Facebook Google+ Twitter

Książka za recenzję - "Lodowa kurtyna" Gregga Olsena

Gregg Olsen podejmuje próbę zajrzenia do umysłu psychopaty, uciekając tym samym od sztampowego schematu powieści sensacyjnej jako mało ambitnej rozrywki na dłużące się wieczory.

 / Fot. Okładka książkiOstatnio coraz częściej przychodzi mi do głowy, że znalezienie powieści sensacyjnej, która byłaby nie tylko wciągająca, ale też dobrze napisana, nie powinno być aż tak trudne. A jednak! Większość historii opierających się na morderstwach rozczarowuje swoją powierzchownością i całkowitym brakiem zrozumienia dla motywacji opisanych postaci. Do "Lodowej kurtyny" też podeszłam sceptycznie, ale już pierwsza strona napełniła mnie nadzieją, że tym razem będzie inaczej.

Można powiedzieć, że Emily Kenyon ma wszystko: jako szeryf sennego miasteczka Cherrystone jest zadowolona ze swojej kariery, spełnia się jako matka, a jeżeli chodzi zaś o życie emocjonalne... wystarczy powiedzieć, że Chris Collier jest chodzącym ideałem. Nie dość, że przystojny i świetnie zbudowany, a do tego ciepły, troskliwy i opiekuńczy to jako policjant potrafi być wyrozumiały w tych momentach, w których pani szeryf odsuwa na bok życie osobiste, żeby rzucić się w wir śledztwa i złapać przestępcę. A jednak coś ją powstrzymuje przed powiedzeniem mu "tak" - czy to dlatego, że nie udało jej się jeszcze zamknąć poprzedniego rozdziału życia i otrząsnąć po rozwodzie, który odbył się wiele lat wcześniej? A może w jakiś niewyjaśniony sposób przeczuwa niebezpieczeństwo, które zmierza w stronę Cherrystone, żeby wywrócić (znowu!) do góry nogami życia jej i jej córki?

"Lodowa kurtyna" zaczyna się w sposób zgoła typowy dla swojego gatunku: do biura szeryfa dzwoni zaniepokojona kobieta, która zgłasza zaginięcie swojej zawsze punktualnej, ciężarnej przyjaciółki. Emily jedzie więc spotkać się z mężem zaginionej – oziębłym, zadufanym w sobie Mitchem Crawtfordem, miejscowym dilerem samochodów. Nie będę ukrywać, że od samego początku miałam z nim problem: zimny, pozbawiony naturalnych, ludzkich odruchów jest zupełnie niezainteresowany losami żony i nienarodzonego dziecka, chociaż zniknięcie psa wyciska mu łzy z oczu. Niechęć, którą okazuje podczas rozmów o żonie szybko czyni z niego głównego podejrzanego w dochodzeniu, ale nawet to nie wystarcza, żeby zmienił swoje zachowanie. Trudno zrozumieć motywacje, które nim kierują, ale jeszcze trudniej jest uciec od wrażenia że ta jednowymiarowa postać nie została po prostu dobrze napisana… I o ile nie stanowiłoby to tak dużego problemu przy postaci trzecioplanowej, jest to zdecydowanie rażące przy bohaterze, który pojawia się tak często.

Samo śledztwo rozwija się w ślimaczym tempie, które może jednocześnie zaskoczyć i zniechęcić tych, którzy rozsmakowali się w naładowanych zwrotami akcji serialach kryminalnych. Zarówno pani szeryf, jak i jej, skądinąd sympatyczny i całkiem kompetentny, zastępca, kręcą się wkoło bezradni jak dzieci, nie wiedząc, co zrobić z tymi nielicznymi poszlakami, które spadły im z nieba. Popełniają podstawowe błędy i niedopatrzenia, ale przede wszystkim brak im intuicji i niezbędnego w tym zawodzie krytycyzmu. Być może autor starał się oddać realia pracy szeryfa raczej niż kreować kolejnego genialnego, ale nie do końca wiarygodnego mistrza dedukcji, ale jeżeli tak, to przesadził w drugą stronę. Nie dość, że razi niekompetencja jego bohaterów, to wytracił sporą część napięcia, które udało mu się zbudować na samym początku.

