Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

13794 miejsce

Krzysztof Starnawski, mistrz nurkowania głębinowego

- Takich, którzy zeszli poniżej 200 metrów, jest na świecie jedenastu – mówi rekordzista. - Tych, co poniżej 250, było czterech. Dwóch nie żyje.

Krzysztof Starnawski / Fot. ArchiwumW schronisku Orle w Szklarskiej jest 24 maja, podobnie jak w całej Polsce. Ale tylko tutaj tego wieczoru pojawia się Krzysztof Starnawski – nurek, który pobił rekord. Niewiele można wyczytać z takiej krótkiej notki. Pada deszcz, góry Izerskie rozmywają się za szybami okien, mężczyzna zaczyna swoją prelekcję. Zastygam niczym przysłowiowy solny słup. Najpierw są zdjęcia plaż Meksyku, potem jaskini pełnej stalagmitów i stalaktytów. Jaskinia jest zalana wodą. Prelegent sukcesywnie sprowadza nas w głąb ziemi.

- Opowiem wam o dwóch projektach – zaczyna. – O jaskiniach Sac Actun i Dos Ojos w Meksyku, pełnych przejrzystej wody, jakiej nie widziałem nigdzie indziej na świecie oraz o jaskini Hranicka Propast w Czechach. Dwie pierwsze mają imponującą długość, jednak próbuję znaleźć łączący je korytarz i tym samym sprawić, aby ciąg okazał się najdłuższą jaskinią podwodną na świecie. Co do jaskini czeskiej – jestem pewien, że jest głębsza, niż się powszechnie uważa. Próbuję to udowodnić.

Sac Actun ma 220 km długości i w tej chwili znajduje się na drugiej pozycji najdłuższych jaskiń Meksyku. Dos Ojos o długości 82 km jest na pozycji trzeciej. Jeśli Krzysztofowi udałoby się połączyć jaskinie, ciąg miałby ponad 300 km, a tym samym wspiąłby się na pierwszą pozycję. Na ekranie pojawia się grafika obrazująca kształt i wzajemne usytuowanie jaskiń. Na końcu jednej z nich jest znak zapytania.

– Nie wszystkie dane publikuję – uśmiecha się Krzysztof. – Całość pojawi się dopiero, kiedy zakończę badania.

Pracę w Meksyku rozpoczął w 2010 r. Wiedział już, że jedną jaskinię od drugiej oddziela tylko 7 metrów, ale nikt nie potrafił znaleźć między nimi korytarza. Krzysztof skupił się zatem na szukaniu alternatywy – i znalazł. Na dnie pierwszej jaskini znajdowało się wąskie przejście, które prowadziło w niewiadomą, jednak w kierunku jaskini Dos Ojos – były zatem szanse, że ten zacisk mógł doprowadzić nurka do sukcesu. Tyle że w tym miejscu jedną jaskinię od drugiej dzieliło aż 100 metrów i to na znacznej głębokości! Potrzebny był odpowiedni sprzęt.

Wąskie gardło znajdowało się na 100 m pod powierzchnią wody. Przebywanie na takiej głębokości przy korzystaniu z butli o obiegu otwartym (pobieranie gazu z butli, wydychanie zużytego do wody) przez kilka godzin oznaczało, że nurek musiał zabrać ze sobą kilkanaście butli. Z taką ilością sprzętu nie miał szans przecisnąć się przez zacisk. Opracował więc pierwszy na świecie dual rebreather (sprzęt o obiegu zamkniętym), który nadawał się do głębokiego nurkowania. Co to znaczy?

- Powietrze zawiera 20 % tlenu – tłumaczy Starnawski. – Podczas oddychania zużywa się 4 %, a resztę wydycha. W czasie korzystania z butli o obiegu otwartym 16 % tlenu i praktycznie cały gaz obojętny się marnuje, ponieważ wydychamy go do wody. W obiegu zamkniętym powietrze o 16-procentowej zawartości tlenu wraca do butli, gdzie jest uzupełniane o brakujące 4 %, po czym wraca do ustnika nurka.

To jest rebreather (z ang. rebreathe – oddychać ponownie). Ale ponieważ dla bezpieczeństwa w nurkowaniu jaskiniowym wszystko jest dublowane, potrzebny był sprzęt z podwójnym obiegiem zamkniętym – czyli dual rebreather. Dzięki temu Krzysztof mógł znacznie zmniejszyć objętość sprzętu potrzebnego mu do eksplorowania jaskiń.

- Teraz mogę spokojnie spędzić pod wodą 18 godzin! – mówi Krzysztof.

