Facebook Google+ Twitter

Królowanie

Jeśli ktoś z Państwa chciałby zapoznać się z „ludzką twarzą” polityki, to musi wybrać się do kina. Innego wyjścia nie ma...

Spotworniałe życie polityczne naszego przeklętego kraju dołuje mnie coraz bardziej. W atmosferze paranoicznych oskarżeń (agenci w mediach), histerycznego wyrywania się przed szereg (Jan Rokita), populistycznych zagrywek, mających zatuszować nieudolność rządzących (Lepper i jego pogróżki wyjścia z rządu), intryg szytych zbyt grubymi nićmi (podręcznikowy legalizm premiera Kaczyńskiego w kontekście sporu o stanowisko Prezydenta Warszawy) żyć trudno. Do tego ta pogoda, do której chyba jeszcze nie dotarło, że mamy czwartą RP i że w tych warunkach wypadałoby śnieżyć odrobinę łaskawiej... Wyjątkowe spiętrzenie przeciwności losu. W takich wypadkach pozostaje jedno – kino.

 

Jeśli ktoś z Państwa chciałby zapoznać się z „ludzką twarzą” polityki, to musi wybrać się do kina. Innego wyjścia nie ma. Tak się szczęśliwie składa, że na ekrany naszych kin wszedł właśnie świetny film Stephena Frearsa (tego od „Niebezpiecznych związków” i „Przebojów i podbojów”) zatytułowany „Królowa”.

 

Film, będący w pewnym sensie kontynuacją telewizyjnej produkcji Frearsa „The Deal”, jest próbą szczegółowego zrekonstruowania wydarzeń towarzyszących śmierci Księżnej Diany. Poznajemy świeżo zaprzysiężonego premiera Tony’ego Blaira, który w tych wyjątkowych dniach musi stawić czoła skonwencjonalizowanym do granic absurdu regułom funkcjonowania brytyjskiej monarchii. Lewicowość Blaira skonfrontowana z konserwatyzmem królowej – pomysł dobry, choć niewystarczający. Tak naprawdę to nie spór ideologiczny jest główną osią dramaturgiczną filmu. Nie ma tu nachalnej propagandy, ważenia argumentów, stricte politycznych dywagacji – jest dokument, lecz potraktowany „po szekspirowsku”, z uwzględnieniem palety psychologicznych dystynkcji charakteryzujących poszczególne postaci. W takich wypadkach mówi się: dzieło wybitne. Trudno się z takimi opiniami nie zgodzić. Film Frearsa to dzieło niejednoznaczne, polifoniczne (choć skoncentrowane na postaci głownej bohaterki, brytyjskiej Królowej) – a przez to niesłychanie ludzkie.

 

Wyjątkowy charakter centralnej postaci filmu (choć trudno tu mówić o jednoznacznym centrum – tak naprawdę osią dramaturgiczną jest pustka, brak, czyli śmierć Lady Di) skłania do pytania o status pozycji władcy. Kim jest jest królowa? Jaka jest jej „strukturalna funkcja”? Te pytania zdają się być szczególnie istotne dziś, w czasach – jak zwykło się mawiać – powszechnego negowania świętości.

 

Mamy tu opozycję dwóch światów: świata królowej, która swoją tożsamość buduje poprzez odwoływania się do „woli Boga”, oraz świata „ludu” – chaotycznego, nieprzewidywalnego żywiołu, który permanentnie wymyka się kontroli. Symbolem tego drugiego świata jest Diana, „People’s Princess”. Królowa zostaje skonfrontowana z tą niezrozumiałą, obłędną siłą, która – po śmierci Diany – zaczyna żyć własnym życiem. Uniwersum monarchistycznych symboli, uświęcone mocą wielowiekowej tradycji, ulega dekompozycji, zaczyna się psuć (niczym martwe ciało księżnej Diany). Robi się niebezpiecznie, bo spod nadwątlonej symbolicznej pajęczyny wyziera – jak powiedziałby Lacan – magma tego, co rzeczywiste (widać to doskonale na przykładzie postaci księcia Karola, który obsesyjnie boi się zamachu na własne życie). Co robić, aby powstrzymać ten wybuch? Jak przywrócić odwieczny podział ról?

 

Film Frearsa przypomina starą prawdę: tożsamość władcy jest ugruntowana na społecznej fantazji. Władca jest władcą o tyle, o ile jego poddani wierzą w to, że nim jest. Innymi słowy: figura Króla jest performatywnym efektem rytuału symbolicznego, jakiemu oddaje się społeczeństwo. Innego wyjścia nie ma. To dlatego królowa musi w końcu wyjść z ukrycia, opuścić rezydencję Balmoral i ponownie stać się królową narodu brytyjskiego. Wybuch zostaje powstrzymany – kilka symbolicznych gestów z zakresu tego, co współcześnie nazywa się „public relations”, przywraca wiarę w zasadność funkcjonowania monarchii. Symbole, symbole i jeszcze raz symbole. Jesteśmy ludźmi, włada nami reżim słów i gestów – film Frearsa ukazuje to nader dobitnie.

 

Jakie wnioski z filmu mogą wysnuć miłościwie nam panujący bracia? Ano takie, że zamykanie się w gabinetach "jedynie słusznego rządu", bagatelizowanie opinii publicznej (w pełnym spektrum społecznych opinii), marginalizowanie marginesów, wyostrzanie „linii przewodniej”, musi skończyć się klęską. Pod koniec filmu królowa mówi to Tony’emu Blairowi – przyjdzie taki moment, że i Ty stracisz władzę. Nie będziesz wiedział kiedy – to się po prostu stanie, prędzej czy później. Nasze elity jakby nie zdają sobie z tego sprawy. Działają tak, jakby były powołane z woli Wszechmogącego. Drodzy rządzący, to ludzie was na te szczyty wynieśli. Powinniście to sobie gdzieś zapisać.

 

 

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.