Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

17901 miejsce

Książka za recenzję: "W jednej osobie" - John Irving

Kolejna książka Johna Irvinga, która spełnia oczekiwania wielbicieli jego prozy. "W jednej osobie" jest opowieścią o życiu pisarza biseksualisty, którą odkrywa sam główny bohater, w przywołaniu Szekspira i innych wielkich dramaturgów.


Świat jest teatrem, aktorami ludzie - "Jak wam się podoba" (Akt II, sc.7) aut. William Szekspir


'W jednej osobie' autorstwa Johna Irvinga (wyd. Prószyński i S-ka); projekt okładki (przód) - Joanna Szułczyńska. / Fot. Prószyński i S-kaNie przypadkiem zacytowałem Szekspira. "W jednej owsobie", w trzynastej już książce Johna Irvinga jest on wszechobecny. Podobnie zresztą jak norweski dramatopisarz, Henrik Ibsen i kilka innych nazwisk. Mniej więcej taki układ odniesienia prezentuje autor dla swoiście intertekstualnych granic świata, który jak to u Irvinga, jest zawsze cudownie skomplikowany. Towarzysząca temu aura gabinetów osobliwości to intuicyjnie wyczuwany walor prozy amerykańskiego pisarza, coś jak znak firmowy, ale o tym wspomnę na końcu. Tak więc, poznajemy ludzi ułomnych, dziwacznych, outsiderów, skłóconych z życiem, czy preferujących odmienne upodobania seksualne. Właściwie nie ma nikogo spełniającego niepisane kryteria normalności. Lecz czymże jest narzucana poprawność? Atoli nawet "szekspirowskie błazny często przewyższają rozumem panie i panów"¹.

"W jednej osobie" to przede wszystkim obraz zróżnicowania tożsamości płciowej oraz kształtowania się zachowań w sferze intymnej, a wszystko skupione w odniesieniu do teatru jako wspólnego mianownika społecznej współegzystencji. Już Szekspir porównywał życie do "przechodniego półcienia" i "nędznego aktora"², zaś Irving postanowił w taki sposób przedstawić uroczo gawędziarską w narracji osobę głównego bohatera, kolejnych występujących osób i ich losów. Właściwie wszyscy tutaj grają, niekiedy wbrew sobie, udają przed innymi, kiedy indziej spełniają się w scenicznych kreacjach. Billy Abbott roztacza opowieść na przestrzeni kilkudziesięciu lat swojego życia. Główny bohater jest nastolatkiem odkrywającym swoją biseksualność i ciągoty do przebieranek. Daje się zauważyć przykład aktorstwa jako umiejętności warunkującej przetrwanie, czyli mentalny wyróżnik środowisk LGBT. Stany Zjednoczone lat 50-tych nie są jeszcze miejscem, gdzie Billy mógłby pozostawać sobą. Musi grać. Podobnie postępuje panna Frost, szkolna bibliotekarka o posturze zapaśnika, będąca więźniem męskiego ciała. Zaskoczenie czytelnika potęgowane jest niby nastrój grozy w filmach Hitchcocka. Dziadek Billy'ego uwielbia grywać kobiece role w miejscowym amatorskim teatrze, jak też spędzać wiele czasu w damskich fatałaszkach. Zaś jego rodzice nie są zwyczajnie heteroseksualni, a rówieśnicy dojrzewają w równie pokręcony sposób. Wszyscy udają innych, aniżeli są w rzeczywistości, chociaż znają się wzajem doskonale.

Teatralizacja życia jest zabiegiem, który pomaga Irvingowi na zarysowanie formowania się przemian mniejszości seksualnych poprzez następujące po sobie dekady. Polski czytelnik może wynieść z lektury wiele spostrzeżeń, choćby dotyczące pojęć, które poczęły funkcjonować w świadomości powszechnej w ostatnim czasie w naszym kraju, np. "określenie "transgenderyzm" weszło w obieg dopiero w latach osiemdziesiątych"³. Uzmysławia to temporalną przepaść wobec masowego odkrycia rodzimych teoretyków gender studies. Książka przypomina też, że Stany Zjednoczone zostały ciężko doświadczone plagą AIDS w czasie zwiększającej się swobody seksualnej przy jednocześnie marnej edukacji amerykańskiego społeczeństwa w temacie zagrożeń z tego wynikających. Na początku lat osiemdziesiątych umierało tam na AIDS więcej ludzi niż poległo żołnierzy w Wietnamie. W polskich realiach, chociaż jest już 2015 rok, to nadal niepojęte. Fakt ten można sobie poczytywać za paradoksalny pożytek, jaki wyniknął z półwiecza zapóźnienia naszego kraju.

