Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

4792 miejsce

Krystian Pfeiffer: Przegrywając na korcie, przegrywałem w życiu

  • Autor usunął profil

  • Data dodania: 2007-06-12 17:00

Krystian Pfeiffer, były trzykrotny mistrz Polski wśród seniorów oraz we wszystkich kategoriach wiekowych, wielokrotny reprezentant naszego kraju w Pucharze Davisa opowiada o swojej przygodzie z tenisem, o rywalizacji z najlepszymi tenisistami świata i własnej, wymarzonej szkółce trenerskiej.

Od kiedy zaczął pan grać w tenisa?
– Gram w tenisa od trzeciego roku życia. Przez pierwsze pięć lat była to ukierunkowana zabawa z rakietą i piłeczką. Od ósmego roku życia zacząłem trenować więcej na korcie.

Ile godzin dziennie zajmowały panu treningi i jak pan to dzielił z obowiązkami ucznia?
– Różnie to wyglądało w różnych etapach mojej kariery. Zwykle trenowałem trzy, cztery godziny dziennie. W soboty i niedziele nieco więcej, około pięciu godzin. Miałem okres w moim życiu, gdy trenowałem cztery razy dziennie po dwie godziny. Choć myślę, że była to lekka przesada. Trenowałem zwykle przed szkołą od szóstej rano i po szkole między 15.00-16.00. Uczyłem się bardzo dobrze i systematycznie. Dzięki temu miałem u nauczycieli duże fory, gdy jeździłem na turnieje. Po powrocie, często mogłem wybierać sobie, kiedy i z czego miałem być pytany. Szczególnie dobrze funkcjonowało to w liceum, gdyż moim wychowawcą był nauczyciel WF. Można powiedzieć, że była to forma indywidualnego toku nauczania, choć formalnie uczyłem się w normalnym trybie. Myślę, że coś takiego możliwe było tylko w małym mieście, jakim jest Bolesławiec.

Kto zaprowadził pana pierwszy raz na kort i jak pan to wspomina?
– Mój ojciec był trenerem tenisa już od dziesięciu lat, gdy się urodziłem. Na korcie pojawiłem się więc automatycznie, zanim jeszcze umiałem mówić i chodzić. Nie chodziłem do przedszkola, każdy wolny czas spędzałem z kolegami i tatą na kortach, bawiąc się i trenując. Miło wspominam te czasy, gdyż sporo dzieciaków grało w tenisa i jeśli dodać do tego kolegów turniejowych z innych miast to myślę, że te wszystkie znajomości były dość rozwijające.

Pana pierwsza wygrana?
– Pierwsze wspomnienie wygranej to zwycięstwo we wszystkich większych imprezach do lat dwunastu w sezonie 1990. Wygrałem również turniej Masters, byłem Mistrzem Polski i pierwszym zawodnikiem na liście PZT. Pamiętam, że byłem z tego bardzo dumny.

Pierwsza porażka?
– Porażek ze wczesnego dzieciństwa za dobrze nie pamiętam. Turnieje zacząłem grać w wieku ośmiu lat więc pewnie sporo przegrałem zanim zacząłem wygrywać. Z porażek trzeba się jak najwięcej uczyć i jak najszybciej o nich zapomnieć. Tak też robiłem.

Pierwsze łzy na korcie?
– Jako dzieciak płakałem bardzo dużo podczas gry. Potrafiłem wygrywać 6:0, 5:0 i po przegranym gemie wybuchnąć płaczem. Cóż, lepsze to niż łamanie rakiet i rzucanie mięsem. Szczerze nienawidziłem przegrywać i traktowałem porażki bardzo osobiście. Przegrywając na korcie, przegrywałem w życiu (tak przynajmniej mi się zawsze wydawało). Wszystkie te stresy były dosyć przesadzone, ale na szczęście wyrosłem z tego. Chęć zwyciężania zawsze i wszędzie pozostała we mnie do końca zawodniczej kariery. Nie znosiłem przegrywać zarówno na treningach jak i na turniejach.

Kto był pana pierwszym trenerem i jak go pan wspomina?
– Pierwszym i najważniejszym trenerem był mój tata. Trenował mnie do 19-tego roku życia. Zdobyliśmy razem około dziesięciu indywidualnych Mistrzostw Polski i kilka mistrzostw drużynowych. Tata był zawsze bardzo wymagający, sumienny i systematyczny. Nie było opcji bym nie poszedł na trening. Tenis był zawsze na pierwszym miejscu. Jedliśmy, spaliśmy, oddychaliśmy po to by grać. Uczyłem się świetnie w szkole również po to by nie mieć problemów, które odciągałyby mnie od gry.

Czy pamięta pan, od kogo dostał swoją pierwszą rakietę?
– Pierwsza rakieta to drewniany kogucik. Później był drewniany Top Spin. Następnie grafitowy TOPFAY. Później były Snauverty, które notabene oddałem Łukaszowi Kubotowi, Pro’s Pro, Finy, Wilsony ProStaffy i Wilsony Hyper Carbony. Rakiety dostałem oczywiście od taty, podobnie jak całą resztę. Dopiero będąc w seniorach podpisałem kontrakt sprzętowy z Wilsonem w Poznaniu.

Czy pamięta pan, kiedy zarobił swoje pierwsze pieniądze za grę w tenisa i na co je pan wydał?
– Po raz pierwszy dostałem pieniądze za grę w zespole ligowym w Łodzi. Miałem wtedy siedemnaście lat, a pieniądze wydałem na życie i wyjazdy na turnieje. Przez większość mojej zawodowej kariery zarabiałem na następne turnieje. Niestety nie miałem strategicznych sponsorów, takich jak obecny PROKOM, którzy czynią życie zawodnika nieco łatwiejszym.

