Facebook Google+ Twitter

Krakowskie Przedmieście zalane jest słońcem...

Do domu wróciłem jak zwykle. Dzień już był jednak niezwykły.

Wtorek - 13 kwiecień. Wracam jak zwykle po ciężkim dniu w szkole. Dowiaduję się, że jest propozycja wyjazdu do Warszawy, w celu oddania hołdu parze prezydenckiej. Długo myślałem, czy jechać. Mówiłem sobie, że warto, że uczestniczę w historii, pożegnam wielkich Polaków. Rozsądek mówił mi jednak, że to wielki trud i męka. Będę przecież stał w kolejce bardzo długo, a kulminacyjny moment trwa bardzo krótko. Zwyciężył jednak jakiś wewnętrzny głos patriotyzmu i już następnego dnia byłem w autobusie jadącym do Warszawy.

Droga przebiegała nader spokojnie. Nie było dużego ruchu na drodze, a i pogoda nie była najgorsza. Z Wrocławia do Warszawy jedzie się siedem godzin. Przed wyjazdem śmiałem się, że czeka mnie droga w trzy strony - do Warszawy, z Warszawy i w kolejce do pałacu. Pierwsza droga to jeszcze czysta przyjemność. Lubię jeździć, a zmęczenie nie doskwierało. Atmosfera w autobusie była bardzo przyjazna, droga mijała szybko. Do celu dojechaliśmy przed pierwszą w nocy. Łudziłem się w myślach, że nikomu o tej porze nie na rękę jest stanie w kolejce, aż do świtu. Zajedziemy, postoimy z pół godzinki i wejdziemy.

Zajechaliśmy to prawda. Ze staniem było trochę inaczej. W kolejce ustawiliśmy się po drugiej stronie Krakowskiego Przedmieścia jakieś 200 metrów od Kolumny Zygmunta. Wydawało mi się, że pójdzie całkiem szybko. To przecież niecały kilometr. Tuż za nami ustawili się bardzo przyjaźni ludzie z wielkimi flagami "Solidarności". Nie padał deszcz, atmosfera była cicha i spokojna. Do drugiej miała trwać przerwa, która rzekomo jeszcze się przeciągnęła. Mimo to co 5-10 minut przesuwaliśmy się o kilka metrów. O trzeciej byliśmy już po drugiej stronie. Podobno między czwartą a szóstą najbardziej morzy sen. Staliśmy akurat obok kościoła Św. Anny.

Wszedłem, bo tam podobno miało być ciepło. Zdziwiło mnie to, że kościół jest wypełniony po brzegi, a w nim ludzie, którzy z mocno pochyloną głową w moim przekonaniu żarliwie się modlili. Usiadłem w ławce i zobaczyłem, że ludzie ci śpią. Ogarnęła mnie duma z Polaków. Jak mocny musi być naród, który pomimo strasznie ciężkiego zadania jedzie z drugiego końca kraju, żeby oddać cześć przywódcy narodu. Przekonałem się, że jak chcemy to możemy. I to spanie w kościele dało mi wiarę w ludzi. Wiedziałem, że wszyscy się męczyli, ale ustanowili sobie cel do którego dążyli.

Piętnaście minut po siódmej byliśmy obok Belwederu. Pogoda była piękna, całą Warszawę ogarniało słońce. Przy bramce stała straż miejska. Podobno mieliśmy wielkie szczęście bo staliśmy "tylko" sześć godzin. Mówili, że inni turyści stali nawet osiemnaście. Nogi jednak tak bolały, że to szczęście miało dość trywialny wymiar. Przy wejściu do pałacu okazało się, że to niewiarygodne przeżycie. Serce zaczyna dziwnie bić, czujemy jakiś niepokój, a jednocześnie dumę. Jest niewiarygodna cisza, który potęguje emocje. W środku spędziliśmy jakieś dwie minuty, których nie jestem w stanie opisać. Dawno nie towarzyszyły mi takie uczucia. Po wyjściu na zewnątrz długo nie można było nic powiedzieć. Miałem świadomość, że zamykamy jakiś fragment historii, a ja jestem tego świadkiem. Po wpisaniu się do księgi kondolencyjnej była ósma i kilka minut. Tu kończy się ta druga droga - do pałacu.

Powrót to olbrzymie zmęczenie. Przespałem, a raczej byłem na granicy jawy i snu przez niemal całą drogę. Droga trwała aż osiem godzin. Wróciłem piekielne zmęczony do domu i pierwszy raz poczułem co to znaczy prawdziwie być Polakiem. To były bardzo ważne dni w moim życiu.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.