Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

24023 miejsce

Krzysztof Hoffmann: Jestem trochę jak kot z kolejnymi wcieleniami

Był hotelarzem, kierownikiem w biurze podróży, murarzem na emigracji, pracownikiem biurowym, kierowcą ciężarówki, sprzedawcą przeróżnego badziewia, ale cały czas największą jego pasją było to, co na wschód od Warszawy. Z tej pasji zrodziła się ostatecznie Fundacja Kresy-Syberia, którą współtworzył oraz wirtualne muzeum. Podróżuje, pisze, filmuje... Poznajcie bliżej Krzysztofa Hoffmanna, Dziennikarza Obywatelskiego 2012 Roku.

Krzysztof Hoffmann / Fot. Bartek Syta, PolskapresseLidia Raś: „Dziennikarzem Obywatelskim 2012 Roku został Krzysztof Hoffmann” – usłyszeliśmy 6 marca. Kim jest prywatnie tajemniczy laureat tej nagrody, piszący pod pseudonimem Yan. Holtz?
Krzysztof Hoffmann: Wcale nie taki tajemniczy… Chociaż trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie
Jestem trochę jak kot, z jego siedmioma życiami i kolejnymi wcieleniami, często zresztą sprzecznymi ze sobą. Jako dwudziestoletni chłopak myślałem o tym, żeby skończyć studia i wyjechać do Kazachstanu, uczyć polskie dzieci historii. Nigdzie oczywiście nie wyjechałem, w każdym razie nie trwale. Organizowałem za to wyjazdy innym. Mając lat 22 i licencję pilota wycieczek założyłem firmę zajmującą się spełnianiem zwietrzałych marzeń. Było to oczywiście niszowe biuro podróży ze specjalizacją na wskroś wschodnią, specjalizujące się w podróżach na dawne Kresy, do Rosji i wszędzie tam, gdzie na Wschodzie pozostały wspomnienia - z tych czasów pozostało mi do dziś jeszcze trochę długów i cała masa starszych ode mnie o sześćdziesiąt lat przyjaciół. Biznes prosperował świetnie przez trzy pierwsze lata, następnie zaś zawalił się z wielkim hukiem - widać bardziej od zarabiania pieniędzy wychodziło mi wydreptywanie zapomnianych szlaków i sprawianie przyjemności starym ludziom. Przez kolejne lata moje CV wzbogaciło się o doświadczenia podrzędnego hotelarza, kierownika w komercyjnym biurze podróży, murarza na emigracji zarobkowej, pracownika biurowego, kierowcy ciężarówki,
pracownika fizycznego, sprzedawcy przeróżnego badziewia, ludzkiego trybiku w paru bezdusznych korporacjach… W jednej z nich wytrzymałem prawie całe trzy miesiące, co poczytuję sobie za wielki sukces.

Studiował Pan historię, ale nie został "rasowym historykiem", bo jak Pan mówi "za bardzo goniło Pana w świat, czyli „na wschód od Warszawy”. Skąd to zainteresowanie Wschodem?
Moja pierwsza podróż na Wschód to był rok 1992 a więc chwilę po tym, jak runął Związek Sowiecki. To była licealna wycieczka, w drugiej czy trzeciej klasie, jechaliśmy tam jednak nie tylko turystycznie, lecz przede wszystkim realizując pewną misję. Kończyłem warszawskie liceum im. Juliusza Słowackiego, naturalną więc rzeczą dla mojej polonistki, świętej pamięci nieodżałowanej dr Barbary Grabowskiej, było odwiedzenie miejsc związanych z szacownym patronem szkoły, teraz, gdy już wreszcie można tam było bez większych problemów pojechać. Nie bez znaczenia był również fakt, iż spora część naszych nauczycieli miała – jak się okazało - kresowe czy też okołokresowe korzenie – cała ta wycieczka ciągnęła więc ze sobą jakieś nieprawdopodobne ilości podarków, prezentów, pomocy dla rodaków zza wschodniej granicy i najrozmaitszego drobiazgu. Dziś takie rzeczy są dla wszystkich oczywiste i nie robią już wrażenia, działają przeróżne fundacje i organizacje, wtedy to jednak była sprawa nowa. Niewielu też na początku lat dziewięćdziesiątych mogło pochwalić się spenetrowaniem terenów byłych Kresów Wschodnich, podróżowanie po ZSRR w poprzednich kilkudziesięciu latach podlegało przecież ścisłej reglamentacji. Czuliśmy się więc trochę jak wikingowie, wkraczający na nieznaną ziemię. W końcu miejsca te znaliśmy wyłącznie z opowieści babć i dziadków czy starych pocztówek i zdjęć. I wyłącznie w romantycznej sepii. Teraz zaś mieliśmy je zobaczyć w kolorze, w brutalnym świetle zwykłego dnia