Przygotowanie do akcji w Meksyku / Fot. ArchiwumAle sam wynalazek to nie wszystko – zaczynają się żmudne ćwiczenia. Na filmie widzimy, jak nurek uczy się pokonywać z nowym sprzętem zaciski, jak w wodzie zdejmuje część aparatury i przepycha ją przed sobą, a potem sam przygotowuje się na ciasne przejścia. Prawa ręka ponad głową – wycofanie – lewa z przodu – ponowny ruch wstecz, szamotanina, która w rzeczywistości trwa pół godziny. Widownia wstrzymuje oddech – widzowie boją się na samą myśl o takim zacisku w suchej jaskini; ta akcja przerasta ich wyobrażenia o extremum.

I wreszcie sukces – Krzysztofowi udaje się przecisnąć przez wąski lej. Kolejne przejście jest już łatwiejsze. Mężczyzna cieszy się, że następnym razem będzie eksplorował zupełnie dziewicze tereny, że zobaczy coś, czego nikt nigdy jeszcze nie widział.

Nadchodzi długo wyczekiwany dzień. Starnawski na dnie pierwszej studni zdejmuje sprzęt, przekłada go przed sobą i przechodzi w nowy teren. – To są momenty, kiedy człowiek może poczuć się jak Kolumb – mówi mężczyzna.

Nurkowanie trwało 7 godzin, Starnawskiemu udało się wyeksplorować 130 metrów korytarza, ale systemy nadal nie zostały połączone. Do Meksyku nurek niedługo wróci – planuje dwugodzinne działanie na głębokości 100 m, co będzie wymagało około 16 godzin przebywania pod wodą (wiele godzin spędzonych na dekompresji). Mężczyzna opowiada o tym, jak o pracy biurowej – to kocha, więc tym się zajmuje. Ale w rzeczywistości jest to działanie na granicy ludzkich możliwości – których i on sam nie zna.

Jaskinia Hranicka Propast to inny projekt – Krzysztof próbuje udowodnić, że ciek jest głębszy niż się w tej chwili przyjmuje. Pozwala w to wierzyć geologia terenu i fakt, że wody termalne wydobywają się w tym miejscu na powierzchnię z głębokości 600 m. Czeska przygoda rozpoczęła się w 1997 r., nielegalnie. Starnawski wiedział, że jeżeli zwróci się o pozwolenie, prawdopodobnie go nie uzyska i będzie obserwowany. Poszedł więc do jaskini nocą udając, że nie widział tabliczki z informacją „Park Narodowy”. W razie czego miał zgrywać głupa.

Woda w Hranickiej nie jest równie przyjazna jak w jaskiniach Meksyku. Na filmie widać, że brak jej przejrzystości, widoczność wynosi kilka metrów, a przy tym jest w niej rozpuszczony kwas węglowy, który po kilku godzinach powoduje oparzenia skóry twarzy. Nurek jest zdeterminowany. Żeby w takich warunkach zapewnić sobie bezpieczeństwo, trzeba zaznaczyć drogę wyjścia. Krzysztof starannie zakłada więc poręczówki, zwane „nicią Ariadny”.

Schodzi na głębokość 80 m, rozpoznaje teren i wraca na powierzchnię. Rok później schodzi 50 metrów niżej, potem dodaje jeszcze kilkadziesiąt metrów. Wie, że do dalszej pracy musi się przygotować. Do projektu wraca dopiero po 12 latach (2012 r.). Tym razem schodzi na głębokość 221 m. Każda minuta spędzona tutaj to dodatkowa godzina dekompresji. Mężczyzna stara się więc wykonywać pracę sprawnie, a wszystko rejestruje kamerą zamontowaną do kasku – nie ma czasu wszystkiemu się przyglądać, a percepcja w tak niesprzyjającym środowisku jest ograniczona; wszystkie dane będzie dokładnie analizował dopiero na powierzchni.

Na filmie widać dłonie mężczyzny, który w mętnej wodzie przywiązuje do wystającej skały poręczówkę, a potem spuszcza w nieznaną głębinę kilogramowy obciążnik zawieszony na oznaczonej markerami linie. Linka rozwija się, Krzysztof obserwuje: dwadzieścia metrów, trzydzieści, pięćdziesiąt. Sto. Linka nie zwalnia. Radość w Starnawskim rośnie – każdy kolejny metr zbliża go do sukcesu.

Wreszcie przez dłonie śmiga mu marker znaczący 140 metrów, potem wirnik zaczyna zwalniać. Kiedy się wreszcie zatrzymuje, mężczyzna opuszcza się nieco niżej, żeby dokładnie sprawdzić ostatni znacznik. Przykłada żółty marker do kamery. Liczbę widać wyraźnie: 150 metrów. Razem z 223 metrami pierwszej komory daje to wynik prawie 373 metrów. To właśnie jest ten moment, kiedy Hranicka awansuje z jedenastego miejsca na drugie w rankingu najgłębszych podwodnych jaskiń świata (po włoskiej Pozzo del Merro). Ale Krzysztof zakłada, że jest jeszcze lepiej.

Rekordzista / Fot. Archiwum- Jestem pewien, że ta jest najgłębsza– mówi Krzysztof. – Muszę to tylko udowodnić.

