Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

185071 miejsce

Kulinarne zakątki – Bieszczady na talerzu

Kto pełen sił, niech wspina się na bieszczadzką połoninę. Fasolka po bretońsku w schronisku "Chatka Puchatka" to prawdziwe mistrzostwo świata.

Rozochocona kulinarnymi eksperymentami w bieszczadzkich knajpach, nie mogłam doczekać się kolejnego, smakowego doświadczenia. Jakież było moje zdziwienie, gdy po forsownej wspinaczce na Połoninę Wetlińską, okazało się, że głód mogę zaspokoić tylko dwoma rodzajami dań: bigosem i fasolką po bretońsku.

Kulinarna ekstaza

Pomyślałam, że fasola z koncentratem pomidorowym nie jest w stanie wywołać kulinarnej ekstazy, jak chociażby regionalne przysmaki: placek po bieszczadzku, czy pierogi lucyfera. Bo można przecież zamówić ją w byle obskurnej budzie z żarciem. Z rozważań nad przyziemnym smakiem wspomnianej potrawy wyrwało mnie przyjemne łechtanie podniebienia. Pycha!! Jakaż to tajemnica smaku musi tkwić w tej niezwykle gęstej, pomarańczowej miksturze. Okazało się, że z fasolką jest jak z dobrym winem – im dłużej leży tym jest smaczniejsza.

Słoikowe leżakowanie

Żona pana Lutka, gospodarza schroniska, gotuje większe ilości i wkłada w słoiki. Składniki zdążą wówczas przegryźć się, a danie zgęstnieć. Ale słoikowe leżakowanie wynika raczej ze spartańskich warunków, jakie panują w schronisku, niż z chęci dogodzenia turystom. Kiedy w latach 50. wojsko budowało tu swoje obserwatorium, nikt nie zaprzątał sobie głowy takimi sprawami jak bieżąca woda czy elektryczność. Bo pluskający się w wannie wojacy jeszcze przeoczyliby desant amerykańskiej stonki ziemniaczanej. A tak, dzień i noc ze swojej bazy mogli wypatrywać imperialistycznych balonów ze szkodnikami.

Pan Lutek – wielki budowniczy

Pan Lutek, który kilkadziesiąt lat później przejął schedę po żołnierzach, postanowił w miarę swoich możliwości unowocześnić schronisko. I gościć turystów. Ale odbudować ruinę nie było łatwo. Drogą wydeptaną przez konia, na wysokość 1232 m n.p.m., nadludzkim wysiłkiem wtaszczył kilkadziesiąt ton materiałów i obmurował z zewnątrz drewniane ściany schroniska. Kto choć raz dotarł na wetlinę, ten z pewnością wychwali pod niebiosa murowaną osłonę od wiatru, bo silne podmuchy na szczycie potrafią dać w kość. Schronisko z biegiem czasu zdobywało coraz większą renomę wśród turystów. I znów kilkadziesiąt ton materiałów trzeba było wciągnąć na tę górę. Tylko ci w urzędach jakoś nie doceniali heroicznego poścwięcenia Pana Lutka. Mówili, że bez odpowiednich papierów to samowola budowlana.

Namiastka cywilizacji
Chyba jedyną namiastką cywilizacji, jaką można odnaleźć w schroniku, jest miniagregat prądu. Dzięki niemu chociaż kolację można zjeść przy ledwo świecącej żarówce. Bo do łóżka trafia się już po omacku. Z wodą jest jeszcze gorzej. Można nawet powiedzieć, że jeśli chodzi o kąpiel, dla miastowych pudelków to prawdziwy survival. Najbliższe źródło wody znajduje się bowiem prawie pół kilometra od schroniska. O warunkach w zimie nie wspomnę. Pan Lutek mówi, że czasami tak chatkę zasypie, że aby odśnieżyć drzwi trzeba wyjść przez okno.

Ale każdy biesołaz, czyli wytrawny bieszczadzki wędrownik, wie, że w Chatce Puchatka nie o luksusy chodzi. To miejsce legenda. W czasach siermiężnego PRLu schronisko na szczycie góry było azylem dla wszelakiej maści buntowników i wichrzycieli. Swojego czasu przemieszkiwał tu na przykład Jacek Kuroń.

A z szeregu opisywanych wrażeń, smak dania z fasoli bez wątpienia jest jednym z nich.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

  • Autor usunął profil
  • 16.07.2006 08:34

Ohhhhhhh jak ja marze o urlopie :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.