Jakie były pierwsze wrażenia ?
Straszne. Brud, smród i przeraźliwe ubóstwo. Hotel, w którym zamieszkaliśmy we Lwowie wyglądał tak, jakby padł ofiarą nalotu bombowego, wszędzie walały się śmieci, ludzie zaś na ulicach sprzedawali co popadło, komu popadło i za ile się tylko dało. To były niespokojne czasy, chyba idealne dla wszelkiego rodzaju cwaniaczków i kombinatorów – kto wówczas chciał i miał pomysł, mógł w krótkim czasie zgarnąć solidny majątek. Pamiętam dom handlowy, do którego wybraliśmy się z kolegami w poszukiwaniu upragnionych Zenitów – nie było w nim, naturalnie, żadnych Zenitów, nie było w nim nic praktycznie oprócz marynarek w pepitkę, czarnych golfów i koszmarnych, futrzanych papach. Naturalnie przywiozłem wtedy zarówno golf, jak i marynarkę oraz papachę – wszystko razem kosztowało coś około dwóch dolarów. W przeliczeniu oczywiście na karbowańce czyli poprzednika aktualnej ukraińskiej waluty. Karbowańce zastąpiły w pierwszych dniach po upadku ZSRR sowieckiego rubla i nie miały praktycznie żadnej wartości nabywczej, nominalnie zaś szły w miliony, setki milionów. Wtedy po raz pierwszy, mając siedemnaście lat, poczułem zażenowanie światem i tym, jak jest urządzony. Przed wejściem do Ławry Poczajowskiej dałem żebrakowi dolara. Pocałował mnie za to w rękę. Poczułem się wstrętnie, wyrwałem mu tę rękę i poprzysiągłem sobie, że już nigdy nie wrócę do tego kraju, pełnego betonowych Leninów, czołgów, kurzu i rzeczy, których nie pojmuję.
Słowa naturalnie nie dotrzymałem. Już w połowie lat dziewięćdziesiątych, jako świeżo upieczony student wybrałem się tam ponownie, poszukując … Diabli wiedzą czego, tak naprawdę szukałem. Może informacji ? Może inspiracji ? Dość na tym, że spakowałem plecak, wsiadłem w PKS i pojechałem na Podole oglądać twierdze kresowe. Snułem się tam blisko trzy tygodnie – i wtedy zaskoczyło. I trwa już – z przerwami – prawie dwadzieścia lat.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (21):

Sortuj komentarze:

Panie Krzysztofie, dziękuję za odniesienie do wątku, jaki podjęłam w komentarzu.
Bardzo miło wspominam swoje wizyty w VII LO w Warszawie, jak również cenię osoby, które tam poznałam.
Możliwe, że kiedyś gdzieś się spotkaliśmy istotnie... bo uroczystościom lecia towarzyszą tłumne zgromadzenia - w nich spotykają się ludzie nawet tego nie odnotowując w pamięci. Możliwe, że mamy wspólnych znajomych...
Uczestniczyłam w kilku zbiorowych spotkaniach - z okazji odsłonięcia pomnika Słowackiego na placu Bankowym w 2001 r. oraz w grudniowej gali z okazji nadania auli szkolnej imienia Heleny Kasperowiczowej w 2007 r. Z tego, co wiem w upływającym roku również w grudniu szkoła obchodziła 90-lecie.
Z warszawską delegacją zlotową w 2009 roku dzieliłam trudy podróżowania do Krzemieńca - razem zamieszkaliśmy w chacie na stoku góry Bony u niezwykle sympatycznej krzemieńczanki.
Ciekawa jestem, czy w przypadku tych młodych ludzi pobyt w Krzemieńcu też zaowocuje szczególnym przywiązaniem do Kresów.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Chyba winna jestem słowo.

