Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

33787 miejsce

Kwiecień, który zawsze boli

"Ludzie, którzy żyją historią, mogą być głupcami. Ci, którzy jej nie znają są po prostu biedni". Winston Churchill

List z obozu w Kozielsku, luty 1940 / Fot. Fundacja Kresy-SyberiaMatka Marii Wysoczańskiej, żona przedwojennego oficera Wojska Polskiego, rozstrzelanego w Charkowie, w kwietniu 1940 r. stanęła przed nie lada dylematem. Jakby nie dość było tych wszystkich upokorzeń i dramatów, absurdów i ograniczeń, jakby nie dość było życia, w którym nagle pozostała sama w swoim wielkim, "pańskim" domu w Lidzie, mając za towarzystwo jedynie kilkuletnie dziecko oraz dwóch, dokwaterowanych z nakazu administracyjnego oficerów NKWD.

Pierwszy z nich był typowym sowieckim sołdatem, prostym i upiornie brudnym chamem, niewiarygodnym wręcz burakiem, który walił się w zabłoconych buciorach do wykrochmalonej pościeli, szczał po kątach, bo nie umiał inaczej i nawet na śniadanie przychodził z naładowanym pistoletem, który kładł obok miski z jajkami.

Drugi był jego przeciwieństwem : uczesany, ogolony i uśmiechnięty, niemal cywilizowany żołnierz, zawsze mówiący głosem niewiele głośniejszym od szeptu i nigdy tego głosu nie podnoszący. W swoich wypucowanych oficerkach i czyściutkim mundurze wyglądałby prawie, jak człowiek ... gdyby nie te paskudne, malinowe patki na pagonach, w niczym nie przypominające jakiejkolwiek szarży jakiegokolwiek cywilizowanego wojska, wzbudzające jednak od razu strach i posłuszeństwo. Nigdy jednak nie dał jej odczuć, że powinna się go bać ani być posłuszna. Odczuwała w związku z tym jakiś dyskomfort, ale też rodzaj limitowanego odpuszczenia: w końcu, jako żona wroga ludu, skazanego chyba i wywiezionego gdzieś hen, daleko, nie mogła liczyć na żadną taryfę ulgową. To właśnie jednak ten, czysty i cywilizowany człowiek radziecki postawił ją przed dylematem, o jakim nie śniła w swoich najgorszych koszmarach. Po śniadaniu odczekał chwilę, aż oddali się jego cuchnący wczorajszą, suto zaprawioną kolacją i całkiem świeżymi rzygowinami towarzysz, po czym poprosił o krótką rozmowę na osobności. Maria zapamiętała każdy przecinek, każdą pauzę i każde drgnięcie głosu matki, która opowiedziała jej tę historię wiele lat po zakończeniu wojny, która zniszczyła cały świat.

Enkawudzista przeszedł z marszu do sedna sprawy.

- Będą was wywozić. Rozkaz już podpisany, nie ma odwrotu. To już nie kwestia tygodni, lecz dni.

Kobieta zamknęła oczy i westchnęła głęboko. Raczej z ulgą niż z przerażeniem. Przecież spodziewała się tego; czego zresztą miała spodziewać się jako żona osławionego wrogu ludu ? Sowieci, od kiedy się tu pojawili, stosowali odpowiedzialność zbiorową, nawet jeśli przestępstwo popełnione przez domniemanego winowajcę było równie rzeczywiste, co schody do nieba. Szafowali też bez umiaru wyrokami : dziesięć lat, dwadzieścia, dwadzieścia pięć. Pamiętała też, co działo się dwa miesiące temu, w lutym, w tym zimnym lutym, najzimniejszym od lat. W piątek na ulicach było jeszcze sporo ludzi, w sobotę zaś już ich nie było. Nie było ich również w niedzielę ani w poniedziałek - więcej się nie pojawili a ulica zamilkła. Informacje przekazywane szeptem były przerażające - tak działo się ponoć już na całych Kresach, a nie tylko tu, w Lidzie. W jedną noc zwieźli tych wszystkich ludzi na perony, załadowali do wagonów i wysłali Bóg wie gdzie. A może tylko Stalin wie gdzie. Tak, spodziewała się tego i - wbrew logice - odetchnęła z ulgą. Lepsza ta koszmarna pewność niż zawieszone w próżni czekanie. Kolejne słowa sowieckiego oficera zamąciły tę pozorną ulgę.

