Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

165726 miejsce

Księżniczka i Smok

Ostrokątne skrzydła zatrzepotały nad ryżym poletkiem, ano takowym kolorem jesień tereny barwiła. Smok jednym pazurem ze złością nielicho kępę pożółkłej trawy zmacał, drugim otarł łzę z łuskowatego policzka.

 / Fot. www.isa.plStrzygł skrzydłami niczym zając słuchy. Drżał. - I jak tu w człeka się przemienić, przecie mnie ludziska śmiechem zabiją - dumał. Mimo to, Smok wypowiedział dziwną inkantację i z cichym sapnięciem opadł - już w człeka postaci - na pobliski pieniek. Podrapał się po głowie. Oblicze miał nalane, spocone z wysiłku. I tak golusieńki, jak Bóg stworzył, siedział na dębowym pieńku. Że to musiało się przydarzyć właśnie mnie. Sarknął pokątnie.

Teraz ma za swoje: nasłuchawszy się niepokornie gadek starego Gledoriona, zamarzyły mu się wywar z tynktury oraz sielskie życie na starościńskim dworze. Myślał, że to mu wszystko łacno przyjdzie. Ongiś babinka stara wywróżyła - jeszcze młodemu Smokowi - z listowia w kotle przyszłość z księżniczką, w pałacowej baszcie, gdzie będą żyli długo i szczęśliwie. Trwał w tym czarostwie na pograniczu prawdy i fałszu. Wierząc, oczywiście, w przepowiednię, która miała się spełnić. Chcieli ogniem umorzyć - pomyślał - a ja nad remedium tylko dumałem. - I co z tego mam? Z gołą dupą pod księżycem latam, niedługo mnie podagra weźmie, i nawet żadnej owieczki w pobliżu - wykoncypował. - Niech tego, szewczyka Dratewki, kurwi syna jednego - zaczął pluć siarczyście - rodzinę pomór trzebi, i jak świnie trzyma w obejściu chatynek. Gdyby szło o kogo innego, ale ja, przecież z samymi synalkami władyki jednakowoż świnie pasałem. Nigdy smoczyska kształtu nie przybierałem, by tutejszy gmin straszyć - żalił się Smok.

***

Tak, to szczera prawda. Smok nigdy z żadnym człekiem się nie poswarzył. O swoją przychówkę połowicę dbał nader dobrze. Wbrew zapewnieniom babiny, przepowiednia imała się światła dziennego. Księżniczka z posagiem do chaty smoka nie zawitała. Kosmopolita, bo tak zwano biedaka, pamiętał, co mu w Szarych Górach wiedźma powiedziała. Co komu pisane, to go nie ominie. Tak rzekła. I gówno prawda! Czekał długo na pannę z welonem alabastrowym, aż tutejszy władyka wreszcie go z córką wiejskiego wajdeloty wyswatał. Kosmopolita nawet ją pokochał. Z zamiłowania do niej wykradał się z dworu i ganiał w dół brzegiem Ostowego potoku, gdzie młódki i lękliwi chłopcy - wedle zwyczaju - wypasali krowy. Następnie, pospołu z letnim wiatrem gnał w zawieszone nad doliną strażnice Lubnoskórnego dworu, trzymając przy podołku bańkę świeżego mleka. I niźli się obejrzał, leżał znów pod pierzyną, grzejąc zgrabiałe ręce za dekoltem koszuli swej branki - Weroniki. Taki był!

Lecz sielankowe życie brnęło ku końcowi. I tak przy drugim bachorze Weroniki miejscowy proboszcz pożegnał się z tym padołem, a on jeden napełniał śmiertelnym przerażeniem władykę, który nachalnie swój dziób do flaszki zwoływał. A gdy zwołał - wszystko do góry nogami stawało. Plotki szczególnie ożywały, że zaś Kosmopolita dziwakiem bywał, władyka co raz bardziej uwagę nań zwracał. Po prawdzie to przemyśliwał, jak tu cichutko tego dziwaka usunąć, lecz nie swawolił, czekał na jaki czarci odruch; tedy gwoli obyczaju nóżki Kosmopolity na szubienicy zapląsają.

