Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

8170 miejsce

Krzysztof Tyniec: - Spotkałem prawdziwą miłość

  • Źródło: Słowo Polskie Gazeta Wrocławska
  • Data dodania: 2007-05-11 09:35

Dorastał w Nowej Rudzie i miał być górnikiem. W trudnych czasach handlował na bazarze... rajtuzami z NRD. Dziś ma w ręku Kryształową Kulę i jest bardzo dumny. O ukochanej żonie i córkach, dzieciństwie i życiu, nie zawsze prostym, opowiada Krzysztof Tyniec, aktor.

• Co robi bohater ostatnich dni?
– Spałem dziś długo, bo aż do 9. Teraz spaceruję sobie z pieskiem. To york, ma na imię Oni. Ludzie do mnie podchodzą, gratulują. Zatrzymują się samochody, kierowcy opuszczają szyby i krzyczą: „Brawo, panie Krzysztofie!”. To niesamowite i tak miłe, że trudno to opisać.Krzysztof Tyniec w "Tańcu z gwiazdami" / Fot. Fot. TVN

• Gdy odbierał Pan Kryształową Kulę, widzowie mieli wrażenie, że za moment się Pan rozpłacze z emocji.
– Ale wytrzymałem! (śmiech). To była wzruszająca chwila. Skumulowało się we mnie wszystko: wielka radość, ogromne zaskoczenie, bo nie spodziewałem się zwycięstwa, żal, że ta wspaniała przygoda już się kończy, ogromna chęć podziękowania wszystkim, szczególnie Kamili Kajak, mojej tanecznej partnerce. Nie płaczę na filmach, nie pamiętam, kiedy z oczu płynęły mi łzy, ale wtedy było blisko. Starsza córka, Paulina, która studiuje w Londynie i przyjechała do studia na finał, wyszła stamtąd z bolącą głową i powiedziała: „Tato, nie wiedziałam, że to aż takie napięcie”. Moja żona i młodsza córka Karolina też były na widowni, ale one częściej oglądały program na żywo i wiedziały, co je czeka. Paulina dotąd oglądała „Taniec...” tylko w internecie, więc przeżyła finał mocno.

• A żona nie była o Pana zazdrosna, kiedy tak się tuliliście do siebie z Kamilą Kajak?
– A skąd. Żona poznała ją i bardzo polubiła.

• To prawda, że jesteście razem już 30 lat?

– Prawda. Jagodę poznałem w II klasie szkoły średniej, w Zgorzelcu. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Ciągle jestem bardzo, bardzo zakochany. I szczęśliwy w związku.

• A jest na to jakaś metoda, coś w stylu, że kobieta powinna być ślepa, a mężczyzna głuchy?
– Metoda jest jedna: prawdziwa miłość. Nas to spotkało, bo jednak moja żona ma bardzo dobry wzrok, a ja bardzo dobry słuch! (śmiech). Jestem z mojej rodziny bardzo dumny. Jesteśmy szczęśliwi, córki dorosły i studiują. Paulina w Londynie antropologię, a Karolina w Warszawie, w Wyższej Polsko-Japońskiej Szkole Mediów.

• Żona martwiła się, kiedy zdecydował się Pan na udział w „Tańcu z gwiazdami”?
– Bała się, że jeszcze bardziej schudnę i się... zajadę, bo mimo udziału w programie nie zawiesiłem na kołku mojego normalnego życia zawodowego: gram w teatrze Ateneum, w serialu „Daleko od noszy”, współpracuję z Operetką Warszawską, mam rożne występy, koncerty. Do tego doszło codziennie po kilka godzin treningu do „Tańca z gwiazdami”, w soboty ostatnie próby, a w niedziele występ na żywo. Choć mam zaprawę ruchową, jakiegoś 98. dnia ćwiczenia dzień w dzień mięśnie mi się zbuntowały. Żona mówiła: „Krzysiek, ja niedługo nie będę musiała zdejmować z drzwi łańcuszka, gdy będziesz wracał do domu, bo zmieścisz się przez tę szparkę!”. Pilnowała, żebym jadł i kładł się spać. Cóż. Schudłem jednak 5 kilo. Teraz noszę szelki, bo nie mam dziurkacza, żeby zrobić sobie dodatkowe dziurki w pasku do spodni (śmiech).

• O Pana pracowitości krążą legendy. To prawda, że handlował Pan kiedyś rajtuzami i koszulami?
– Zaraz po studiach, w latach 80., było bardzo ciężko, bo też czasy były ciężkie. Trzeba było jakoś zarabiać na chleb. Moja teściowa pracowała w NRD, kupowała tam i przysyłała do Polski niemieckie rajtuzy, a ja stałem na Skrze i sprzedawałem je ludziom. A z koszulami to zupełnie inna historia, choć też z tamtych czasów. Uszyła je moja żona. Dokładnie trzy, za to z prawdziwego jedwabiu. Próbowałem je sprzedać, ale nikt ich nie chciał... W efekcie sam je potem nosiłem i tak zakończyła się moja kariera „akwizytora koszul”.

• Urodził się Pan w Nowej Rudzie i o mały włos nie został górnikiem.
– Moja mama pracowała w kopalni i bardzo chciała, żebym poszedł do szkoły górniczej. W tamtych czasach, w małych, górniczych miasteczkach, takich jak Nowa Ruda, matki marzyły dla synów o jednym: żeby zostali sztygarami albo inżynierami. Tato wolał, żebym zamiast do zawodówki górniczej poszedł do technikum elektroenergetycznego. Spodobał mi się ten pomysł. Szczególnie ta długa i robiąca wrażenie nazwa szkoły (śmiech). Oczami wyobraźni już widziałem siebie w białym fartuchu inżyniera. Poza tym chyba nie bardzo chciałem być górnikiem. Od dziecka śpiewałem do suszarki w łazience, grałem w szkolnych przedstawieniach jakieś zajączki, kurczaczki. Wylądowałem więc w technikum w Zgorzelcu. I to nic, że ze wszystkich szkolnych zajęć najbardziej podobały mi się wieczory z poezją! Profesorowie od warsztatów technicznych i przedmiotów związanych z różnymi urządzeniami nieco dziwnie na to patrzyli, ale byli wyrozumiali. Po technikum zdałem do szkoły aktorskiej w Warszawie i górnikiem nie zostałem.

• Mama jest teraz z Pana dumna?
– Pewnie. Dziś zadzwoniła do mnie i mówi: „Synku, musiałam sobie postawić taboret koło telefonu, bo ciągle ktoś do mnie dzwoni w związku z tym twoim zwycięstwem”.
Edyta Golisz

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

  • Autor usunął profil
  • 28.01.2010 22:35

http://julian-golak.pl

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.