Facebook Google+ Twitter

Łan makowy

  • Źródło: Gość dnia
  • Data dodania: 2011-02-22 19:07

Jest w polach za Marcinkowem koło Mrągowa drewniana kapliczka na rozstaju dróg. Stara Borowa zachodzi tu czasem, by zostawić pod pomarszczoną od wiatru i deszczu Maryją bukiet z uzbieranych na łąkach kwiatów.

Najszybciej zawsze więdną maki. Już po godzinie gubią czerwone płatki, jakby zrzucały je z zielonych główek w ofierze. Czasem ledwo stara Borowa przepowie litanię loretańską, a już makowe płatki niczym łzy spadają na ziemię. Nie pomaga nawet świeża woda w szklanym wazonie, przyniesionym tu wiele lat temu przez kogoś ze wsi.

- Widać Najświętsza Panienka nie lubi maków… - Mamrocze Borowa, wracając do domu po piaszczystej drodze, wzdłuż pól i łąk Marcinkowa, co przed wojną nazywało się Mertindsdorf.
Czasem starej Borowej do dziś jeszcze wyrwie się: - A u nas w Mertinsdorf jak ludzie chcieli dom budować, to najpierw ziemię swoją grodzili i krowy wpuszczali. Gdzie co najmniej trzy się położyły obok siebie, tam można było kopać fundamenty. Znaczy ziemia dobra była, bez żył wodnych czy innego diabelstwa.

Kiedy jej mąż, stary Borowy dom stawiał, też krowy najpierw puścił. W niecce się takiej położyły, leniwie gryząc trawę. Poszli razem zobaczyć, które to miejsce krowy na dom wybrały.
Słońce prażyło tamtego dnia, choć już zachodziło coraz niżej schodząc za ścianę lasu. Borowy głowę tylko do góry uniósł i westchnął: - Latoś słoneczko nie żałuje promieni…

A stara Borowa, co jeszcze wtedy była młoda, postawna i zdatna do roboty, zanuciła piosenkę warmińską, co ją ze swoich stron rodzinnych, z Kierwin koło Lidzbarka Warmińskiego pamiętała: - Już słoneczko zaszło za góreczka w ciszy, puść ty nos do domu ach ty dziodzie łysy, a ja jak nas nie puścisz, to same pójdziewa…

Spojrzał na nią Borowy i na te pola wokół, co łanem makowym zaścieliły się. Dotknął jej twarzy, włosów jasnych zaplecionych w warkocz, potem chciwie sięgnął do guzików sukienki, co ciasno opinała piersi Borowej.

Osunęli się lekko w ten łan, a zachodzące słońce wolno schodziło za las, jakby zawstydzone tym, co się pod nim działo. Poczęło się z tej miłości pierwsze dziecko Borowych. Syn Michał. Akurat w miejscu, w którym potem dom postawili. Zanim dziecko się narodziło, dom już był. Niewielki, bo miał tylko trzy izby i stryszek niewielki, ale Borowym dobrze się tu żyło.
Borowa zaraz po połogu poszła do roboty, bo czerwiec był bujny i soczysty; ziemia o ludzkie ręce wołała.

Słońce wschodzące wyganiało ich z łóżka, zachodzące – zaganiało do domu razem z krowami z pastwiska. - Jakby by my ziedzieli, chto tak z rena budzi, dali by mu ziela, co by nie znał ludzi, ziela, ziela, ziela, zielonej pietruszki, co by łon nie podniósł i łba od poduszki… - śpiewała na polu zaciągając po warmińsku Borowa, bo bardzo lubiła śpiewać. - Ty nie śpiewaj, jeno rób. – Ucinał krótko Borowy, który od narodzin syna za nic miał już te babskie wdzięki i sentymenty. Panem czuł się u siebie na ziemi i ojcem pierworodnego. A Borowa była tylko trybikiem w jego świecie. O prawach nim rządzących na próżno było z nią gadać. I tak by nie zrozumiała.

Michał przez całe lato spał na rozpiętym między drzewami płótnie, pojony słodkawym wywarem z maku. Borowa zachodziła do niego co jakiś czas i wyciągała białą pierś. Mały ssał łapczywie ciepłe mleko i rósł w oczach. Dobrze było Borowej w tym świecie, poukładanym porami roku i wschodami słońca. I mimo iż dłonie stwardniały od roboty i tęsknota czasem jakaś za serce chwytała, to jednak lubiła patrzeć na pochylone barczyste plecy męża, sierpem ścinającego dojrzałe zboże.