Panie Krzysztofie,zdradzę dlaczego tak b. zachwycił mnie rok temu tekst za który otrzymał Pan ten dyplom.
Otóż odniosłam wrażenie, że Pan przeżywa to co pisze, przeżywa to co obserwuje, identyfikuje się Pan ze swoją pracą i podróżami, dlatego tak wspaniale je Pan opisuje. Również w komentarze pisze Pan jednorazowe, i ja odczytuję w ich co Pan czuje pisząc je jakby całym sobą.

Z tego też względu nie zrozumiałe są dla mnie zarzuty pod adresem Redakcji o lansowanie Pana.

A zresztą, nawet jeśli redakcja ułatwia popularność , to z całą pewnością nie czyni tego z kiepskim tekstem.
Przecież byłoby to właśnie wbrew biznesowi, na który się tu powoływano.

I na koniec miałabym pytanie, którego chyba nie ma w rozmowie z Lidią?
O skojarzenie pseudonimu. Dlaczego pseudonim? Dlaczego akurat taki? i skąd taki?

Czyżbym coś na /t przegapiła?
Pozdrawiam
B.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Pozdrawiam serdecznie Krzysiu:)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Miłe Panie, panie Marku,
Pięknie dziękuję za te dobre słowa. Wschód to faktycznie nieskończone źródło inspiracji. Ale też pięknego czasu, wzruszeń, przyjaźni i rzeczy, które trudno zapomnieć. Cieszę się, że mam możliwość dzielenia się z Wami tym, co tam widziałem.

@Adriana Adamek-Świechowska : może zatem spotkaliśmy się tam kiedyś, np na 80-leciu ?

@Ewa Krzysiak: Ewuniu i ja Cię gorąco pozdrawiam :-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Prawdziwy z pana człowiek orkiestra panie Krzysztofie!

Wschód to ten region świata, który przyciąga, jak magnez i zarazem "przestrasza".

Należy panu przyznać, że ciekawe pan sobie hobby wybrał, nie omieszkam panu pogratulować i troszkę pozazdrościć.

Jeszcze raz proszę przyjąć serdeczne gratulacje dla DO2012.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Bardzo interesujący wywiad z ciekawym człowiekiem. Miło jest poznać nagrodzonego DO roku 2012.
Bardzo dobrze, że serwis W24 prezentuje ludzi tu piszących, przynajmniej wiem kto kryje się pod tym tajemniczym pseudonimem (dziennikarz roku).
Gratulacje dla Pana K. Hoffmanna za interesującą działalność kresową i "lekkie pióro" .

Komentarz został ukrytyrozwiń

I już wiem coś więcej o DO 2012 :)

Yan. Holtz pozdrawiam serdecznie...nawet gorąco :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

@Krzysztof Krzak

Dzięki - i również pozdrawiam :-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Z przyjemnością i wielkim zainteresowaniem przeczytałem ten wywiad. I pozdrawiam serdecznie Pana Krzysztofa!

Komentarz został ukrytyrozwiń

@Andrzej Chorążewicz

Miły Panie,

Zawsze z niekłamaną radością i przyjemnością czytam Pańskie komentarze pod moimi (i nie tylko moimi) tekstami. Diabła tam - z przyjemnością czytam : ja na nie niecierpliwie czekam ! Od dnia, kiedy odważyłem się zadebiutować w prowadzonym przez Pana (przy nieznacznym udziale Redakcji oraz innych użytkowników) serwisie link towarzyszy mi Pan bezustannie, jak nemezis, jak czarny cień, jak ropiejący wrzód na tyłku, usiłując mnie obrazić, upokorzyć czy zakwestionować wartość mojej pracy albo moją w ogóle. Gdy zaś to nie skutkuje, nazywa mnie Pan kosmitą. Jakby wciąż nie mógł dostrzec Pan, iż pracuje tu w tle niezawodny mechanizm, znany wszystkim dobrze, ot choćby z "Kubusia Puchatka" : "Im bardziej Prosiaczek zaglądał do norki, tym bardziej Kubusia tam nie było ...". Bo ja naprawdę z radością i podnieceniem czekam na Pańskie wypowiedzi. Dzisiejszą zaś wzruszył mnie Pan do łez. Płakałem tak długo i rzewnie, że rozbolał mnie nos.

