Facebook Google+ Twitter

"Kronika umarłych", czyli jak Odija stworzył potwora

Nie, nie, proszę Państwa, potworem nie jest bohater, potworem jest sama książka. Dobra i ważna - tak w dorobku samego autora, jak i dla współczesnej literatury w ogóle - a jednak nazbyt męcząca i przytłaczająca, by mogła się podobać.

Okładka / Fot. Materiały promocyjneNie zwykłam nienawidzić książek. Kucharskie, telefoniczne, instruktażowe - niech będą, jakie są, mnie jest wszystko jedno. W końcu przez wszystko człowiek przebrnie, choćby i włosy z głowy rwać musiał. Dopiero "Kronika umarłych" Daniela Odiji zmusiła mnie do przetasowania tego systemu, do stworzenia marginesu, na którym umieszczać trzeba te książki, które się wszelkim kategoryzacjom wymykają. Jej język, nie zawsze przystający do treści, czasem zbyt patetyczny, innym razem zbyt kolokwialny, prosta, irytująca niekiedy składnia, upośledzeni bohaterowie, naznaczeni kilkoma nieszczęściami za dużo – to wszystko ma prawo przytłaczać i rzeczywiście przytłacza. Szum złowrogiego morza, skrzek setek mew, dramat jeden za drugim - oto mamy gwarant rychłej depresji, a i o psychozę nietrudno.

Rzecz się dzieje w Kostyniu - miejscowości na szczęście zmyślonej, gdzie apokaliptyczne wizje nabierają rzeczywistego wymiaru, gdzie pesymizm wypiera wszelką nadzieję, a ciągły niepokój doprowadza do szału. Przestrzeń to bohaterom dobrze znana i dlatego tak znienawidzona - to tu powracają traumy, tu przeszłość przeplata się z teraźniejszością i rzuca swój cień na przyszłość. Ponura fabuła dodatkowo ten efekt potęguje - po przeczytaniu zaledwie kilku stron wiemy już, że pomyślnego finału nie będzie, że ta opowieść o zapomnianej przez świat polskiej prowincji, nie skończy się happy endem. Ten mroczny klimat zbytnio jednak przytłacza, nagromadzenie nieszczęść – miast efekt potęgować – staje się zbędnym ciężarem, którego czytelnik nie umie, a i nie chce udźwignąć. Gwałty, kalectwa, obłędy, zdrady, uzależnienia, koszmary i urojenia - oto składniki na prozę arcystraszną, która męczy i przeraża tym bardziej, że jest tak fatalnie prawdopodobna.

Odija nie szczędzi swoim bohaterom cierpień. Mateusz - niegdyś utalentowany muzyk jazzowy, rozstaje się ze swoją dziewczyną, Radką, a że nie odniósł w stolicy zamierzonego sukcesu, wraca do rodzinnego Kostynia, by pod matczynym dachem pić i dziadzieć w spokoju. Z czasem przestaje grać, odwiedzać przyjaciół, a nawet się myć. Z dnia na dzień popada w coraz większy obłęd, który utożsamia z mistycznym dotknięciem i bez pardonu tytułuje się Świętym Królem Polski. Stąd niedaleka już droga do szpitala psychiatrycznego.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (5):

Sortuj komentarze:

Joasiu zrobiłaś nam dobry uczynek :) - choć niestety znam osoby, które lubują się w tego typu literaturze... (zapewne aż im się uszy trzęsą na wieść, że istnieje takie "dzieło"). A tak poza tym, bardzo podoba mi się Twoja lekkość pisania :) Poproszę o kolejne recenzje, bo wiem, że czytasz dużo :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

No niestety, zapas, który miałam właśnie mi się skończył ;)... Dzięki za dobrą radę. Skorzystam.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Ewo, naprawdę szczerze odradzam. Chyba, że masz w domu zapas skutecznych antydepresantów. ;)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Ja też przeczytałam w ostatnim czasie kilka takich książek, które sprawiły, że czułam mniej więcej to samo. I przyznam szczerze - brakuje mi sił, żeby tak się zadręczać. Być może mój "apel" nie ma żadnego sensu, ale proszę... nie piszcie takich i podobnych książek ;)
Recenzja bardzo dobra oczywiście. W moich planach było przeczytanie tej - jak sądziłam - ciekawej i ważnej książki, ale teraz chyba sobie oszczędzę kolejnej udręki.
(5).

Komentarz został ukrytyrozwiń

Widać że robisz w literaturze. 5*

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.