Facebook Google+ Twitter

Łańcuch gordyjski, czyli Europa na rozdrożu

Jeden numer telefonu do całej Europy, o którym marzył Henry Kissinger stał się faktem. Kłopot w tym, że po drugiej stronie zamiast poważnego rozmówcy siedzi zwykła łączniczka.

Gdy Nigel Farage skrytykował przewodniczącego Rady Europejskiej, czyli unijnego „prezydenta”, stwierdzając, że ma „charyzmę mokrej szmatki” i „wygląd niższego rangą urzędnika bankowego”, w Europie zawrzało. Posypała się surowa krytyka pod adresem brytyjskiego, eurosceptycznego skądinąd, deputowanego do PE. Niewielu jednak pochyliło się nad sednem ostrej oceny dokonanej przez kontrowersyjnego Brytyjczyka.

Po co traktat?
Zrodzony w wielkich bólach Traktat Lizboński daje możliwości rozwiązania wielu problemów jednoczącej się Europy. Jednym z najbardziej palących jest kwestia wspólnej polityki zagranicznej. Odkąd po II wojnie światowej rozpadły się kolonialne imperia, nasz kontynent, choć wciąż bogaty i silny gospodarczo (na 25 największych gospodarek świata, 12 to kraje europejskie, choć niekoniecznie będące członkiem UE), systematycznie traci znaczenie międzynarodowe, a środek ciężkości w globalnej grze przesuwa się nieuchronnie do Azji. Najnowsze technologie już dawno powstają daleko poza Europą: w Japonii, Stanach Zjednoczonych, a ostatnio również w Chinach. Europa popada w marazm i samozadowolenie, czego efektem jest rozdęta opieka socjalna i coraz wyraźniejszy brak siły militarnej.

Drogą do przełamania tego zastoju jest sformułowanie jednolitej polityki zagranicznej, ale wszelkie wspólne inicjatywy w tej sferze kończyły się farsą. Pierwsza interwencja militarna pod szyldem UE, przeprowadzona na terytorium Czadu, najpierw została opóźniona, gdyż wyekwipowane europejskie armie złożone w 2/3 z Francuzów i Polaków (udział pozostałych krajów był symboliczny), cofnęły się wobec akcji 2 tysięcy awanturników na cywilnych ciężarówkach, którzy ruszyli do Ndżameny by obalić reżim prezydenta Idrissa Deby'ego (nb. ulubieńca Francji), co im się zresztą nie udało, a gdy już znalazły się na miejscu, prawie natychmiast, zmieniły symbole UE na szyld ONZ. Jeszcze bardziej bezradni politycy UE okazali się, gdy wybuchł kryzys gazowy. Wówczas nie tylko nie dało się wywrzeć wpływu na Rosję i Ukrainę, lecz nawet nie zorganizowano skutecznej pomocy dla marznącej Słowacji, nie wspominając już o kilku innych członkach wspólnoty, którym brak gazu również zaczynał doskwierać. Traktat dawał nadzieję na rozwiązanie tych bolączek, tworząc instytucje szefa unijnej dyplomacji i stałego przewodniczącego Rady Europejskiej.

Pan i pani Nikt
Ale siła urzędu zależy często od charyzmy sprawującej go osoby. Herman Van Rompuy jest niewątpliwe człowiekiem szalenie oczytanym, miłośnikiem literatury pięknej i, co szczególnie ważne na takim stanowisku, włada czterema językami: rodzinnym flamandzkim, francuskim, niemieckim i angielskim [źródło: gazeta.pl]. Jako premier złożonej z dwóch skonfliktowanych ze sobą regionów (flamandzkojęzycznej Flandrii i francuskojęzycznej Walonii) Belgii, ma duże doświadczenie w doprowadzaniu do kompromisów. Na tym jednak kończą się jego zalety. Kraj z którego pochodzi, jest mały i politycznie słaby, jego ugodowość, choć pokonała permanentny kryzys polityczny w Belgii, oznacza również brak jasnego poglądu na sprawy istotne, bądź w najlepszym razie nieumiejętność ich forsowania. Sympatyczny i szalenie inteligentny Belg został wybrany na to stanowisko z tej samej przyczyny, co Jerzy Buzek na funkcję szefa Parlamentu Europejskiego: jest „układny i kompromisowy”, co w języku dyplomacji znaczy po prostu „wykonawca poleceń”. Na ważny urząd została powołana osoba „mierna, bierna, ale wierna”, co oznacza, iż nic nie zmieni się w zasadniczym sposobie funkcjonowania Unii - nadal będzie ona polem do waśni i rozgrywania narodowych interesów poszczególnych państw.