Nadarzyła się ku temu okazja. Ostatniej niedzieli, gdy Kosmopolita słuchał kazania nowego pastora - oczywiście pod wpływem zaklęcia "Smoku, w brzydkie kaczątko obróć się" (czyli w człeka) - pod starą lipą, spotkał maga Gledoriona. Ten sprawiał wrażenie stosowne do swojej profesji: spiczasty niebieski kapelusz, fajka w gębie i taki wyraz twarzy, jakby miał ze sto wrzodów na dupie. I właściwie, niektórzy myśleli, że przez pokryty siwizną łeb maga przemyka przaśne poczucie drwin. Całkiem słusznie. Prześmiewcy mu nie pożałowali, a zwłaszcza wioskowe ladacznice, obwieszczając go starym kurewnikiem. Były dumne z siebie, bo przecież zażywały uciech w sianie zimnych obór czy też nawet na grobowych mogiłkach; czopków na wrzody jednak nie brały. Ubaw miały zatem z "kapelusznika", że w tym zawodzie nie taki. Cichły szybko, gdyż doskonale o zwyczajach siwego wiedziały. Pierwej czy później zdybie je w ciemnym koncie, monety nie da, więc wiedziały co robić. Rejwach w ich śmierdzących gębach męskim przyrodzeniem cichł szybko - mimo upałów złości miały dość zdrowego rozumu, by zejść mu z oczu, i powlec się do jakiejś izby, tam - już - za pieniądze dać się bałamucić równie obleśnemu chłopu.

Kosmopolita natomiast był bojaźliwy. Nie miał zamiaru zadzierać z magiem, ale ten ochoczo lubił gadać. W ową niedzielę padło na młodzieńca. Starzec nagadał mu o magii, o magicznych kamieniach leżących na ścieżkach wspinających się w niedostępne góry, padło także na nieszczęsny wywar z tynktury, który to przyczynił się do biedy Kosmopolity. Napój bowiem miał dawać żywota nieśmiertelność, moc kurującą, czarostwa nauczyć, nietoperki na pomoc zwoływać, i wedle zamysłów starych pism, księżniczki zwabiać gromadami. I tak gadali do wieczora.

Potem urządzili popijawę. Mag dalej snuł opowieści o cudach nie widach, kijach-samobijach, kurach znoszących złote jajka. Ciągnęli gorzałę jak stu chłopa. Obaj, na wpół pijani zatracili się nad okowitą. Z rzadka tylko jeden czy drugi na jakieś koncepty wpadał, puchary kwaśnym wywarem napełniał. Sen ich męczył trwożliwie. W końcu Kosmopolita, po pijaku wymachując rękoma, rzucał to niby czary. Nim usnął, w jego głowie zakołatała myśl, żeby tu zostać takim właśnie siwym, w niebieskim kapeluszu. Bo to już, Kosmopolita, nie czarowny smok. On teraz z ludźmi, farmą i okowitą za pan brat. Żal tylko, że go z tego spoufalenia moc magiczna go opuszczała. Mało członków z jego rodu stąpa na tym padole. Postanowił więc nazajutrz swe umiejętności wypróbować; może coś sobie przypomni. A kto wie, możliwe, że prócz zaklęcia metamorfozy, co we łbie ostało. Ale pierwej przyjdzie mu poćwiczyć. Od początku. Najprostsze czary - wszystko, wedle porządku.

Usnął. W jego głowie okowita i nietrzeźwe myśli utworzyły gęstą zawiesinę: Księżniczkę.

***


Gdy jeszcze dnieć nie zaczęło, Kosmopolita stał wraz z całym potrzebnym inwentarzem w krużgankach Lubnoskórnego dworu. Taki sam przyodziewek jak u maga, choć trzeba przyznać: grymas mu nie wychodził - był wprost idiotyczny. Spostrzegł szybko, że jego wczorajsze wybryki z okowitą były chyba nazbyt wielkiej znakomitości, bo jego sława niosła się znacznie dalej, niż tylko do chatynki czarodzieja. Biedak, wywodzący się - jak tutaj wieśniacy mniemali - z ludku, który ledwie nocką bał się na pobliski gościniec wychodzić, uwierzył w swoje nadzwyczajne cechy. Jednakże żywił obawę, iż jego głębokie zaufanie w siebie samego może nie wystarczyć, a co gorsza, zostanie nieodwzajemnione przez tutejsze, głupie pospólstwo. Strach go ciągle nachodził.