Ad rem. Tekst powyższy ukazał się w serwisie po godzinie dziewiątej. Czekam zatem. Mija dziesiąta i nic. Dziesiąta trzydzieści, jedenasta - wciąż nic. Za piętnaście dwunasta zaniepokoiłem się, zaś w południe byłem już mocno przestraszony. Coś się Panu stało ? Osłabł Pan ? Zasłabł ? Stracił wiarę ? Wreszcie - JEST ! 12.12 ! Uf. Żyw człowiek zatem, chwała Najwyższemu ...

Czytam więc - i płaczę ze szczęścia. Wiesz Pan, czemu płaczę ? Toć to proste - każdy, kto pisze, robi to przecież z nadzieją, że znajdzie się jakiś odbiorca. Wróć. Z tym pisaniem różnie to bywa, zatem : każdy, kto PUBLIKUJE. Publikuje z myślą, że go ktoś przeczyta. Rzeczą bodaj najgorszą dla każdego autora jest chwila, kiedy jego dzieło przemija bez zauważenia. O czym kto, jak kto, ale Pan, autor bodajże kilku (może kilkunastu lub kilkuset) tysięcy publikacji, wie przecież najlepiej.

Zatem ja, pojawiając się znienacka, nie wiadomo skąd (z Kosmosu), uzyskuję już od pierwszych moich chwil w Pańskim portalu, oddanego i wiernego Czytelnika. Jest ze mną zawsze i wszędzie, zawsze i wszędzie dorzuci trzy grosze, tu wbije szpilę, tam jedynie draśnie, lub choćby nakicha. I to nie byle kto ! Sądząc po ilości publikacji i nieskończonej liczbie komentarzy, którymi jak gołąbek upstrzył chyba całe W24, to Mistrz Ciętej Riposty ! Gość, który wie wszystko o wszystkim i na każdy temat ma wyrobione (słuszne) zdanie. Versus ja - mały szaraczek i kosmita (choć nie taki już młody, by lansować go jako młody talent). Cóż to za zaszczyt mnie spotkał ? ... Ech, dajcie spokój ludzie, bo - jak pisał znany, polski Klasyk - aż mnie dziś "zatchło" od tych emocji ...

Jeśli więc mogę mieć skromną prośbę, proszę uniżenie : zostań dalej ze mną, drogi mój Cieniu. Zostań i nie opuszczaj mnie nigdy. Spraw, aby moje ego urosło jak balon. Kiedy tylko mi przyjdzie ochota na publikację, komentuj, minusuj i opluwaj. Wyszydzaj, poniżaj i upokarzaj. Rozbieraj na części pierwsze każde moje zdanie i znajduj w nim brak sensu bądź przesłania. Czy choćby przecinka. Możesz być pewien, że nigdy Cię nie zbanuję ani nawet nie usunę Twojego komentarza - jak to zrobiło wielu innych. Widocznie nie byli wzruszeni tak mocno, jak ja. Obiecuję Ci zatem solennie, że pod każdym z moich tekstów jest dozgonne miejsce dla Ciebie. Choćbyś miał wkleić tam listę swych sobotnich zakupów, kwit z magla czy też odę do rannych pantofli : zawsze Cię mile tu widzę i oczekuję.

A teraz już kończę : wzruszenie - wciąż silne - nie pozwala mi pisać. Jeszcze tylko link do pewnej fotografii. Widać na niej okładkę podręcznika, który nawet Mistrzowi Riposty może się okazać przydatny, w każdym razie żaden to wstyd z niego skorzystać. W końcu człowiek, czy młody, czy niemłody, uczy się przecież przez całe życie, sposoby zaś opisane w tej książce mogą być nieocenione w dalszej działalności Pana na link ...

http://img2.demotywatoryfb.pl/uploads/201208/1345724201_4cgfjd_600.jpg

Pozdrawiam i czekam na jeszcze :-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.