Komu najwięcej zawdzięcza pan w trakcie swojej kariery sportowej?
– Najwięcej zawdzięczam rodzicom oczywiście. Mama zadbała o to, bym dobrze się uczył, a tata dbał o mój rozwój tenisowy.

Z którymi zawodnikami światowego tenisa miał pan przyjemność grać i z jakim rezultatem?
– Będąc juniorem nie miałem przyjemności grać z żadnym zawodnikiem ze światowej czołówki. Dopiero w seniorach miałem okazję zmierzyć się z najlepszymi na świecie. Grałem na Challengerze w Tulsie z Andym Roddickiem. Przegrałem 4:6, 5:7 mając szansę na drugiego seta przy prowadzeniu 5:4, 40:15 przy moim serwisie. Wygrałem z Martinem Verkerkiem na Chellengerze w Szczecinie 7:6 w trzecim secie, który półtora roku później był w finale Roland Garros. Przegrałem z Tomym Robredo w pierwszej rundzie Prokom Open 2:6 6:2 2:6 grając przez osiem gemów najlepszy tenis w życiu. W końcu grałem z Janko Tipsarevicem (pogromcą Safina w tegorocznym Rolandzie) 4:6 w piątym secie podczas meczu Davis Cupa w Jugosławii. Nigdy nie przegrałem z Mariuszem Fyrstenbergiem, Marcinem Matkowskim i Łukaszem Kubotem. Mimo, że nie raz miałem okazję stawić czoła ich grze.

Który z graczy światowego tenisa był pana idolem?
– Ceniłem Peta Samprasa, za wspaniały serwis, doskonały wolej i forhend. Michaela Changa za duchowość, waleczność, ruchliwość i szybkość. Stefana Edberga za bycie dżentelmenem na korcie niezależnie od okoliczności, wspaniały serwis, kick i doskonały wolej. Patricka Raftera za siłę fizyczną i bezkompromisowy styl gry.

Był pan wielokrotnym mistrzem Polski, w swoich najlepszych latach 2000-2001 odniósł pan wiele sukcesów, dlaczego nie udało się panu awansować do setki najlepszych graczy na świecie?
– Było to zawsze moim marzeniem. O awansie do pierwszej setki marudziłem już jako 12-to latek. Gdy byłem już dość blisko realizacji snów, zabrakło mi pieniędzy na starty i zdrowia. Zdecydowałem się na studia w Stanach, aby mieć możliwość dalszej gry pod okiem dobrego fachowca. Gra na twardych nawierzchniach uszkodziła jednak dość poważnie moje kolana i marzenie o wielkich sukcesach prysło.

Czy po zakończeniu kariery sportowej od razu pan wiedział, że zostanie trenerem młodych adeptów? Co pana do tego skłoniło?
– Natychmiast zacząłem o tym marzyć. Czymś trzeba było zastąpić sen o pierwszej setce. W USA zatęskniłem bardzo za Polską i natchniony atmosferą uczelnianej drużyny tenisowej chciałem rozwijać innych, aby mieli szansę osiągnąć to, czego mi się nigdy nie udało. Po za tym na niczym innym nie znam się tak dobrze jak na tenisie. To w połączeniu z głodem sukcesu daje dość dobrą mieszankę zasilającą entuzjazm i pasję.

Skąd wziął się pomysł założenia własnej szkoły tenisowej?
– To chyba najlepszy model biznesu dla trenera. Najważniejsza jest swoboda w ustalaniu i realizowaniu programu szkolenia. Mogę robić rzeczy po swojemu, ucząc się przy okazji na własnych błędach.

Czy zgodzi się pan z twierdzeniem, że tenis jest drogim sportem i uprawiają go dzieci, którzy mają bogatych rodziców?

– Szkolenie jest drogie, sprzęt jest drogi, wyjazdy na turnieje są jeszcze droższe. Można korzystać z pomocy klubów i PZT, choć jest to pomoc mocno ograniczona. Pozostają sponsorzy i rodzice. Moim trenerem był mój tata, więc wydatki na szkolenie miałem z głowy. Na wyjazdy i sprzęt trzeba było zarobić. Ogólnie dla chcącego nic trudnego, choć dla mniej zamożnych rodzin może to być bardzo trudne.

Obecnie zajmuje się pan trenowaniem młodych zawodników, czy bierze pan jeszcze udział w jakiś turniejach tenisowych bądź meczach charytatywnych?
– W tym momencie gram bardzo mało w turniejach. Kariera trenerska w dużej mierze wyklucza możliwość jednoczesnej gry zawodniczej. Poza tym zdrowie już nie te. Ostatnio wystartowaliśmy z tatą w turnieju amatorskim Family Cup. Było to jedyne odstępstwo od tej reguły.

Kto według pana ma największe szanse wygrać wśród mężczyzn tegoroczny French Open?
– Wygrał Nadal - najbardziej konsekwentny i najlepiej przygotowany fizycznie zawodnik świata. Jego technika nie pozwala mu na zbyt efektywną grę w ataku, ale w obronie i kontrataku nie ma sobie równych. Ma doskonałą grę na Federera, która uniemożliwia mu ataki mocno rotowanymi zagraniami do backhandu. Zobaczymy jak wypadnie rewanż na Wimbledonie. Myślę, że tam Roger znowu pokaże, na co go stać.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.