Któż mógł wiedzieć, co się pod jego dzisiejszymi czynami będzie kryło? A jak spłonę rumieńcem? A jeśli jaki nieurodzaj sprowadzę na dolinę? Tak sobie przemyśliwał. Co miało swoje usprawiedliwienie, bo Kosmopolita był równie lękliwy, jak ciżba sąsiadów czy stadko niewieściego drobiazgu - było to uczucie wielkie, obejmujące go razem z "cudnym" inwentarzem; o taki osprzęt w tych czasach było ciężko. Zwłaszcza, że w tym roku poborcy podatkowi ciągnęli ze wszystek stron, a dwór Lubnoskórny wydawał się tyci przy potędze północnego księstwa lennego. To z kolei lekce sobie ważyło godność innych, natomiast żywotnie interesowała je liczba brązowych, srebrnych i złotych monet w sakiewkach wieśniaków (których albo nie mieli, albo po kryjomu za cichym strumykiem zakopywali). Parali się także inkwizycją przeciw wybrykom natury - tudzież fircykom, dziwakom czy jawnogrzesznicom, bez nijakiego wstydu pokładającym się z mężczyznami, płodząc przy tym zbyteczne potomstwo.

Nie tylko na samego Kosmopolitę krzywym okiem spoglądano, ale także na hołubionego przezeń capa, gdyż był brudny, zaniedbany i cuchnął kozimi odchodami. Jednak stary dziadyga nic sobie nie robił ze złośliwych spojrzeń, tylko co chwila puszczał wprost cuchnące fanfary - lecz zda mi się go pochwalić, zamruczał pod nosem Kosmopolita, hardy z niego rumak, inwentarz z całą furmanką ciągnie - a trzeba powiedzieć, że Kłapouchy, osioł władyki cieniuchno przędzie, choć dźwiga tylko dwa worki pszenicy dziennie.

- Co to? Przebierance czy kupce we wsi stoją u podnóża Lubnoskórnego dworu - pachołek, którego właśnie mijał Kosmopolita, bodnął w łokieć kolegę po fachu.

- Nie wie mości pan, że w mieściech o nieszczęście najłacniej.

- Jakem wiedział do tej pory... - Kosmopolita zaczął z ociąganiem.

- No, nie strachaj się braciszku. Gadaj! - uśmiechnął się głupawo pachołek. Może tam jaki korbacz popod przyodziewkiem. Może...

- I poradzimy se bez niego, ja nie z tych, ja... - Yhm, yhm - chrząknął uprzejmie. - Ja zapewnić mogę skwapliwie, że w gości do władyki. Do samego władyki! - powtórzył z cieniem podziwu. Zaraz zebrał się w sobie i nieśmiało zagaił rozmowę. - Cuda on obaczy!

Choć oczy spod strzech kudłów pachołków nie wyglądały na wybałuszone, to Kosmopolita w duchu czuł się aż nadto inteligentnym, dowartościowanym parobkiem. Do czasu...

- Powiadasz waćpan, że do samego władyki? A może tylko łyknąć gorzałeczki lub w poszukiwaniu chętnej dziewoi, co z rozchełstaną, głęboko wyciętą kiecką hasa i chłopom do góry zadziera kutasa?! - zaperzył się drugi pachołek.

- Mówiłem przecie, iż ja w dobrych zamiarach; jaka dziewoja?! Toż ja za stary... (ugryzł się w język, gdyż wedle smoczego kalendarza miał grubo ponad dwieście lat, jednak przed pachołkami stał w człeczej postaci )... znaczy się - przełknął ślinę - nieważne... Ale onegdaj u podnóża trzech dębów, tam na Kopcu Radła, gdy jeszcze hartu w sercu nie brakło, zdybał nie raz tą, co kieckę podkasała, lecz i dwa!

- Jeżeli sprawy tako się mają, to nie bądźcież tacy tajemniczy, pokażcie, czy czego tam nie ma tajemniczego...

- Inwentarz, cap i ta stara furmaneczka. Ja do władyki, spieszno mi, dajcież spokój. Cuda będą! - dokończył w ostatnim, rozpaczliwym porywie.

