Facebook Google+ Twitter

Kwaśniewski: Kurski i Ziobro też poszukają nowej drogi

  • Źródło: Polska
  • Data dodania: 2010-11-30 08:18

- Ani Ziobro, ani Kurski, ani Hofman nie wiążą swojej przyszłości z tym, że będą kustoszami mauzoleum Jarosława. Prawdopodobnie dojdzie tam do przesilenia, a oni poszukają nowej drogi. Mają poważny kłopot, z którym muszą sobie poradzić - mówi Aleksander Kwaśniewskim, były prezydent RP, w rozmowie z Dorotą Kowalską i Barbarą Dziedzic.

 / Fot. PolskapressePanie Prezydencie, publikacje WikiLeaks zaszkodzą stosunkom polsko-amerykańskim?
To szkodzi przede wszystkim USA. Mocarstwo, które niszczy elementarne zasady współpracy dyplomatycznej, wywiadowczej to dla nich wielki kłopot i wniosek: w XXI wieku przy nowych technikach i technologiach stare formy komunikacji są skończone. Można więc ogłosić: nie ma tajemnic i jak w amerykańskim filmie: "wszystko, co Pan/Pani teraz powie, może być wykorzystane przeciwko Panu/Pani". Bardzo ważna lekcja!

Czy w tych publikacjach może się znaleźć coś, czego Pan albo polska dyplomacja za Pana prezydentury mogłaby się obawiać?
Nie wiem. Świat tajnych notatek miał bardzo wąskie grono autorów i czytelników. Przez to swoboda wypowiedzi była duża, ale czy wartość informacyjna była wyższa. Wątpię!

Co Pan sobie myśli, obserwując poziom debaty publicznej: "Fajnie, że jestem ponad to"?
Mam nieco punktowy obraz tego, co się w Polsce dzieje. Kiedy po konferencji międzynarodowej poświęconej kryzysowi finansowemu albo znaczeniu przepływów migracyjnych w Europie przyjeżdżam do Polski, a główną wiadomością dnia jest pani Kluzik-Rostkowska, pan Palikot albo to, co powiedział Kaczyński o fryzurze Kamińskiego, to się martwię. I myślę sobie, że albo Polska jest tak szczęśliwym krajem, że możemy się zajmować duperelami, albo jest to rodzaj pewnego, mówiąc delikatnie, regresu intelektualnego, bo rzeczywiście żadnych poważnych rozmów dotyczących istoty spraw nie ma. W tym sensie cieszę się z zaproszenia na posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego.

Uważa Pan, że zaproszenie generała Wojciecha Jaruzelskiego na posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego było dobrym pomysłem?
To ważny i dobry pomysł. Prezydent Komorowski zaproponował kulturę polityczną, która jest rzadko spotykana nawet w demokracjach bardziej zaawansowanych niż Polska. Uczynił bardzo istotny krok w budowaniu sensownej, nie codziennej, ale odświętnej kultury politycznej.

Krytycy tego pomysłu twierdzą jednak, że Bronisław Komorowski tym zaproszeniem legitymizuje to, co się z generałem Jaruzelskim Polakom kojarzy, np. stan wojenny.
Gdyby pójść tym tropem, prezydent musiałby się zachowywać jak IPN. Bronisław Komorowski przyjął formułę, zgodnie z którą zaprosił wszystkich prezydentów III Rzeczypospolitej, czyli tych, którzy od początku polskiej demokracji brali udział w przemianach. Generał Jaruzelski został wybrany po wyborach czerwcowych, wspierał rząd Tadeusza Mazowieckiego, ustąpił, kiedy pojawił się wniosek o zorganizowanie powszechnych wyborów, które wygrał Lech Wałęsa. Nie widzę żadnego powodu, niezależnie od jego przeszłości, żeby go z tego grona wykluczać. Jeżeli uznalibyśmy, że III RP zaczyna się w momencie wyboru Lecha Wałęsy, to unieważnilibyśmy rząd Tadeusza Mazowieckiego, Leszka Balcerowicza, co jest po prostu bez sensu. Z punktu widzenia rehabilitowania Jaruzelskiego za to, co jest kontrowersyjne w opinii publicznej, Komorowski nie zrobił nic. Wszystkie sporne kwestie takimi pozostają. Ale w sensie budowania kultury politycznej zrobił wiele. Byłem na tym spotkaniu i mogę powiedzieć, że było niezwykle potrzebne i merytoryczne.

