Facebook Google+ Twitter

Książka za recenzję: Marguerite van Geldermalsen: "Żona Beduina"

Wykształcona, nowoczesna dziewczyna z Nowej Zelandii, porzuca cywilizowany świat, całe dotychczasowe życie, wychodzi za Beduina i przez 25 lat mieszka z nim w jaskini.

 / Fot. Barbara PodgórskaBardzo chciałam dostać tę książkę, bowiem uwielbiam takie historie. Przeczytałam wszelkie "Białe Masajki", "Córkę Sultany", „Białą niewolnicę”, "Pustynną miłość", „Afgankę”. „Kwiat pustyni”, „Córkę Nomadów”, „Arabska żonę”, "Arabska córkę” i przeczytam także „Arabską wnuczkę”, jeśli tylko się ukaże. Dlaczego? Bo, powtórzę, uwielbiam. Ciekawi mnie, po pierwsze, jak to się dzieje, że dwoje ludzi wychowanych w odrębnych i odległych w sensie geograficznym i mentalnym społecznościach, decyduje się na życie razem. Po drugiem, ciekawią mnie skutki tego wyboru i jeszcze bardziej ciekawią mnie niespodziane, aczkolwiek nieuniknione skutki zderzenia odmiennych kultur.

Sprawa wbrew pozorom nie dotyczy wcale odległych ras, plemion, religii. Bo skąd takie zaciekawiania wywołuje w nas wiadomość, że któraś tam oto znajoma wyszła za Araba, za Murzyna, za Żyda. Ale niepotrzebne są tak odlegle związki, wystarczy że Polak albo Polka zawrze związek małżeński z Niemcem, Czechem czy Słowakiem i to też jest swoistą minisensacją towarzyską. Zastanawiamy się, czy odmienności tradycji i wychowania nie zważą na treści ich życia? Czy ludzie ci przezwyciężą, było nie było, bariery narodowe, odmienności językowe, odmienności światopoglądów i wyznań?

 / Fot. Barbara PodgórskaKsiążkę Marguerite van Goldermalsen "Żona Beduina" czyta się dobrze, mimo że relacje niekiedy są nazbyt rozwlekle. To autobiografia młodej nowozelandzkiej pielęgniarki, którą pasja przemierzania świata zawiodła do Petry, gdzie pozostała na ćwierć wieku. Przyjęła gościnę Beduina, poślubiła go, urodziła mu troje dzieci, zmieniła imię i religię, przyswoiła język arabski, wrosła w lokalną społeczność, którą nawet tubylcy traktowali lekceważąco („Beduini – wyjaśniał Raszid z wyraźną pogardą w głosie – to koczownicy, nomadzi”), nie opuszczając jej, aż do niespodziewanej śmierci męża.

Ten wybór wzbudził zainteresowanie nie tylko jej najbliższych, do których wieść o decyzji dotarła dwa miesiące po ślubie. "Często zastanawiałam się nad pytanie, jakie Jordańczycy zadawali mi na samym początku, próbując zrozumieć, dlaczego zdecydowałam się porzucić cywilizowany świat i zamieszkać wśród nich. Nie dawali wiary potędze miłości".

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Coraz częściej myślę, że bez internetu, telefonów, tv, samochodów, radia, gazet a nawet prądu życie nie byłoby szczęśliwsze. Zaszyć się w jakieś głuszy, z dala od cywilizacji, przynajmniej na jakiś czas. Niestety, wynalazki uzależniają, rozleniwiają, niby dają rozrywkę, są ciekawe, uczą, ale czy dzięki nim jesteśmy szczęśliwsi? Śmiem wątpić. Ze zdobyczy cywilizacji wziąłbym z sobą jedynie książki.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.