Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

3945 miejsce

Kuźnia brygadzistów

Bez szkoły, zakładów pracy, kościoła, a nawet kaplicy. Dziś, całe jej piękno i prawie siedemsetletnia historia, rozciąga się gdzieś pomiędzy czterema wersami Wikipedii.

 / Fot. Wikipedia CommonsJaszczurowa była wtedy górską wsią, osadzoną gdzieś pośrodku gór i przykrytą lasem. Quasi-miejscowość wzdłuż jednego strumyka, wzdłuż jednej żwirowej drogi, kończącej się z ostatnimi domostwami.

Za chlebem

W latach 70. było w niej kilkanaście, może kilkadziesiąt drewnianych chałup i betonowych domów. Były porozrzucane jak grzyby w lesie. Niektóre lubią mieć sąsiadów, żyjąc na tej samej ściółce. Inne żyją w miejscach, do których nie da się dotrzeć. Mieszkały w nich wielodzietne rodziny, które trzeba było utrzymać. W końcu wszyscy nie mogli żyć tylko z rolnictwa, a ze zbierania grzybów, wyżyć się nie da. Ojcowie rodziny zmuszeni byli poznawać wartość pieniądza daleko, bardzo daleko. Wyjeżdżali do Czechosłowacji, Związku Radzieckiego, a nawet Iraku. Dotychczas trzymali się swojej małej miejscowości. Wyjścia były dwa: wschód albo południe. Woleli to drugie. O zachodzie nie było nawet co marzyć. Tylko najwięksi szczęściarze dostawali się do Iraku. Trzeba było mieć wysoką rangę albo znajomości, a najlepiej jedno i drugie.

Po słowiańsku

Z miejsca zapomnianego trafiali na ogromne place budowy, na których pracowało więcej ludzi, niż liczyła cała ich wioska. Pracowali w polskich brygadach, które liczyły po kilkanaście osób. Nie musieli znać ani słowa w obcym języku. Z "Pepikami" i "Ruskimi" dogadywali się po "słowiańsku". Na budowach pracowało co najmniej kilka takich brygad. Z każdą budową zmieniał się ich skład i brygadzista. Zdarzało im się po latach ponownie spotkać kolegę z budowy elektrowni w Związku Radzieckim, przy nowym zleceniu na remont chłodni w Czechosłowacji. Byli to często ludzie z sąsiedniej wsi, a nawet gospodarstw. Ich jedynym stałym miejscem był oddalony o nieraz tysiące kilometrów dom.

Betonowe wulkany

Zlecenia przyjmował polski lub zagraniczny pośrednik. Budowali i remontowali wszystko. Elektrownie, tamy, chłodnie, huty, mosty i drogi. 70-letni dziś Edek pracował na zlecenie austriackiej firmy przy remontach potężnych - wysokich i szerokich na ponad 100 metrów, chłodni kominowych w Czechosłowacji. To te betonowe wulkany, które zieją dymem przy zakładach przemysłowych, chociażby w Skawinie czy Trzebinie. Czyścił i malował konstrukcje rusztowania, zajmował się betonowaniem, ale głównie ciesielką. Było sporo picia. Często pracował na wysokościach, ale kto by się tam wtedy tym przejmował. Raz tylko spadł z drabiny i złamał biodro, musiał wrócić na kilka miesięcy do ojczyzny. W jak mówi "delegacje", wyjeżdżał na pół, do półtora roku. Potem wracał do domu, by odpocząć i czekać na kolejną okazję wyjazdu za granicę. Nie wyobrażał sobie pracy w Polsce. Było ją tak samo trudno znaleźć, a do tego zarobki kilkukrotnie niższe.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Zobacz także:

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.