- Jest sposób, jutro wyjdziesz za mnie, zarejestrujemy się w urzędzie. To nie rozkaz, to propozycja. Nic od ciebie nie chcę, nic się nie zmieni. Nawet cię nie dotknę. Jako żona radzieckiego oficera, i to z mojej formacji, będziesz bezpieczna. I Marysia też. Nikt nie będzie pamiętał już o twoim wrogu ludu ani o tych wszystkich sprawach, staniesz się niewidzialna. Tu już nigdy nie wróci twoja Polska i twój żołnierz też tu nie wróci. - tu zrobił pauzę, może dla efektu, może był naprawdę przejęty, jednak grymas na jego twarzy wyglądał na szczery. – Ja wiem, że nie wróci. I ja nie wrócę, zaraz wyślą mnie na front, stamtąd już nie ma powrotu ...

Kobieta stała, jak porażona. Koszmar miał dopiero się zacząć, ona jednak czuła, jakby cały jej świat runął w jednej chwili na ziemię po to, żeby nigdy się z niej nie podnieść.

- Jestem żoną polskiego oficera ... - zaczęła. Rosjanin przerwał gwałtownie.
- Ratuj Marysię. - powiedział z naciskiem. Zaczerpnęła głęboko tchu.
- Jestem żoną polskiego oficera. - powtórzyła dobitnie. - Mój mąż jest jeńcem wojennym i przebywa w radzieckim obozie jenieckim. Kiedy skończy się wojna, wróci do mnie i do Marysi. Ta dyskusja jest skończona, dziękuję za propozycję ale w żadnym wypadku jej nie przyjmę. Proszę mnie więcej nie obrażać.

Trzy dni później, 13 kwietnia 1940 r. siedziała na zimnej, drewnianej podłodze prymitywnego wagonu. Marysia - o dziwo - usnęła, mimo że od kilku godzin nie miała nic w ustach; dobrze chociaż, że nie było jej zimno. Wagon wypchany był po brzegi dziesiątkami ludzi, którzy, tak jak one, obudzeni zostali gwałtownym łomotaniem do drzwi o bladym świcie i wywleczeni przez krzepkich żołnierzy z cieplutkich i bezpiecznych łóżek. Niektórzy z tych ludzi siedzieli na jakichś workach, walizkach i pakunkach - widać pomyśleli lub przygotowali się zawczasu. Ona nie miała nic. Poza zdjęciem Michała, który uśmiechał się butnie w swoim galowym, wyjściowym mundurze, śpiącą Marysią oraz grubym kocem i bochenkiem przyschniętego chleba, które wcisnęli jej jacyś obcy ludzi, była zupełnie odarta z dotychczasowej rzeczywistości. Nie wzięła nawet szczotki, którą czesała swoje długie włosy. Nic nie wzięła. Straciła głowę i zaczęła krzyczeć, przestała dopiero tutaj, w wagonie,
pośród obcych, przerażonych ludzi i miarowego stukania obojętnych kół. Marysia lekko posapywała przez nos - znowu ma katar. Kobieta zamknęła oczy. Z modlitwy nic nie wyszło.

Nie wiedziała, dokąd jedzie. Nie wiedziała, że po strasznej podróży, z której wyjdzie oszpecona na całe życie i chora, czeka ją lepianka w Kazachstanie, wszy, choroby i głód. Może lepiej, że nie wiedziała. Nie przetrwałaby miesięcznej podróży z tą wiedzą.

Ta historia nie jest zmyślona. Wydarzyła się naprawdę. Podobnie, jak tysiące innych, a jakże podobnych historii.

Wczesnym rankiem 13 kwietnia 1940 roku ponad pół setki mechanicznych dżdżownic, składających się z żelaznej, dymiącej parą głowy i niezliczonej ilości drewnianych, następujących po sobie segmentów, wywiozło do Kazachstanu ponad sześćdziesiąt tysięcy osób. Byli to przeważnie najgroźniejsi dla sowieckiego systemu "wrogowie ludu" : matki z kilkuletnimi bądź nawet nienarodzonymi jeszcze dziećmi, ślepi staruszkowie, marudzące babcie, jednonodzy weterani, cały ten niepodlegający żelaznym prawom wojny i niemożliwy do wykorzystania przy jakiejkolwiek uczciwej, socjalistycznej pracy, pański pomiot. Większość z nich łączyło jedno : ich mężowie, synowie, ojcowie, bracia czy szwagrowie kilka miesięcy wcześniej stawili zbrojny opór Robotniczej Armii. Albo przynajmniej znaleźli się w jej pobliżu. Wiele lat później nazwie się tych nieszczęśników "rodzinami katyńskimi" - w ten kwietniowy poranek byli jednak po prostu bliskimi kilkunastu tysięcy mężczyzn oraz jednej kobiety, których losy miesiąc wcześniej ostatecznie przypieczętował towarzysz Stalin, kładąc swój zamaszysty podpis na decyzji politbiura WKP(b), mówiącej o definitywnej likwidacji polskiego problemu ... Decyzja zapadła 5 marca 1940 r, zaś 3 kwietnia tegoż roku ruszyły transporty śmierci. Później było strzelanie w tył głowy.