- My tu wszyscy takie cuda pamiętamy, co ongiś taki jeden fircyk przewrotny wyrabiał... Obaczysz już niedługo te anielskie stokrotki na mogiłce, mówili mu, ale czerep miał puściutki - ano z kurwy matki urodzony, bo ta jego rodzicielka dzień i noc całą pod nogami parobków wierzgała, i się taki dziwak narodził. Mówili... aż w końcu za sprawą tortur łeb miał tak poszczerbiony, że mu rozum szczerbami wypływał - zaśmiał się. No, to akurat nieduża była strata, tyle że bez mała przez dwie doby jego juchę z posadzki katedry sprzątano. Było widowisko!

Oczy Kosmopolity ugrzęzły w jednym punkcie, gdyż oblicze, które wyłoniło się za jego pleców, niezawodnie należało do królewskiej karocy. Jeden z pachołków oderwał się spod muru. Jak większość hajduków władyki, był wystarczająco pouczony, by na zawołanie służyć wyższym rodem. Karoca spowolniła, tętent końskich kopyt przycichł. Wierzchowce niecierpliwie pląsały w miejscu, ugniatając ściółkę, potrząsały czarnymi jak węgiel ogonami, a Lubnoskórna biedota odsuwała się z respektem. Smok nie miał ni dwudziestu wiosen bytowania z ludźmi, gdy mu babina przepowiednię rzuciła. A teraz miała się spełnić.

- Którędy do władyki?

Nad niebieskim kapeluszem Kosmopolity pochylał się woźnica, odziany w nabijany diamentami strój. Szlacheckim zwyczajem przy haftowanych brązem rękawicach nosił dwa sztylety, przymocowane powyżej nadgarstka. Więcej Kosmopolita nie dostrzegł, hajduk zasłonił mu widok karocy plecami.

- Brama was zawiedzie do samego władyki... - mruknął. Woźnica lekko skinął głową i chciał już podjechać pod bramę.

- Panie, poczekajcie! - wyrwał się Kosmopolita. I rzekł:

Na południu - pustynna kurzawa,
Na wschodzie - bogactwo i sława,
Na północy - jest kamień.
Na kamieniu drobiazg niewieści,
Co morzu układa pieśni.
Jej włosy - brązowe polany,
Jej oczy - wody dwie krople.

W powietrzu niósł się gardłowy głos Kosmopolity. Pot zalewał jego oczy; zaś dwaj hajducy, porażeni ministrelską nieporadnością zięcia wajdeloty prostacy, urządzili sobie zabawę, odpędzając biedaka kopniakami od karocy. Wszyscy stali u żeliwnej bramy. Kosmopolita miał być przykładem zgubnych skutków występków wieśniaków, ale on lekceważył ten przywilej. W przeciwieństwie do złodziei, bandytów i nie płacących podatków, biadających nad swym losem, wzbudzał radość. Wreszcie hajducy zajęli się nim na dobre, ponieważ chciał wsunąć się do karocy, jak pozwalała jego odwaga. Dostał potężnego kuksańca w tyłek. Upadł na spłowiałą ziemię dworu.

Drzwi karocy stanęły otworem. Zgromadzonych tutaj trwoga zdjęła, a zapewne i podziw, bo na terenach Lubnoskórnego dworu mało kto ważył się pięknem jaką boginkę przewyższać. Przez chwilę niemo mierzyli się wzrokiem. Oczy niewiasty były niczym zastygłe krople wody, włosy jęły układać się w fale, przypominając brązowe polany, na wietrze tańczące. Tedy przepowiednia po trosze wychyliła się, szczęśliwego końca historii wyglądając. Jednak tak gładko po padole, jak zającom po łące, Smokowi nie przyszło chadzać. Ano, wprost przeciwnie.

- Nie śpieszyła się koza do woza - Kosmopolita przypatrywał się młodej księżniczce z jawnym rozbawieniem. - Jużem wywar z tynktury przyrządzać miał na oczach władyki. Utrudzona tym przywitaniem księżniczka jeno tylko ślinę przełknęła. Była zmęczona ponad miarę, gdyż od kilku ładnych tygodni obracała się po gościńcach.

- Miałem na pannę z welonem alabastrowym baczyć - ciągnął dalej. - Myśleliście, że jak pokątnie uchylicie się od przepowiedni z listowia w kotle, to mnie w pole wywiedziecie. Nie, wcale nie tak się stało. Ja czekałem! Księżniczka aż się wzdrygnęła. Natomiast Kosmopolita zaczynał się już na dobre zadomawiać z sytuacją, kiedy ni z tego, ni z owego woźnica przypomniał sobie twarz chłopa Weroniki. Poderwał się na równe nogi i donośnie krzycząc, na przemian z zawodzeniem napierał na niego słowotokiem.

