Pozycja materiału w rankingach:
Ze znaną aktorką rozmawiamy o futrze z norek, jej teatrze, rozbudowie, spektaklach i marzeniach o domu z Toskanii.
Pomylę się, jeśli powiem, że większą przyjemność niż futro z
norek sprawiłoby Pani teraz pozwolenie na rozbudowę prywatnego teatru
Polonia w Warszawie?
Gdy dwa lata temu kupiła pani to upadłe kino i powiedziała, że
stworzy tam prywatny teatr, ludzie zastanawiali się po co to pani.
Gdyby cofnąć czas, stanęła by pani jeszcze raz do przetargu o tę ruinę?
- Szczęśliwie nie wiedziałam, co mnie czeka, bo gdybym wiedziała,
dzisiaj pewnie bym się wahała. Ale cieszę się, że nie wiedziałam...
- By otworzyć ten teatr sprzedała Pani dom w Warszawie i zainwestowała rodzinne oszczędności. Warto było?
- Nie potrafię odpowiedzieć. Teatr działa od roku tylko z małą sceną
zorganizowaną w wyremontowanym w pierwszej kolejności holu. Nie jest
opłacalny, bo nie może być przy tak małej widowni, a my przecież nie
mamy żadnej dotacji. Utrzymujemy się i produkujemy nowe rzeczy z
wpływów z biletów. W tak krótkim czasie teatr zyskał jednak renomę,
jest o nim głośno, ma już swoją wierną i gotową na wszystko publiczność
i przynosi wiele, wiele radości. A finansowo? No przecież wszyscy
wiedzą, i ja wiedziałam, że teatr to niepewny i niedochodowy interes
generalnie. Gdybym myślała o tym wszystkim jak o interesie,
otworzyłabym spółkę z o.o, a utworzyłam fundację. Fundacja prowadzi
teatr, to główny cel statutowy fundacji, a jak wiadomo fundacja musi
„wyjść na zero”, co przy czterech, pięciu produkcjach teatralnych
rocznie będzie prawdziwym wyczynem i sukcesem.
- Ile do tej pory ten teatr kosztował?
- A czy musimy o tym mówić? To wywiad do specjalistycznej zajmującej się pieniędzmi gazety?
- W takim razie ile jeszcze potrzeba, by doprowadzić teatr do takiego stanu, jaki sobie Pani wymarzyła?
- Jeszcze trochę... Wyposażenie kosztuje dużo. Mamy w tej chwili
część sprzętu oświetleniowego i dźwiękowego, ale brakuje nam masy
rzeczy, które są niezbędne, by teatr działał. Pewnie wiecznie trzeba
nam będzie czegoś nowego, przy każdej nowej produkcji. Budujemy i
wykańczamy najtaniej i najskromniej, jak się da. Funkcjonalnie, prosto,
bez luksusów. Zresztą teatr, o jakim myślę, nie jest dla ludzi, którzy
przychodzą się rozsiąść w fotelu i postawić nogę na dywanie. Kiedy
publiczność na początku narzekała na nasze pierwsze krzesła na małej
scenie, kupione po 28 złotych, bo na tylko takie nas było stać, mówiłam
im, że na dużej będą podobne, bo nie o to chodzi, by siedzieć wygodnie,
tylko o to, żeby zapomnieć na czas spektaklu o drobiazgach. Zresztą
kupiliśmy na małą scenę, w tzw. „międzyczasie”, krzesła wygodniejsze,
ku uciesze naszych stałych widzów.
Nie jest łatwo zbudować dom, ale z teatrem pewnie jeszcze
trudniej. Ale w Pani przypadku nazwisko Janda pewnie otwierało
wszystkie drzwi?
– Pracuję 30 lat w tym zawodzie, jestem aktorką rozpoznawalną i
kojarzącą z sukcesem artystycznym, lubianą. Okazuje się, że do
jakiegokolwiek biura, urzędu, magazynu, sklepu, firmy, bym nie
przyszła, zawsze znajdzie się ktoś, kto widział mnie w teatrze lub w
filmie i… albo się wzruszył lub śmiał, albo go zdenerwowałam w jakiejś
roli. W gruncie rzeczy wszędzie jest ktoś, kto stara mi się ułatwić
zadanie, pomóc, doradzić. A czasem trafiam na kogoś, komu naprawdę
jakąś rolą ukradłam serce i to dopiero jest „przyjemność”.
- Kiedy teatr zacznie na siebie zarabiać?