W chwili, gdy ruszały na wschód kwietniowe wagony z matkami, córkami i żonami, wciąż jeszcze trwała rzeź ojców, synów i braci.

Z "wyzwolonych" terenów tak zwanej "Zachodniej Białorusi" wywieziono w nieznane 27 tysięcy osób czyli ponad 8 tysięcy rodzin. Resztę, czyli blisko 34 tysiące ludzi, stanowili mieszkańcy „Zachodniej Ukrainy”, również przez Sowietów "wyzwolonej". Ciekawie przedstawiał się rozkład narodowościowy tego kontyngentu wygnańców : wśród deportowanych 69 % stanowili Polacy, 13 % Białorusi, 12% Ukraińcy, 4 % Żydzi. Rdzenni Rosjanie stanowili w tym kontyngencie ok. 1,5 %. Liczby są nieprecyzyjne. Dawało to jednak około 41 tysięcy Polaków, 7700 Białorusinów, 7100 Ukraińców, 2400 Żydów i ok. 900 Rosjan. Zgodnie z dyrektywami NKWD rozmieszczono tych nieszczęśników w Północnym Kazachstanie, głównie w obwodach: aktiubińskim, akmolińskim, kustanajskim, pietropawłowskim, karagandzkim, semipałatyńskim, pawłodarskim i północnokazachstańskim. Warto tu wspomnieć o jeszcze jednej liczbie. Według różnych, niezależnych od siebie badań, 65 do 70% całości transportów stanowiły kobiety. I dzieci.

Wrogowie ludu ...

NKWD wymyśliła nawet nazwę dla tych wrogów : administratywno-wysłane. Administracyjnie zesłani czy też przesiedleni.
Kara miała trwać lat dziesięć. Władze kazachskiej republiki socjalistycznej raportowały, iż ponad 35 tysięcy z tych administratywno-wysłanych rozpoczęło swoją reedukację w kołchozach, blisko 18 tysięcy w sowchozach, szczególnie zaś sprawną, wyselekcjonowaną podgrupę, liczącą 8 tysięcy dusz, skierowano do budowy dróg i wydobycia złota w złowrogiej kopalni Majkain Zołoto w okolicach Pawłodaru.

Większa część zesłańców pochodziła z miast i miasteczek. Dzieci, kobiety, stare babcie i niedowidzący staruszkowie umierali, grzebiąc tępymi kilofami w jałowej ziemi. Albo w lepiankach, pełnych wszy i blaknących wspomnień. Albo zżerał ich tyfus. Według wszelkich dostępnych badań, śmiertelność tej grupy zesłańców, nazwanej po latach "Drugą wielką deportacją" była ogromna i przygnębiająca, większa niż w pozostałych trzech głównych falach deportacyjnych. Nikt jednak do dnia dzisiejszego nie jest w stanie podać dokładnej (czy choćby zbliżonej) liczby ofiar.

Marysia przeżyła. Jej matka również. Jedząc trawę, kradnąc, walcząc z głodem, chorobami, beznadzieją i upodleniem, czekały na Michała, który siedział w sowieckim obozie jenieckim. Wojna się przecież kiedyś skończy, wrócimy do domu i tam się spotkamy. Nie wiadomo, co stało się z amantem z NKWD. Marysia poszła do radzieckiej szkoły, śpiewała piosenki o Leninie i uczyła się na pamięć wierszyków o przyjaźni narodów. Cały czas czekała na dzień, w którym spotka wreszcie swojego tatę. Nie wiedziała wtedy, że to czekanie rozciągnie się na dziesiątki lat.

A tysiące kilometrów od dukającej po rosyjsku Marysi, pod brzozami w katyńskim lesie, każdej kolejnej wiosny dziwnych i strasznych lat czterdziestych, kwitły poziomki. Były tak wielkie, że miejscowi, pełni przesądów i zabobonów, bali się je zbierać ...

