Droga ciągnęła się w górę, nie zapowiadając, by miała zamiar kiedykolwiek się skończyć. Podmuch wiatru muska twarz. W dole widać niebieskie dachy namiotów. Oficjalnie w okolicy funkcjonuje sześć obozów. Ile jest pojedynczych namiotów, przyczep rozsianych dookoła - tego nikt nie wie. Marco spotykam na przedmieściach. Jego zielony namiot jest zatopiony pomiędzy blokami. -Co tu robisz? - pytam. - Mieszkam.
Nie chciał opuszczać okolicy, w której się wychował. Rozbił swój namiot pod budynkiem, w którym mieszkał. Prawie u siebie. Wchodzimy do bloku, w którym przebywał w momencie tragedii. Wszystkie pomieszczenia są do siebie bliźniaczo podobne. Opuszczone w pośpiechu. W kuchni stary chleb. Oliwa, której nikt nigdy już nie dokończy. Brak tylko podstawowych rzeczy - ubrań, butów, dokumentów. To zostało zabrane przez strażaków. Pozostałe rzeczy nie zmieniły swojego miejsca od ponad sześciu miesięcy.
Garaż. Tutaj mieszka Franco. Mocno się napracował, by stworzyć namiastkę domowego ogniska. Jest łóżko, szafa, coś do jedzenia, wino. - Nie boisz się, że to wszystko runie? - pytam
- Nie. Konstrukcja jest solidna. - A co z tymi pęknięciami na ścianie? - mówię, pokazując ręką pajęczynę pęknięć w jednym rogu. - Kilka dni temu było kolejne trzęsienie i nic się nie stało - odpowiada zwycięsko.
To fakt. Trzęsienia wracają. Jednak ich siła jest mniejsza. Jakby nabrały litości dla tego miejsca. Są łaskawsze, ale wciąż groźne. - Wiesz, że możesz zginąć w tym garażu? - Wiem, a ty wiesz, że i po ciebie śmierć może przyjść w każdej chwili - ripostował. nalewając sobie przy tym kubek wina.
"Dove saro' domani?'" - gdzie jutro będę
Słońce opadało coraz niżej i niżej tracąc swój blask. Kończyło dzień... Kawa w przydworcowym barze smakowała, jak zwykle, znakomicie. Jej aromat unosił się w powietrzu.
Enrico dawał mi ostatnią radę życiową. - Słuchaj przyjacielu. Nieważne czy ktoś cię lubi, czy nie, jeśli ty go lubisz - to nic złego. Warto mu to powiedzieć. Wiesz czasem trzeba schować dumę do kieszeni. Lepiej być szczęśliwym, że można wyrazić siebie, niż żyć całe życie dumnym ale smutnym. Rozumiesz? Nie rozumiesz. Ale przyjdzie taki czas, że pojmiesz.
Kilka tygodniu później pojąłem. Słońce już prawie całkiem schowało się za horyzont. Dopiliśmy nasze kawy. Życie dzienne dogasało. Ostatni promień czerwonego światła spowijał pobliskie wzgórze. Minie jeszcze niejeden taki zachód, nim to miasto znów zacznie żyć. Jednak czy mieszkańcy mają tyle czasu, by czekać?