Na scenie fundowanej przez Johna Irvinga pojawiają się kolejne pytania. Przede wszystkim dotyczą samoakceptacji dla własnej płci, jej tożsamości, miejsca w świecie, zrozumienia w społeczeństwie. Billy Abbott dorośleje, chce zostać pisarzem i chyba można powiedzieć, że godzi się ze swoją biseksualnością, choć tak naprawdę nie znajduje wyjaśnienia dla takiego stanu rzeczy. Nie wydaje się przy tym, aby miał jakikolwiek wybór.

Irving oddał czytelnikowi dzieło o mnogości wątków, z których większość skrywa się dyskretnie w tle utworu. Książka dość niejednoznacznej wymowy, zawiera całe mnóstwo aluzji, cytatów, odniesień i parafraz, przede wszystkim z ukłonem dla ponadczasowego Szekspira. Autor zmusza do tropienia niuansów i metaliterackich gier. Jest przy tym konsekwentny w konstrukcji świata, któremu nie przydaje elementów fantastycznych, nie posiłkuje się siłami nadnaturalnymi i tak na dobrą sprawę nawet nie zahacza o metafizykę. Szczególnie jest to widoczne w scenach śmierci któregoś z bohaterów. Irving nigdy nie sili się na pokrętne dumanie nad życiem po życiu i zdaje niemal groteskowy raport z ostatniej chwili, lub odmalowuje beztroskie makabreski, w czym objawia się jego czarny humor. Być może, że czyni w ostatniej powieści wyjątek dla Ibsena, jego depresyjnych, samobójczych panoram własnego wnętrza, ale tym samym potwierdza regułę, pokpiwając z klasyki. Nieprawdopodobieństwo i irracjonalizm służą pokornie jedynej w swoim rodzaju literackiej rzeczywistości, jaką tworzy Irving. Nie brak przy tym symboli i motywów, które zawsze goszczą w jego książkach. Są zapasy i jest część historii umiejscowiona w umiłowanej pisarzowi Austrii oraz pojawiają się przez chwilę niedźwiedzie, ale tylko pojawiają się, tylko przez chwilę, jakby dla zasady.

Nie jestem skłonny wychwalać "W jednej osobie" jako dzieło ponadprzeciętne i wybitne. Ot, książka jakiej można było oczekiwać od Irvinga i w podobnie oczekiwany sposób zaskakująca. Mogąca budzić uczucia dezorientacji, a nawet repulsji u przeciętnego czytelnika, który napotyka anatomiczne "obrazki", właściwe literaturze homoerotycznej. Może się okazać, że wcześniejsze obcowanie z Kosińskim, Murakamim czy Rothem, to mierne doświadczenia. Akurat w tym można upatrywać dowcipu amerykańskiego pisarza, który nie pierwszy raz udowadnia, że stał się pełnoprawnym gościem w dziale twórców etykietowanych LGBT (notabene Irving publicznie przedstawia się jako adwokat praw gejów), choć nie było to docelowym miejscem przeznaczenia dla jego pisarstwa. Oczywiście, nie można Irvinga jednoznacznie utożsamiać z tym szczególnym rodzajem pisarstwa, ale swoją obecność zaznaczył trwale. Literaturoznawcy i czytelnicy spotykają się z formalizacją gatunku literatury mniejszości seksualnych od stosunkowo niedawna. Irving przyczynia się do burzenia mitu o hermetyczności takiej twórczości, której charakter wyznaczał dość wąskie ramy odbioru, przywołując za przykład nierzeczywistość zakazów w rodzaju "nur für Deutsche." Choćby dlatego warto przeczytać przed wydawaniem jakichkolwiek osądów. Wszak nigdy nie wiadomo co siedzi w niedźwiedziu; oto jest zagadka.


¹ - "W jednej osobie" (wyd. 2012), aut. John Irving; s.192
² - "Życie jest tylko przechodnim półcieniem,
Nędznym aktorem, który swoją rolę
Przez parę godzin wygrawszy na scenie
W nicość przepada - powieścią idioty"
- "Makbet" (tłum. Józef Paszkowski), aut. William Szekspir; akt V, sc. 5
³ - "W jednej osobie" (wyd. 2012), aut. John Irving; s. 83


Tytuł: W jednej osobie
Tytuł oryginału: In one person
Autor: John Irving
Tłumaczenie: Magdalena Moltzan-Małkowska
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data wydania: 02.10.2012
ISBN: 978-83-7839-361-0
Format: 140mm x 205mm
Liczba stron: 528
Seria: John Irving
Oprawa: miękka

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.