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (24):

Sortuj komentarze:

NKWD to wiedziało co robić z niewygodnymi.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Panie Andrzeju, śmierć jednostki to dramat, śmierć milionów to statystyka - że powtórzę za dyktatorem.
A kto więcej Polaków pomordował? Wg mnie każda ze stron zbyt wiele...

Komentarz został ukrytyrozwiń

@Jerzy Konopka. Nic dodać, nic ująć. Trafił Pan dokładnie w sedno i oszczędził mi odpowiedzi na tę bezsensowną, słowną prowokację. Dziękuję i pozdrawiam

Komentarz został ukrytyrozwiń

@Marta Jenner - dziękuję pani Marto za naprawdę mądre słowa. Napisała Pani to, co chodziło mi po głowie po lekturze komentarzy pod tekstem.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Przypomnę, że kwiecień już za komuny był Miesiącem Pamięci Narodowej, tylko nigdy nie wiedziałem dlaczego...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Ależ te życie nieskomplikowane według Andrzeja Chorążewicza .Wymordowano miliony Polaków, a pan prze do przodu z pełnym brzuchem, jakby to był jedyny sens życia.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Niestety, muszę się zgodzić, że niektórzy historycy dokonują interpretacji wydarzeń tak, by pasowały do politycznie poprawnej (w danym momencie) tezy. I może właśnie dlatego warto te szczątkowe relacje gromadzić, żeby kiedyś na ich podstawie (tj. na podstawie całokształtu) powstał w miarę obiektywny obraz minionych czasów.
A skoro mowa o obiektywizmie, to proszę zwrócić uwagę: wspomnienie o pani Wysoczańskiej z jednej strony przypomina, jak działał zbrodniczy system, a z drugiej - pokazuje, że nie każdy Rosjanin był kanalią, a stalinizm pożerał również własne dzieci.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Panie Andrzeju, to nie jest tylko "babranie się" w przeszłości. Zarówno ten artykuł, jak i tekst Pana Darka, poświęcony żołnierzom spod Monte Cassino, spełniają dwie ważne funkcje.
Po pierwsze, losy tych ludzi są ważną cząstką losów naszego narodu. Nie można ich "wykasować" z pamięci, bo dla przyszłych pokoleń historia stanie się niezrozumiała - przecież dzieje ludzkości opierają się na związkach przyczynowo-skutkowych. Mały przykład - jak wytłumaczy Pan obecną polaryzację naszego społeczeństwa bez sięgania do wiedzy o Katyniu? A historię znać trzeba, inaczej nie wyciągnie się żadnych wniosków z popełnionych w przeszłości błędów.
Po wtóre, warto opowiadać przeszłości właśnie w taki sposób, w jaki to zrobili Autorzy - pokazując ją z punktu widzenia losów jednostki. I to jednostki, z której możemy być dumni, w przeciwieństwie do lansowanych z uporem maniaka celebrytów.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Przepiękny fragment pewnej historii rodziny rozbitej i aż tak boleśnie doświadczonej . Najpiękniejsze jest to że przeżyły cały ten koszmar nędzy i wyszły zwycięsko i z honorem i bez litości dobroci słowiańskiej duszy , ale nie każdy tak by postąpił i bym mu za złe nie uznał , trzeba zdać się na to co nam jest najlepsze , i ważne aby wyjść z danej sytuacji zwycięsko , a tym bardziej aby dzieci wyszły cale i zdrowe to jest cudowny fragment . Brawo za to wspomnienie.!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Panie Andrzeju, jednak można bardziej precyzyjnie zadać pytanie :)
Jeśli ktoś ma się gniewać na naszych agresorów to po równo, proporcjonalnie do "zasług".
Przez wiele powojennych lat wałkowane były zbrodnie hitlerowców, stalinowców pomijało się, przynajmniej w oficjalnej informacji. Wiedzę, przekonanie, że Niemcy są be wyssaliśmy (pokolenie powojenne) z mlekiem matki, zbrodnie stalinowskie nadal odkrywamy, są dla nas nowością, więc bardziej zaskakują i pasjonują. Niech Pan popatrzy na reakcje czytelników, im bardziej zaskakujący, kontrowersyjny temat, tym bardziej atrakcyjny. Tak już jest psychika człowieka skonstruowana. Nawet w sporcie, jeśli wygra faworyt to fajnie i tyle, jak wygra ktoś kogo nawet nie brano pod uwagę, zaczyna się wielka debata.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.