Facebook Google+ Twitter

Kvelertak. Brutalnie chwytliwy debiut Norwegów

Stary dowcip mówi, że Metallica skończyła się na "Kill'Em All". Albumowi norweskiego zespołu Kvelertak nie brakuje niczego, by nazwać go debiutem na miarę krążka wydanego przez Hetfielda i spółkę w 1983 roku.

Kvelertak "Kvelertak" / Fot. Strona internetowa zespołuKvelertak to zespół, który określa swoją muzykę jako "brutalnie chwytliwy punkrock/metal o smaku ciemności". Chyba nie da się lepiej wyrazić klimatu dokonań Norwegów. Po kilkudziesięciu przesłuchaniach ich debiutanckiej płyty, przychodzi mi do głowy jeszcze jedno dopowiedzenie: "z domieszką The Doors". Gdy czyta się przepis na tak wybuchową potrawę, trzeba naprawdę wysilić wyobraźnię. Przypuszczam, że niektórzy czytelnicy popukają się w głowę po jego lekturze, jeżeli wyobraźnia ich zawiedzie. Wystarczy wówczas kupić album o wszystko mówiącym tytule "Kvelertak" i wszystko zacznie układać się w całość.

W normalnych okolicznościach nawet nie spojrzałbym na okładkę wydawnictwa zawierającego tak eklektyczną miksturę. Gdy jednak usłyszałem utwór "Ulvetid" otwierający płytę wiedziałem, że nie da się przejść obok niej obojętnie. Melodyjna, choć w swym korzeniu black metalowa ściana dźwięku i drapieżny wokal o podobnych konotacjach, wgniotą w fotel każdego fana ciężkiego grania. Co najlepsze, to tylko cisza przed burzą, jaka zacznie się w naszej głowie w utworze "Mjød" i zakończy dopiero z ostatnimi dzwiękami płynącymi z krążka. "Mjød" to zresztą kwintesencja stylu Kvelertak i jego wizytówka. W trzecim utworze - "Fossegrim" - przychodzi czas na wspomnianą wyżej domieszkę The Doors. Gdy wybrzmiała z głośników partia klawiszowa à la "Alabama song", od razu stanął mi przed oczyma pochylony nad instrumentem Ray Manzarek. Powiem więcej, to krótkie wtrącenie wręcz mnie rozczuliło.

Nie ma sensu opisywać każdego utworu z albumu "Kvelertak", bo i tak rozbijemy się o mur stu tysięcy skojarzeń. W jednej z recenzji napisano, iż na płycie "zespół gna do przodu jak szalony, nie biorąc jeńców i nie dając wielu chwil do wytchnienia." Jest to chyba stwierdzenie dość dobrze oddające ducha wydawnictwa. Jedno jest pewne: melodyjne riffy i dziwne - jak na norweski metal - chórki nie zmieniają faktu, że Kvelertak nagrał płytę bezkompromisową i pełną młodzieńczej energii. Zespół nie stara się powielać tego co już było, choć czerpie pełną garścią z dorobku szeroko pojętej muzyki rockowej.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (7):

Sortuj komentarze:

Andrzej Strzelba
  • Andrzej Strzelba
  • 31.12.2010 00:00

Posłuchałem tej płyty no i niestety panowie przynudzają, może jeden kawałek at a time jest jeszcze do zdzierżenia, natomiast słuchanie tego samego w ilości, która jest na płycie jest dość męczące.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Bardzo niewiele, więc proponuję się nie nastawiać jeżeli jest się fanem Doorsów, niemniej posłuchać warto :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Brzmi obiecująco - chociaż jestem ciekawy, ile jest tej domieszki "The Doors", bądź co bądź, jednego z moich ulubionych zespołów.

Komentarz został ukrytyrozwiń

raczej szarańcza :P

Komentarz został ukrytyrozwiń

Mucha:))

Komentarz został ukrytyrozwiń

Rzeczywiście - spora analogia. Ja mam skojarzenia z Klimtem :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

A szata graficzna wspomnianego zespołu bardzo kojarzy mi się z Niebieskim Albumem Baroness

http://bloodandshutter.com/art/baroness-reveal-blue-record-artwork

Czy muzycznie też to wygląda podobnie? sprawdzę, dam znać :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.