Co dokładnie poradzili państwo prezydentowi w sprawie wizyty Miedwiediewa i do jakich doszliście wniosków?
Ostatnia podobna wizyta miała miejsce w 2002 roku, kiedy Putin przyjechał do mnie i rozmawialiśmy w Poznaniu. Dlatego ta wizyta powinna być przede wszystkim wychylona ku przyszłości. Powinna decydować o tym, co robimy dalej. W sprawie Katynia jest okazja, aby temat ostatecznie zamknąć, bo rezolucja, jaką podjęła Duma, to zdecydowany krok naprzód w tym kierunku. Teraz trzeba się zastanowić, jak utrzymać dialog polityczny między Polską a Rosją, jakie powinny się odbywać wizyty, co powinniśmy zrobić dla spraw politycznych, kulturalnych jak, powinniśmy budować politykę Unii Europejskiej wobec Rosji czy jak powinniśmy się włączyć do budowania procesu modernizacji w Rosji. Tematów dotykających polsko-rosyjskiego zbliżenia jest sporo, podobnie jak sporo jest rozbieżności. Nie uzyskamy przecież łatwo zgodności w sprawach energetycznych, w polityce w stosunku do Ukrainy ani w sprawach choćby tego, co dzieje się w obwodzie kaliningradzkim. Istnieje lista rozbieżności, trzeba o niej mówić otwarcie, ale sam fakt, że będą takie rozmowy, a później kolejne, jest bardzo ważny. Największą słabością w polityce polsko-rosyjskiej w ostatnich latach był brak kontaktów.

A jak Pan w ogóle ocenia te kilka miesięcy prezydentury Bronisława Komorowskiego?
Bronisław Komorowski miał trudny start ze względu na kwestię krzyża na Krakowskim Przedmieściu, nastroje, na nieuznawanie jego wyboru przez opozycję i jej lidera. Myślę, że te wydarzenia trochę zaciążyły na pierwszych tygodniach prezydentury w sensie psychicznym. Za długo trwało składanie kancelarii i wyprowadzenie krzyża spod Pałacu Prezydenckiego. Ale patrząc na działania prezydenta w tej chwili: sytuacja i kalendarz mu sprzyjają. W ciągu ostatnich tygodni musiał się przygotować do uczestnictwa w szczycie natowskim. Tam po raz pierwszy spotkał się z tak wielką liczbą przywódców światowych, więc został rzucony na głęboką wodę. Wyniki szczytu są korzystne. Wrócił w pełnym przekonaniu, że interesy polskie zostały przedstawione, zagwarantowane i zrozumiane. Teraz Komorowski ma spotkanie z Miedwiediewem, za chwilę z Obamą, w międzyczasie przyjeżdża prezydent Niemiec Wulff. Część budowania jego pozycji jako aktywnego uczestnika polityki międzynarodowej już ma miejsce i to jest dobre. Pytanie, jakie będą relacje Bronisława Komorowskiego z rządem. Na razie jest wobec niego nadmiernie spolegliwy. Osobiście nie podpisałbym ustawy o dopalaczach, tylko skierowałbym ją Trybunału.