Na sali rozlegają się brawa. Krzysztof skończył prelekcję, ale jego wykład będzie trwał jeszcze długo w noc. Nikt nie opuszcza miejsca, wszyscy czekają na więcej.

- Opracowałem habitat – mówi więc Krzysztof. – Namiot, który podwiesza się 8-12 metrów pod powierzchnią wody po to, żeby w bardziej komfortowych warunkach spędzać czas dekompresji. Wewnątrz niego jest powietrze pod tym samym ciśnieniem co otaczająca go woda. Trzeba swoje odsiedzieć, ale już w komfortowych warunkach: jest sucho, cieplej i można poczytać gazetę.

Z sali zaczynają padać pytania:
- Czym dokładnie jest choroba dekompresyjna?
Krzysztof podnosi butelkę z piwem, zatyka otwór kciukiem i potrząsa. Płyn zamienia się w gaz.
- Tak wyglądałaby moja krew, gdybym wynurzył się za szybko – mówi. – Należy zmniejszać ciśnienie powoli, żeby wydzielający się gaz był sukcesywnie z organizmu wydalany.

- Czy nie masz problemów zdrowotnych po tak długim przebywaniu pod wodą?
- Na razie nie. Dekompresuję się dłużej niż wynika to z wyliczeń, ponieważ pracuję na głębokościach, których na razie nie obejmują żadne statystyki. A rezultaty zbyt szybkiego wynurzenia się mogą być dramatyczne. Można mieć tylko bóle stawów – kości są najwrażliwsze, ponieważ są najmniej ukrwione – ale można też zostać sparaliżowanym. Tak się stało z nurkiem Jochenem Hasenmayerem. Ja tylko jeden raz miałem problem, przesiedziałem potem kilka godzin w komorze hiperbarycznej i na szczęście wszystko wróciło do normy, ale tak naprawdę leczyć można tylko łatwiejsze przypadki.

- Zajmujesz się czymś jeszcze?
- Prowadzę kursy nurkowania jaskiniowego. Uczę jak się obchodzić ze sprzętem, jak dobierać mieszankę gazów, jak się poruszać, żeby nie mącić wody i nie pogarszać widoczności. Dużo czasu poświęcam nauce jak się nie zgubić i jak porządnie założyć poręczówkę. Ale najważniejsze są sytuacje awaryjne – co robić, kiedy sprzęt oddechowy nawala, tracimy światło, jak pomóc koledze, który zaniemógł. Zawiązuję na przykład oczy uczestnikowi, wyprowadzam go w nieznaną odnogę jaskini i każę odnaleźć wyjście.

- A jak finansujesz swoje wyprawy?
- Większość pokrywam sam, nie chciałbym być uzależniony od sponsorów. W sytuacji, kiedy sam za wszystko płacę, nie ma presji z zewnątrz – w każdej chwili mogę powiedzieć: „To niebezpieczne, wycofuję się”. Na kontynuację badań w Czechach dostałem grant National Geographic. Trochę mnie to stresuje, ale sytuacja jest raczej komfortowa: umowa dotyczy dalszych badań, więc nie będzie problemu, jeżeli nic z nich nie wyniknie.

- Czy odczuwasz pod wodą stres? Miewasz ataki paniki?
-Stres – tak. Panika – nie. Gdybym panikował, nie byłoby mnie tutaj – Starnawski się uśmiecha.

- Nie boisz się, że ktoś ci wejdzie na teren badań, wykorzysta to co już zrobiłeś i zagarnie sukces?
- Jest taka niepisana umowa, że jeśli ktoś zaczyna badania, to nikt inny nie wchodzi mu w drogę – mówi Krzysztof. – Ale gdybym przerwał je na długi czas, to na pewno ktoś inny rozpocząłby próby. Tutaj jednak nie zaczynają, bo nie wiedzą jak. To są działania zbyt ryzykowne.

Starnawski jest rekordzistą nurkowania głębinowego z obiegiem zamkniętym. W 2011 r. pobił rekord świata schodząc na 283 m. Gdybym miała określić go, używając jednego słowa, powiedziałabym „skromny”. On sam, zamiast powiedzieć o sobie „jestem najlepszy”, mówi oględnie:
- Takich, którzy zeszli poniżej 200 metrów, jest na świecie jedenastu. Tych, co poniżej 250, było czterech. Dwóch nie żyje.

O tym, jak stąpa po krawędzi, jak testuje życie i swoje możliwości, najlepiej przekonuje mnie anegdota o pożyczonych w 2000 r. od kolegów butlach na nurkowanie w Hranickiej Propast na bardzo dużą głębokość (180 m). Robił coś, na co nikt wcześniej się nie odważył. Nie było wiadomo, czy przeżyje.
- Koledzy dziwili się, kiedy im ten sprzęt oddawałem – śmieje się Krzysztof. – Już się z nim pożegnali, nie wierzyli, że kiedyś jeszcze go zobaczą.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.