Facebook Google+ Twitter

Kryzys jego mać

Coraz częściej słychać o „brzydkim słowie na k”. I to nie w kontekście rozwiązłości językowej Polaków, ale tego co dzieje się z gospodarką. Sęk w tym, że rozszerzania się „k” na cały niemal świat rodzimi ekonomiści dostrzec chyba nie chcą.

Tłumaczenie, że rośnie co, rosnąć powinno, że spada, co spadać miało i utrzymuje się na przyzwoitym poziomie to, co wahać się nie miało, mnie osobiście nie przekonuje, jak i coraz większej rzeszy ludzi, nie tylko publicystów, specjalistów ale i szarego Kowalskiego (i Kowalskiej, rzecz jasna). Wszelkie wskaźniki czy prognozy są w stosunku do stanu aktualnego nieco opóźnione, o czym mogliśmy się przekonać, gdy rząd, instytucje finansowe i organizacje międzynarodowe kilka tygodni temu cięły nam w najlepsze przyrost PKB. I tną dalej. Sprowadzanie problemu skutków światowego kryzysu gospodarczego w Polsce do tabelek i prognoz ekonomistów (dzięki którym mamy przyjemność mieć do czynienia z kryzysem, choć akurat wina polskich finansistów jest tu minimalna, za co dziękuję im serdecznie) jest uproszczeniem nader szkodliwym. Znaczna część ekonomistów wydaje się kurczowo trzymać liczb, które to liczby (choć błędne), przyczyniły się do powstania kryzysu, który bagatelizujemy za pomocą… liczb. A kto zagwarantuje, że i te nie są błędne?

Zresztą wystarczy obejrzeć się dookoła, żeby zobaczyć, jak się brzydkie słowo dobrze w Europie miewa. Polska nie jest zamknięta w szklanej bańce, nie jest za żelazną kurtyną. Jedna czwarta spółek handlowych w naszym kraju posiada kapitał zagraniczny. O globalnej wiosce już chyba wielu zapomniało. A w wiosce przepływają nie tylko plotki, ale też choróbska. Skoro kryzys jest tam, będzie i tu. Większy, mniejszy, ale będzie. I nie ma co się łudzić mocnymi fundamentami polskiej gospodarki, które w ustach wielu komentatorów, specjalistów i znawców zdają się być panaceum na otaczający nas huragan. Dociera już on do nas i pora odpowiedzieć sobie na zasadnicze pytanie: co nam po samym fundamencie?

Czarowanie opinii publicznej „spowolnieniem”, „fundamentami” i innymi zabiegami retorycznymi w konfrontacji z coraz bardziej ponurą rzeczywistością wygląda wręcz śmiesznie. Może nie ma masowych demonstracji, pustych półek, kilometrowych kolejek, ale tego kryzysowi nie trzeba. Zbliżają się masowe redukcje zatrudnienia, do niektórych już dotarły i temu nikt zaprzeczyć nie śmie. Wkład własny w wysokości 40 proc. w przypadku kredytów hipotecznych, o którym szeroko informowały media przestaje przerażać, kiedy widzi się dzisiejsze wymagania banków. O ile jeszcze jakiekolwiek wymagania są, bo większość klientów jest po prostu odprawiana z kwitkiem. Część z nich to inwestorzy, na których opiera się polski wzrost gospodarczy.

Skutki światowego kryzysu nie pojawią się w Polsce z dnia na dzień. One już się nad Wisłą ujawniają. Nie rozumiem więc, dlaczego trzeba z czymś walczyć dopiero, gdy ukaże się w całej okazałości. Czyż nie lepiej wykonać ruch poprzedzający i zająć się prewencją? Pierwsze echa o zabiegach polskiego rządu pozwalają z nieco większą dozą optymizmu patrzeć w przyszłość. Jak na razie jednak walka ze spowolnieniem gospodarczym (niezaprzeczalnym) czy kryzysem (wielce prawdopodobnym) ogranicza się do wyszukiwania stosownych eufemizmów. Dość więc semantycznych szarad, bo kryzys tuż za rogiem!

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.