
To, co teraz opiszę, działo się w czasie wojny w Sołotwinie. Front niemiecko-rosyjski był gdzieś w Rosji. My byliśmy pod drugą okupacją. Na naszych terenach Niemcy już rozwiązali tzw.”problem żydowski”. Ostatnią ofiarą w Sołotwinie, już po deportacji prawie wszystkich Żydów z naszego miasteczka i okolic, był nasz aptekarz. Całą jego rodzinę i synka lekarza z Porohów wywleczono z domu i rozstrzelano na okopisku.
Ukraińcy zaczęli na tych terenach rozwiązywać „problem polski”. Wpierw na Wołyniu. Pod nóż szły całe polskie wsie. U nas mordowano, ale sporadycznie. Ludzie znikali często bez śladu. W Żurakach dopiero po kilku dniach w kukurydzy znaleziono zarąbanego siekierą pana Skotnickiego. Panował strach. Nie było dokąd uciec ani czym się bronić. Polaków było tu mało, a naokoło żywioł ukraiński współpracujący z okupantem.
Była środa 5 kwietnia 1944 roku, ciepły, wiosenny wieczór. Ludzie jak zwykle układali się do snu. W miasteczku było kilkanaście polskich rodzin. Cisza ,spokój..., ale to tylko pozory. Zbliżająca się noc przyniesie pożogę i krwawe żniwo. Nie wszyscy ją przeżyją.
Nacjonaliści ukraińscy w co najmniej dziwny sposób dążyli do uzyskania Samostijnej Ukrainy, mordując swoich sąsiadów - Polaków. Może i II Rzeczpospolita była im macochą, może mieli żal
do Polaków, że nie pomógł im marszałek Piłsudski w uzyskaniu niepodległości po rozpadzie Austro-Węgier w 1918 roku. Przecież już mieli swój rząd, mieli jakieś terytorium. Chcieli więcej. Ostatecznie sprawa upadła, została gorycz, choć Marszałek przepraszał: „Ja Was Ukraińcy przepraszam...”.
A przecież niepodległość im się należała...Byłaby korzystna dla Polski jako przeciwwaga dla bolszewickiej Rosji. Historycy wyjaśniają jakie to czynniki spowodowały, że to „ich” terytorium zostało przez sąsiadów rozebrane a Rząd upadł.
Pamiętam wieczór 5 kwietnia. Byłem w domu tylko z mamą. Ojciec i starszy brat byli w pracy na nocnej szychcie. Średni brat już w Niemczech na przymusowych robotach. Wieczór. Na stole paliła się naftowa lampa. Leżałem w łóżku przy którym klęczała matka i modliła się. Utkwiło mi w pamięci, że to nowenna do Matki Boskiej. Ja się nie bałem. Byłem dzieckiem i nie rozumiałem słowa „śmierć”. Wiedziałem tylko, że w chwili napadu mam się schować pod piec, gdzie normalnie leżały polana, którymi paliło się pod kuchnią. Wcześniej, przez kilka tygodni, gdy było już dostatecznie ciemno, wychodziliśmy z domu i cichcem, by nikt nie zauważył, chodziliśmy z mamą chować się do sąsiada-Ukraińca.