Któregoś dnia przyszedł Borowy do domu i powiedział, że nowy chłop jakiś do wsi zjechał.
- Podobno aż spod Braunsberga, na kolei pracował, a teraz tutaj chce się osiedlić. Miastowy on jakiś… Braunsberg to było obecne Braniewo, a przyjezdny Udo Samlowski w swoim życiu najlepiej potrafił jedynie odprawiać pociągi do Królewca.

Postanowił pobudować dom na rozstajnych drogach za wsią. Mówili mu chłopy nie raz, by domu nie stawiał w takim miejscu. - Odsuń go dalej, aż do drogi. Nie buduj na rozstajach, bo cię zło w życiu przeczołga i jeszcze wróżbę na nas jakąś ściągniesz. Krowy puść, same miejsce ci znajdą na dom.

Nie posłuchał Samlowski i dom zbudował, gdzie chciał. Ledwo zamieszkał, a już burza nad wioską przeszła i piorunami w jezioro grzmociła, jakby w groźbie. A potem znów przyszło skwarne lato, ludzie podnosili głowy do nieba i o deszcz się modlili. Mały Michał Borowy już biegał na tłustych nogach, a Borowa z brzuchem pod samą szyję chodziła, lada dzień oczekując rozwiązania.

I wtedy właśnie do wsi zjechał fotograf zdjęcia ludziom robić. Błyskał lampą, stroszył wąsa na tego, co się źle ustawił. Ludzie pozowali na progach swoich domów i dawali się zdejmować, postrojeni w niedzielne ubrania i uczesani na gładko gęsim smalcem. Na koniec fotograf powiedział ludziom: - Wojna idzie. Niemcy na Polskę ani chybi najadą.
I pojechał, zostawiwszy tych ludzi przestraszonych i smutnych.

Pierwszy ponoć odezwał się wtedy Borowy: - To wszystko przez tego Samlowskiego. Nie uszanował naszych praw. Jak świat światem, nikt się na rozstajach dróg nie buduje.
Ludzie odwrócili się od kolejarza, w nim tylko widząc przyczynę niepowodzeń.
A potem wszystkie chłopy ze wsi poszli na wojnę, łącznie z Samlowskim.

Którejś wiosny burza przyszła. Nie przestraszyła się świec w oknach, ani żółtych kamyków upychanych w kieszeniach. Piorunem poraziła dom na rozstajach dróg. Spłonął doszczętnie i straszył tylko czarnymi żerdziami. Nie było nawet komu tego uprzątnąć. Wojna zabierała kolejne ofiary. Borowy zginął na froncie we Włoszech, nie doczekawszy narodzin córki Heidi. Zginął też Samlowski i paru innych ze wsi.

Kobiety najpierw pogrążyły się we wdowiej rozpaczy, a potem najęły robotnika z sąsiedniej wsi, by na rozstaju dróg pobudował kapliczkę. - By już nikt więcej nie przeczołgał się przez złe miejsce – mówiła Borowa, wspominając Samlowskiego, co to przez niego ta zła wojna wybuchła i chłopów zabrała.

Od lat stara jak świat Borowa przychodzi na rozstaje dróg i kładzie poszarzałej Najświętszej Panience kwiaty w ofierze. Bo ta kapliczka to jakby grób męża; jego prochy gdzieś po świecie się tułają, więc może choć dusza odpocznienie w tym miejscu znalazła?
Ze wszystkich kwiatów przynoszonych do kapliczki najbardziej po Borowym płaczą maki. Stara Borowa dobrze wie, dlaczego. Do dziś gdy tylko wspomni tamten makowy łan, to krew w niej żwawiej płynie…

Katarzyna Enerlich
prowincjapelnamarzen

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

Tylko pomarzyć o łanie maku. Nie te lata.

Komentarz został ukrytyrozwiń
Atanaryk
  • Atanaryk
  • 28.11.2011 23:31

Prosty tekst o prostych ludziach ... wzrusza ludowymi prawdami. Przepięknie słowem malowany nastrój, czuję się go mimo prostoty środków. Piękne.

Komentarz został ukrytyrozwiń
Danuta
  • Danuta
  • 22.02.2011 19:57

Ładne 5.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.