- Coś nie zanadto ubawiliście się na swawoli - woźnica z pogardą omiótł wzrokiem przyodziewek Kosmopolity. - Zdaje mi się, że trza was będzie na nową drogę wymianować, bo hańbę swemu rodowi przynieśliście! - zaśmiał się. Kosmopolita podczołgał się do tyłu niechybnie.

- Z dawna pół świata go wygląda, wszystkim uchodził. Na nic się nasze planowanie zdało; nawet pułapka w postaci wypchanej siarką owieczki zawiodła! - wzruszył ramionami. Smok tymczasem ani zważał na woźnicę. Brzuch go trochę bolał, ale cała reszta bolała jeszcze bardziej: szczególnie głowa.

- Sposoby ich i moc zgoła odmienna od naszej - skrzywił się woźnica. - Toż to smok, najprawdziwszy w świecie! Księżniczka tylko oczy zmrużyła.

- Pomnicie onę wiedźmę, co w naszym księstwie dwadzieścia wiosen temu spaliła się na stosie, Wasza Wysokość?

- Aż nadto - odparła niewiasta.

- To ta cholera wyprawiła go z Gór Szarych. I to z namysłem, że księżniczkę znajdzie. W bujdy uwierzył!

- Co?! - Kosmopolita poderwał się z ziemi, nieomal znowu się nie przewracając.

- Ano, właśnie tak - dodał woźnica.

Smokiem po równi miotała rozpacz i złość. Niech szlag trafi ten cały Lubnoskórny dwór, dławił w sobie wściekłość. Rozpoznał woźnicę - szewczyk Dratewka jak nic!. Dratewka był synem siwobrodego króla z Gór Szarych. Gdy ojciec przyłapał go na grze szulerskiej, co zgoła nie było niczym niespotykanym, mianował go pałacowym szewcem. I tak sobie żył spokojnie, aż do momentu, gdy nie ujrzał smoka złotego w gęstwinie. A, że na owieczki grasował, szewczykowi wpadła do łba wredna myśl. Smoka ubić: rycerzy na niego nasłać! Obedrą ze skóry, skarby zagarną! Ojciec może go tedy oswobodzi ze stanowiska szewczyka. Ale tak się nie stało. Smok uciekł, przed tym jednak o mało owieczki wypchanej siarką nie pożarł.

Hajducy zrozumiawszy w końcu, że z bestyją do czynienia mają, stanęli przed Kosmopolitą z obnażonymi mieczami.

- Wasza Mość, to nie tylko smok, ale i innowierca! Chciał wywar z tynktury robić! Zabić!

- Zabić - ktoś tam zawtórował.

Smok spojrzał to tu, to tam. Nim ktokolwiek się zorientował, w ustach Kosmopolity zabrzęczało słów kilka, i po chwili przed już dość sporym ludkiem, zatrzepotały potężne skrzydła. Księżniczka padła, bez tchu. Cucili ją, lecz z wrażenia w sen głęboki zapadła. Sto lat spała, nim pojawił się książę z bajki, oferując słodki pocałunek. Łuskowaty gad natomiast przepadł. I nikt go więcej miał nigdy nie zobaczyć.

***

I tak na dębowym pieńku siedział. Rozmyślał o tym i o tamtym, popłakując nieco. Z pobliskich chaszczy wyłonił się wioskowy wajdelota, teść Kosmopolity.

- Czego uciekasz? - wzdrygnął się.

- A co, mam gadzi tyłek dać sobie na piki nadziać!

- Wszak umiesz przybrać inną postać.

- Tak, ale bez księżniczki trudno żyć, jeno przyszło mi...

Wajdelota podszedł bliżej.

- Robota w gospodarstwie czeka. Aha, i na przyszłość pamiętaj: u księżniczek moda taka, że za księcia nie chcą mieć wieśniaka. Smok chciał przybrać swoją rodową postać. Bez skutku. Bo to już, Kosmopolita, nie czarowny smok. On ze wsią za pan brat. On o magii to już zapomniał...

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.