Głównym zarzutem kierowanym pod adresem Bronisława Komorowskiego jest to, że jest prezydentem bezbarwnym, mało charyzmatycznym. Pan się z tymi zarzutami zgadza?
Bronisław Komorowski ma prawie 60 lat, więc jego charakter już się ukształtował. Nie sądzę, aby mógł być prezydentem, u którego nagle odnajdziemy jakieś cechy rewolucjonisty albo strasznego egoisty czy narcyza. Tym, co jest pozytywne w prezydencie Komorowskim, jest jego stabilność psychiczna i duża przewidywalność. Nie zmienia to faktu, że na jego biurku pojawi się wiele kwestii, które będą trudne, inaczej oceniane przez jego środowisko polityczne, inaczej przez inne. Wtedy będzie musiał wykazać się niezależnością poglądów. W moim przekonaniu to, że ma gotowość do działania według własnego przekonania, pokazała chociażby RBN. Sądzę, że gdyby przeprowadzić sondaż w Platformie Obywatelskiej, czy generał Jaruzelski ma w tym spotkaniu uczestniczyć, większość powiedziałaby, że nie.

Premier był ponoć bardzo niezadowolony z faktu zaproszenia gen. Jaruzelskiego.
To tym bardziej dobrze to świadczy o prezydencie.

Kto, Pana zdaniem, wygrał wybory samorządowe, bo wszystkie partie odtrąbiły swoje zwycięstwo?
Jestem człowiekiem, który przez wiele lat był związany ze sportem. Na pytanie, kto wygrał, odpowiedź jest prosta: wygrała Platforma Obywatelska, bo zajęła pierwsze miejsce. Natomiast oczywiście jest pytanie o to, jak interpretować wyniki tych wyborów. Mówiąc szczerze, nie ma ani jednej partii, która ma powód do proklamowania klęski. Najciekawsze jest natomiast właśnie rozpatrzenie tych sukcesów z "ale". W przypadku Platformy Obywatelskiej, zwycięzcy tych wyborów, "ale" wygląda następująco: ten wynik jest poniżej tego wszystkiego, co pokazywały sondaże i poniżej wyniku z kampanii parlamentarnej. Można powiedzieć, że Platforma utrzymuje pozycję lidera, natomiast nie jest to liderowanie całkowicie niezagrożone.

Bardzo często kandydaci Platformy przegrywali z kandydatami niezależnymi. Jak Pan sądzi, skąd bierze się fenomen komitetów niezależnych? Ludzie mają dość polityki?
Cała reforma samorządowa w Polsce jest ogromnym sukcesem. A nasze przekonanie w momencie budowania reformy samorządowej polegało właśnie na tym, że samorząd będzie tworzony poprzez stowarzyszenia lokalne, obywatelskie. To w dużej mierze w pewnych miejscach się udało i trwa. Później, w związku ze stabilizowaniem się sceny politycznej w Polsce, partie zaczęły komitety obywatelskie wypłukiwać, zjadać. Ale nie wszędzie. Sukces komitetów obywatelskich jest najczęściej oparty o silną indywidualność lidera i ludzi, którzy go otaczają, bo pozycja takich samorządowców jak Dutkiewicz we Wrocławiu, Szczurek w Gdyni, Ferenc w Rzeszowie jest niekwestionowana. Ale wracając do wyników wyborów samorządowych, "ale" dla Platformy polega także na tym, że PO wzięła na siebie całą odpowiedzialność władzy, którą będzie musiała unieść. Za rok Platforma nie będzie mogła mówić, że czegoś nie zrobiła, bo prezydent był zły czy opozycja nie taka. Przyjdzie czas rozliczeń.

Politycy Platformy mówią: "Trudno wprowadzać reformy w roku wyborczym. Za reformy trzeba wziąć odpowiedzialność, a jak przegramy wybory parlamentarne? Poczekamy, wygramy je i wtedy zaczniemy reformować".
To czysty cynizm.

"Ale" wyborcze dla PiS.
"Ale" PiS jest najpoważniejsze. Bo PiS, choć rzeczywiście można powiedzieć, że w stosunku do tego, co tam się dzieje, zyskał wynik nie najgorszy, to jest to jednak wynik słabszy niż cztery lata temu i dużo gorszy niż ten w wyborach prezydenckich. PiS traci głosy i będzie się coraz bardziej zamykał w gronie swoich wyznawców.

Więcej czytaj na polskatimes.pl

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.