Pozycja materiału w rankingach:
Krystyna Feldman opowiada w monodramie o Krystynie Feldman, kobiecie i aktorce. Premiera „I to mi zostało” za dwa dni na Scenie Trzeciej Teatru Nowego w Poznaniu.
– Umówmy
się na początek, ja tego monodramu nie gram, nie udaję dziecka, którym
byłam we Lwowie i Krakowie, nie udaję siebie sprzed lat. Tylko jestem
naprawdę. To taka spowiedź dziecięcia wieku.
Na scenie, a nie w konfesjonale?
– Może być nawet w
garderobie, może w moim prywatnym mieszkaniu. To zależy od widza, gdzie
zechce mnie zobaczyć. Nie ukrywam, że bardzo się boję tego
przedstawienia. Nie wcielam się w żadną postać, nie buduję roli.
Natomiast odkrywam się przed publicznością, dotykam granic prywatności.
Chcę być szczera, ale zależy mi jednak na tym, by nie przekroczyć
granic ekshibicjonizmu. 
No właśnie, co – korzystając ze słów z tytułu przedstawienia – pani „zostało”? Co się kryje pod tajemniczym „to”?
–
Za tym „to” kryją się małe i duże sprawy. To, że nie spóźniam się na
próbę, bo tego mnie w teatrze nauczono. To, że mamusia wpoiła mi, iż w
niedziele i święta trzeba chodzić do kościoła. To, że nie umiem
gotować, bo mamusia sama nie umiała. Mam w swoich zbiorach taką
fotografię z okresu krakowskiego, na której widać mnie jako trzylatkę
siedzącą w głębokim fotelu z głupią miną. I to mi zostało, głupie miny.
Mogłabym tak jeszcze długo wymieniać, ale obawiam się, że nie wolno do
końca zdradzać wszystkiego, o czym jest ten monodram.
Aktorzy zwykle chronią swoją prywatność. Skąd u pani potrzeba takiej „spowiedzi”?
–
Chcę opowiedzieć o sobie, o kimś z pokolenia, które odchodzi. Proszę
pamiętać, że wychowałam się w wolnej Polsce, w duchu patriotyzmu,
cokolwiek to dzisiaj znaczy. Chcę mówić o Polsce, która minęła, czyli
PRL-u. Dlaczego okłamywano społeczeństwo. Dlaczego milczano o Katyniu.
Dlaczego – przepraszam – do jasnej cholery wpisali mi do dowodu, że
urodziłam się w ZSRR? Dlaczego nas ze Lwowa wygnano? To nie jest
nienawiść, bo nie można się w nienawiści zagrzebywać. Chciałabym
powiedzieć młodym ludziom, aby nigdy nie dawali się nikomu okłamywać,
żeby się nie bali, jak ich dziadkowie, rodzice... Mam ochotę o tym
wszystkim powiedzieć, jak ja to widziałam i odczuwałam, bez patosu i
wielkich słów. Jaka wtedy byłam.
Jaka pani była w tamtych czasach?
– Nie dałam się
zastraszyć podczas okupacji. Nie bałam się za PRL-u. Nigdy nie
brakowało mi odwagi. Do partii się nie zapisałam i nikt mi z tego
powodu głowy nie urwał. Nie ukrywałam, że jestem Polką, lwowianką,
wierzącą i praktykującą katoliczką. Ale nie dostałam też orderu
chlebusiowego.
Zapowiada się poważna rozmowa z publicznością.
– Ze mną?
Nie, ze mną nigdy nie jest smutno. Lubię się pośmiać sama z siebie. Nie
będę głosić „urbi et orbi”. Chcę opowiedzieć o tym, jak było, jak tę
rzeczywistość postrzegałam, jaka byłam ja... To nie jest rzecz o
aktorce, ale o człowieku, chociaż będzie także o teatrach, po których
się obijałam.
Do którego okresu w swoim życiu wraca pani najchętniej?
–
Do dzieciństwa, bo było cudowne, chociaż ojca nie pamiętam. Do Lwowa,
gdzie debiutowałam i gdzie wspaniałą kartę zapisał mój ojciec Ferdynand
Feldman. Tę anegdotę znam tylko z książek. Wyczytałam, że po Lwowie
krążyło powiedzenie: „Będę miał dobry dzień – spotkałem Feldmana”. I to
mi także zostało. Zdarza się, że w tramwaju podchodzą do mnie nieznani
ludzie, witają, ściskają i mówią: „Pani Krysiu, cieszę, się, że panią
widzę. Będę miał dobry dzień”. Inni nazywają mnie „poznańską królową”,
która przynosi szczęście. Brzmi to prawie jak przesąd. Wracając do
ojca, niestety, ze smutkiem muszę stwierdzić, że młode pokolenie
kolegów nic o nim nie wie. Kiedyś pytałam na planie aktora tuż po
szkole, ale on nawet o nim nie słyszał.
Czy młodzi aktorzy chcą słuchać?
– Bo ja wiem? Może chcą,
ale... Oni chcą błysnąć, zarobić szybko dużo pieniędzy i dobrze żyć.
Może ich krzywdzę, bo są i tacy, którym zależy na sztuce. Nie mówię, że
ten ich świat jest gorszy, niż mój. Jest inny.
Przez wiele lat mówiło się o Krystynie Feldman, że jest „królową
drugiego planu”. Co się w pani zmieniło po „Nikiforze”, po wielkiej
roli życia?
– Warto było na nią czekać. Dała mi wielkie
zadowolenie, satysfakcję i poczucie, że nie na darmo była ta droga
epizodów. Miałam pokorę i mam ją do dziś. Nic mi nie uderzyło do głowy,
może dlatego, że te sukcesy spadły na mnie w późnym wieku.
Od samego
początku zgodziliśmy się z Krzysztofem Krauzem [reżyser filmu „Mój
Nikifor”], że Nikifora nie wolno grać. Nikiforem trzeba być. Gdybym nie
znalazła w sobie Nikifora, człowieka nawiedzonego, pełnego,
spełnionego, który nie zwracał uwagi na brud, chociaż ja jestem
czyścioszka, nie byłoby takiej postaci. On miał swój świat.
Pani ma też swój świat.
– A mam.
„Sprzeda” go pani w monodramie?
– Nie. Mój świat nie jest na sprzedaż. Pozwolę go tylko – od czasu do czasu – pooglądać.
Rozmawiał Stefan Drajewski
Zobacz także:
Europa w "Euphorii"! Szwecja wygrywa Eurowizję 2012 [YouTube]
(odsłon: +1662)