Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

161991 miejsce

"Ktoś skończył zanim zaczął ktoś" - los debiutantów

Sporo dzieje się w kręgu polskiej muzyki alternatywnej - tak przynajmniej wynika z penetracji internetu, w którym przeróżne kapele spod znaku independent z łatwością mogą znaleźć dla siebie przestrzeń. Poza siecią nie jest już tak kolorowo.

 / Fot. Okładka płyty„to koniec
zrozumiesz z czasem to co ja
wiesz kiedyś
tak bardzo chciałem sięgnąć gwiazd...”

W odtwarzaczu znów ta płyta. Magiczna. Przyciąga i wciąga, za każdym razem tak samo intensywnie, acz na inny sposób. Z zespołem Hariasen, nieistniejącym już, jak dowiadujemy się bezpośrednio ze strony w portalu MySpace, zetknęłam się po raz pierwszy podczas ich koncertu przed Placebo. Źle ich było słychać, źle ich było widać. Ale w powietrzu było właśnie to „coś”.

Kiedy moja druga połowa przyniosła do domu płytę, nie mogliśmy się nasłuchać i jednocześnie przestać dziwić, że nie słyszeliśmy zespołu nigdzie wcześniej. Tym bardziej jest to osobliwe, bo płyta wydana została nie przez byle kogo, tylko przez Polskie Radio.

Zaczęłam szukać informacji o zespole w internecie, pewna, że to wielkie odkrycie, że pewnie są nowi, świeży, że może dopiero ruszy jakaś promocja, będzie głośno. Jakże zdziwiły mnie „recenzje”, jakie napotkałam w sieci. W większości z nich zarzucano zespołowi co tylko można sobie wyobrazić, jednak żadna z tych opinii nie była rzeczowa, nie miała jednego solidnego argumentu, była polskim zwyczajowym obrzucaniem błotem. Ustalmy jedną rzecz: wolność słowa gwarantowana jest każdemu obywatelowi wraz z dowolnością własnej opinii. Nie bronię tego nikomu. Ale zszokował mnie przede wszystkim... absolutny brak zrozumienia.

Czasy się zmieniają i zmienia się przeciętny odbiorca muzyki. Aby go zadowolić, należy więc najlepiej śpiewać po angielsku, to zwykle łapie. Jeśli już po polsku, to albo trochę ostro pokląć, albo wierszoklecić, można by też porymować. Jeśli poezja, to brukowa, „współczesna”, zza bloku.

Subtelność, wrażliwość, gra słów – to niemodne, niezrozumiałe, w pierwszej kolejności do obśmiania. A teksty Hariasen są właśnie jak dobra poezja – odrobina niedomówień, odrobina zabawy słowem. Minimalizm w formie w połączeniu z wyrazistością treści dają mocny efekt. Nieczytelnie wyśpiewane końcówki czasowników, by zatrzeć płeć, czynią teksty przestrzenią mniej oczywistą. Dawno nie słyszałam takiego grania na polskiej scenie! Smakołyk dla fana Sonic Youth, starego Smashing Pumpkins, Veruca Salt, Sunny Day Real Estate.

Muzyka ostra, wyraźnie zarysowana linia basu, świetnie brzmiąca perkusja. I ten głos… szepcząco-krzyczący, wyrazisty, przekonujący. Utwory zaczynają się subtelnie, by uderzyć energią i znów zaszyć się w ciszy – za każdym razem podobnie, ale inaczej. Wszystkie te atuty okazały się być jednak wadami. Ze względu na emocjonalność przekazu zaszufladkowano zespół jako emo, co znaczy tyle co nic, a kojarzy się z obciachem. Kolejny raz media zamiast pomagać, zaszkodziły.

Reakcją zespołu na opatrzenie taką nalepką był blog autorstwa wokalisty Julie Amber, prześmiewczo i ironicznie traktujący o życiu emo-dzieciaka. Niestety, poczucie humoru w Polsce to rzadkość, więc tekst został odczytany oczywiście dosłownie! Moje uparte poszukiwania muzyki Hariasen w radiu spełzły na niczym – nawet te stacje, które chwalą się graniem rocka i alternatywy, moje wielokrotne mailowe zapytania, czemu nie grają Hariasen, pozostawiły do dziś bez odpowiedzi. A radio-matka? Polskie Radio wydało płytę, miałoby ją jeszcze promować? Chyba nie w naszym kraju! Absurd.

Zapytać można w końcu – po co Wam o tym piszę? Niestety, należę do tej starszej młodzieży, która wychowała się na dobrej alternatywnej muzyce – za czasów, kiedy alternatywa nie oznaczała wyboru: włącz/wyłącz radio. Muzyka obok literatury stanowi o moim życiu. Nie przesadzając. Trudno mi przejść obojętnie wobec polskiej miernoty, upodobania do taniochy, przyzwalania na jarmarczność, która zalewa nas zewsząd, również ze strony tych mediów, które chciałyby być takie anty. Włos mi się jeży na głowie, gdy widzę, jak dwuznaczne, pełne zawiłości, inteligentne teksty, do których trzeba przyłożyć nieco intelektu i wyobraźni są interpretowane wprost, dosłownie – patrz tekst w Lampie 4/2008, gdzie mocny i głęboki tekst zespołu NeLL staje się nagle prawie hymnem gejowskiej rewolucji! O innych nie wspomnę…

Przykładów, jak trudno jest w polskim show biznesie, gdy ma się ambicje i nie reprezentuje sztampowości, mogłabym mnożyć. Dziwię się tylko – dlaczego? I po co? Czy nie może być po prostu „dla każdego coś miłego”? Ale to pewnie moja naiwność...

Trzymam kciuki za młode ambitne kapele – mam nadzieję, że się nie dacie! A na razie wracam do mrocznego, melancholijnego świata Nesariah.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.