Trudno jest pisać o czymś, co nie istnieje. Jeszcze 30 lat temu (lub inaczej: kiedy byłem bardzo młody) kultura jawiła mi się jako kwitnąca opoka cywilizacji. Niekwestionowane autorytety wyznaczały standardy moralne i artystyczne oraz spajały tradycję z awangardą.
Trudno jest pisać o czymś, co jest ledwo uchwytne. Dzisiaj nie jestem pewien, czy w ogóle istnieje coś takiego, jak kultura współczesna. A może taka jest po prostu „kolej rzeczy”, iż z upływem lat coraz trudniej akceptuje się przemiany i każde starsze pokolenie narzeka na upadek kultury i obyczajów młodej generacji? Nasi rodzice przecież także narzekali na „bohomazy” współczesnych im malarzy i nie widzieli nic wartościowego w twórczości naszych ulubionych pisarzy, poetów, czy reżyserów. Że nie wspomnę o muzyce...
Czy Kandinsky i Picasso powiedzieli ostatnie słowo w sztuce, a Fontanna Duchampa była wykrzyknikiem rozpaczy, że wszystko już było i niczego nowego nie da się stworzyć? Nawet jeśli tak nie było, to jednak w jakimś sensie „ideał sięgnął bruku” i do tej pory się nie podniósł. Sztuka straciła swój autorytet, a razem z prasą brukową zapanowała kultura masowa. Wygląda mi na to, że razem ze sztuką autorytet utraciła także kultura.
Korzenie tego problemu (jeśli to jest rzeczywiście problem) sięgają obecnie chyba głębiej niż w przypadku minionych pokoleń. Kiedyś dość często (a przynajmniej częściej niż obecnie) słychać było określenie „kultura materialna”. Pojęcie to kojarzyło mi się z rzeczami, które są –upraszczając nieco sprawę - porządne, estetyczne i użyteczne.
W ostatnim ćwierćwieczu „rynek wymusił” to, że trwałość przedmiotów nie jest wcale pożądana, a estetyka jest bardzo względna (vide: estetyka brzydoty lub estetyka czerwonego plastiku). Została więc użyteczność, która ma praktyczne znaczenie jedynie w okresie gwarancyjnym. Jednocześnie takie podejście do materii rozpleniło się na inne obszary i teraz ludzi w okresie „pogwarancyjnym” (czyli na emeryturze) najchętniej poddawano by utylizacji.
Oczywiście, nie jest to zupełnie nowy pomysł - przecież kiedyś (znowu nie tak bardzo dawno temu) zdarzało się, że osoby sędziwe wystawiano na mróz. Obecnie widać duży postęp (jak to mówią: przyspieszenie) także w tej dziedzinie: starość zdaje się zaczynać już po trzydziestce. Przy wciąż wydłużającej się długości życia gatunku ludzkiego coraz większa część populacji jest wyrzucana poza nawias. Jak w takiej sytuacji mogą zaistnieć jakiekolwiek autorytety?