”, jest teza, szczególnie propagowana przez pewnego TVN-owskiego komentatora, choć nieekonomistę tylko sinologa, o chińskiej skłonności do hazardu. Zgodnie z nią Chiny miałyby być szczególnie narażone na bańki inwestycyjne. O jej prawdziwości miałoby świadczyć rzekome zamiłowanie Azjatów do gier losowych.

Na początek chciałbym zobaczyć jakieś statystyki dotyczące zaangażowania Europejczyków, Amerykanów i Azjatów w hazardowy biznes, bowiem spodziewałbym się, że jego proporcje są odwrotne niż się w mediach sugeruje. Abstrahując jednak od tego, Chińczycy są najbardziej oszczędnym narodem świata. Jeżeli więc faktycznie tak często „grają w kości”, to najwyraźniej nie ma to przełożenia na ich decyzje życiowe. Nie może więc stanowić żadnej podstawy dla tezy o ich „wrodzonej skłonności do hazardu”, a być może przeciwnie, świadczy o roli hazardu w ich aktywności jako wentyla bezpieczeństwa dla ryzykownych posunięć życiowych.

Tyle na temat „krachu na chińskiej giełdzie” i „witalności giełdy amerykańskiej”. Zanim posuniemy nasze rozważania do naprawdę istotnych elementów ładu amero-chińskiego, omówienia wymaga jedna faktycznie znacząca dla chińskiej gospodarki trudność. Możliwa bańka na chińskim rynku nieruchomości. Ta ostatnia kwestia stanie się tematem następnej części mojego wywodu. Do pierwszej przejdę dopiero w kolejnych.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.