Zarabia już, nie przynosi zysków i nie zarabia wystarczająco, aby
pokryć wszystkie koszty stałe i nowe produkcje. Ale wiemy już dziś, że
jak otworzymy dużą salę, utrzyma się. Ludzie przychodzą, kupują bilety,
publiczności jest z nami dobrze i deklarują dalej być z nami. A włożone
pieniądze? Ich odzyskanie? Nie wiem, to są jednak chyba za duże
pieniądze, by się zwróciły za mojego życia... Zresztą… stworzyłam nowe
miejsce w Warszawie, miejsce pracy i pole do spełniania marzeń
artystycznych dla wielu, nie tylko dla siebie.
Repertuar, który Pani proponuje nie jest łatwą komercją. Na
małej scenie wystawia pani kobiecą literaturę środkowoeuropejską,
związaną z wojną, mediami, komunizmem, wyzwoleniem. Dotowane teatry
często narzekają na nadmiar wolnych miejsc...
– ...bo tam jest czasem nudno! Wystawiamy trudną literaturę, ale w
każdej z tych sztuk jest jakiś „hak”, coś co publiczność przyciąga.
Albo jest to Kasia Figura, która gra świetnie, albo to „Darkroom”,
gdzie opowiada się historię przyjaźni dziadka z Radia Maryja i geja,
albo Ewa Kasprzyk, bardzo lubiana przez publiczność, teraz Natasha
Brook, która prowadzi próby do „Trzech sióstr” Czechowa w bardzo
interesującej obsadzie ….
Albo widz zagra sam, bo dostanie od Pani fragment roli i musi wyjść na scenę?
– No właśnie, choćby mój „Skok z wysokości” . Okazuje się, że
publiczność lubi interaktywny teatr, bardzo chętnie daje się w to
wciągać. A tak się bałam tego przedsięwzięcia. 27 widzów dostaje role i
„gra” razem ze mną. Te wieczory są szampańskie.
A jeśli jednak nagle się okaże, że ta inwestycja Panią przerasta – to sprzeda pani teatr?
- Fundacja Krystyny Jandy na rzecz Kultury, jak każda fundacja,
podlega i rządzi się ściśle określonymi przepisami prawnymi. To zawsze
będzie teatr fundacji, a sala, która jest co prawda moją i mojej
rodziny własnością, jest łącznie z wpisem w księgach przeznaczona na
działalność teatru. Ministerstwo i instytucje rozpatrujące dotacje dla
nas zażądali takich dokumentów i gwarancji. Nie zrobię z niego ani
supermarketu, ani nie sprzedam. Jeśli nie wyjdzie, poprowadzi ten teatr
ktoś inny, a ja będę tylko prezesem fundacji, jak i teraz.
Gwiazda, taka jak Pani, powinna już odcinać kupony od tego co
osiągnęła w życiu, a pani zawija rękawy i idzie do robotników, by
doglądać jak mieszają zaprawę murarską.
- Nie, to mój mąż idzie sprawdzić, jak to się miesza. To mój mąż
prowadzi remont i buduje ten teatr. Mam świetnego dyrektora teatru,
pana Romana Osadnika, to on z kolei prowadzi, organizuje prace w tym
teatrze i wszystko, co jest związane z produkcjami i organizacją. Ja
zajmuję się stroną artystyczną, ale mój temperament nie pozwala mi nie
wkładać nosa wszędzie, łącznie z gruszką, w której się miesza beton. To
taka natura, taka karma, jak mówię w jednej z ról. Jedni coś robią,
inni odcinają kupony, a jeszcze inni nie robią nic. A poza tym nie chcę
marnować moich ostatnich zawodowych lat, chcę żyć interesująco, jestem
w świetnej formie. Zawsze byłam aktorką, która pracuje świadomie.
Zawsze wiedziałam, co chcę grać, jak chcę grać i dlaczego chcę grać.
Ostatnio miałam różne przygody artystyczne, także jako reżyser.
Zrobiłam ten teatr także po to, by odzyskać poczucie godności.
Odzyskała pani?
- Tak. Choć mam wiele kłopotów. Cieszę się z tego teatru jak
dziecko. Gra w nim wiele młodzieży, powstają rzeczy, które podobają się
publiczności. Jestem zadowolona, choć nie ukrywam, że nie jest to
wszystko łatwe, szczególnie teraz, kiedy remont zajmuje lwią cześć
czasu, wysiłku i pieniędzy.
Kiedyś marzyła Pani, by kupić dom w Toskanii i tam osiąść. Co zostało z tych marzeń?
- Gdy zdecydowałam się na teatr, wiedziałam, że tracę tę szansę i się z tym pogodziłam.
Zobacz także:
Sortuj komentarze:
Mir Nalezińskí 30.12.2006 08:06
Tytuł prawdziwy, nawet u Majewskiego bywa co tydzień...
Europa w "Euphorii"! Szwecja wygrywa Eurowizję 2012 [YouTube]
(odsłon: +1662)