To jednak nie znaczy, że powieść źle się czyta, albo że okazuje się nudna. Podczas gdy Emily stara się znaleźć najpierw ciało, a potem zabójcę Mandy, narrator umiejętnie, niemal niepostrzeżenie wprowadza nową postać, która szybko przechwytuje blask reflektorów i dominuje scenę: po okolicy zaczyna bowiem grasować seryjny zabójca, którego cel stanowią młode dziewczyny należące do studenckiej korporacji, w której pracuje córka Emily, Jenna…

Z początku nic nie wskazuje na to, jak ważną postacią stanie się tajemniczy morderca, ale z czasem poznajemy jego imię, nazwisko, ale też historię tragicznego dzieciństwa, dzięki czemu możemy zrozumieć jego motywacje, targające nim uczucia, jego lęki i obawy. Dzięki temu zabiegowi sztampowa powieść detektywistyczna zmienia się w świetne stadium psychiki psychopaty.

Niestety także i tym razem takie rozwiązanie niesie za sobą pewne niebezpieczeństwa, których Olsenowi nie udało się uniknąć. Wcześnie zdradzając kim jest tak zwany „główny zły”, autor osłabia element zaskoczenia, bez którego kulminacyjny moment traci na intensywności. Zamiast zastanawiać się, kto i dlaczego zabija nastolatki, wolimy się dowiedzieć jak dokładnie morderca stał się osobą, którą jest obecnie. Sam moment ujawnienia jego motywacji rozczarowuje, bo pozbawiony jest tej szczegółowości i wnikliwości, za pomocą których autor wcześniej powołał do życia postać z krwi i kości.

Mimo wszystkich powyższych narzekań uważam, że „Lodowa Kurtyna” jest pozycją, po którą warto sięgnąć, a to przede wszystkim z powodu stylu, którym autor już od pierwszej strony zyskał moją niepodzielną uwagę. Olsen sprawuje całkowitą kontrolę nad językiem, a żadne słowo w tekście nie jest niepotrzebne. Zdania są najczęściej krótkie, ale treściwe i dosadne, wybijają rytm, który zupełnie zmienia odbiór powieści, i który ratuje napięcie tam, gdzie usiłuje ono opaść. Styl, który mógłby się nie sprawdzić w innym gatunku, tutaj jest doskonałym narzędziem do opisu życia wewnętrznego mordercy – przez brak wymuszonych porównań i zbędnych ozdobników jest uczciwy i bezstronny, dzięki czemu czytelnik sam musi się ustosunkować do dramatycznych wydarzeń i sam zadecydować, czy może wybaczyć „głównemu złemu”, czy też nie.

Jeżeli chodzi o stronę techniczną, książka jest ładnie wydana, na przyjemnie chropowatym papierze, z tłumaczeniem na wysokim poziomie. Jedynie opis z tyłu książki nie wydaje mi się do końca adekwatny, gdyż koncentruje się jedynie na wydarzeniach drugiej połowy powieści, co może powodować dezorientację u czytelnika w trakcie lektury. Zabrakło mi też informacji, że „Lodowa kurtyna” jest drugą po „Zgliszczach” częścią przygód Emily Kenyon. Nieznajomość pierwszej części co prawda nie przeszkadza w lekturze, ale kilkakrotne wspomnienie przeszłych wydarzeń może niektórych nieco irytować. Jest to jednak naprawdę maleńki szczegół.

Podsumowując: na rynku powieści sensacyjnych, na którym większą wartością zdaje się ilość niż jakość, „Lodowa kurtyna” wyróżnia się dzięki błyskotliwemu stylowi i ambitnej próbie zanalizowania umysłu zabójcy. Daleko jej do wybitności, ale zdecydowanie polecam miłośnikom gatunku, którzy tak jak ja spragnieni są drugiego dna w czytanych historiach.


Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.