Wobec zapowiedzi odejścia na emeryturę sędziego Johna Stevensa, prezydent Obama po raz drugi w swojej kadencji musi zaproponować nowego członka amerykańskiego Sądu Najwyższego. Może to być jedna z najważniejszych nominacji w jego karierze.
Z drugiej jednak strony mało która decyzja prezydencka ma tak doniosłe znaczenie na przyszłość jak mianowanie nowego sędziego Sądu Najwyższego. Raz mianowany sędzia będzie bowiem pełnił swoją funkcję dożywotnio, lub przynajmniej do emerytury, o przejściu na którą zdecyduje całkowicie samodzielnie. Jego wpływ na Sąd Najwyższy, a więc na interpretację Konstytucji, może być więc widoczny jeszcze wiele lat po odejściu prezydenta, który go mianował. Ponadto okazja do mianowania nowego sędziego trafia się prezydentom bardzo rzadko - George W. Bush w ciągu swoich dwóch kadencji mianował tylko dwóch sędziów, podobnie jak jego poprzednik Bill Clinton. Jest prawdopodobne, że szansa wpłynięcia na kształt Sądu nie trafi się już Obamie w tej kadencji. Nawet jeżeli prezydent będzie miał szansę powołać jeszcze jednego sędziego, to raczej wystąpi ona w zmienionym środowisku politycznym - przy dużo silniejszej pozycji republikanów. Wtedy nominacja zdeklarowanego liberała do Sądu będzie już niemożliwa. Dlatego też niektórzy demokraci wzywają prezydenta do powołania kandydata, który byłby przynajmniej tak lewicowy jak sędzia Stevens, bez względu na polityczne koszta takiej decyzji.
Jest bardzo możliwe, że bez względu na to, kto zostanie następcą sędziego Stevensa, w orzecznictwie Sądu i tak nastąpi pewne przesunięcie w prawo. Komentatorzy sądowi są bowiem przekonani, że w wielu wypadkach liberalne skrzydło sądu przeważyło tylko dzięki temu, że to właśnie sędzia Stevens pozyskał dla swoich poglądów najbardziej centrowego sędziego Anthony'ego Kennedy'ego. Następca Stevensa może nie mieć już takiego wpływu na swoich kolegów.
Większość komentatorów spodziewa się, że Biały Dom przedstawi kandydata na następcę sędziego Stevensa pod koniec kwietnia lub na początku maja. Przesłuchania w komisji Senatu rozpoczęłyby się w takim układzie na początku lipca, a głosowanie mogłoby się odbyć jeszcze przed letnią przerwą w obradach Kongresu. Niewątpliwie następne tygodnie przyniosą liczne konsultacje, na podstawie których prezydent Obama podejmie ostateczną decyzję. Bez względu na to, jaka ona będzie, to stanie się jedną z najważniejszych w jego pierwszej kadencji.