Jednak Rompuy, w porównaniu z szefową unijnej dyplomacji, jest wręcz niepodważalnym autorytetem. Analizując jej sylwetkę można dojść do wniosku, że najważniejszą kompetencją Brytyjki jest fakt, że jest... Brytyjką. Najbliższe wybory na wyspach najprawdopodobniej wygrają umiarkowanie sceptyczni wobec integracji europejskiej konserwatyści. Aby po ich zwycięstwie Zjednoczone Królestwo nie „odpłynęło” za bardzo od kontynentu, politycy unijni wpadli na pomysł zarezerwowania dla niego ważnego urzędu w Brukseli. Ashton jest osobą nieznaną nawet w łonie rodzimej Partii Pracy, pełniła różne niszowe funkcje w Izbie Lordów [źródło: gazeta.pl] i, co zauważają nawet wyspiarze, nie zna się na dyplomacji. Wygląda na to, że poważny według Traktatu urząd, „pragmatyczni” przywódcy państw zamienili w zwykłą fikcję. Pozbawiona jakiejkolwiek wiedzy i władzy Ashton nie będzie w stanie pokierować europejską dyplomacją. Nazywając rzecz po imieniu, mimo ratyfikacji Traktatu będziemy mieli w sferze wspólnej dyplomacji status quo - liderów poszczególnych państw ciągnących każdy w swoją stronę i postępującą marginalizację znaczenia Europy w świecie. Zajdzie tylko taka zmiana, że winę za kolejne klęski unijnej polityki, które w obecnej sytuacji są moim zdaniem nieuniknione, będzie można zrzucić na Brytyjkę.

Co jest jednak wygodne w świecie medialnej demokracji wcale nie musi być dobre dla Europy. Nigel Farage miał ogólnie rzecz biorąc sporo racji krytykując unijnego „prezydenta”. Ten polityk, choć mocno prawicowy i antyeuropejski, słynie z kontrowersyjnych wypowiedzi, niektórym z nich nie można jednak odmówić pierwiastka racji, jak wtedy gdy krytykował powtarzanie referendum w Irlandii, unijną biurokrację, a sposób wyboru szefa PE porównał do konklawe. W takie głosy należy się wsłuchiwać, bo mimo emocji, które wywołują, niejednokrotnie uderzają one w największe problemy integracji.

Quo vadis Europo?

Jednym słowem, na ważne unijne stanowiska zostali wybrani ludzie pozbawieni charyzmy, słabi, którzy będą posłusznie wykonywać polecenia europejskich stolic. Traktat Reformujący daje narzędzia do prowadzenia dyplomacji wspólnej dla całej wspólnoty. Bogata i zjednoczona Europa mogłaby w realny sposób oddziaływać na układ sił w świecie, tyle że życie po raz kolejny dało nam surową lekcję. Można więc zadać pytanie: jak stworzyć integralną, paneuropejską dyplomację i czy jest to w ogóle możliwe? Stworzenie luźnej federacji, ze wspólną polityką zagraniczną i armią, przyniosłoby niewątpliwie wiele korzyści, lecz nie zmienia to faktu, iż wspólna europejska historia i kultura, o której tyle rozprawiają federaliści, to kultura i historia poszczególnych narodów. Wbrew wszystkiemu, Niemiec pragnie przede wszystkim pozostać Niemcem, Francuz Francuzem, a Łotysz Łotyszem, i nic nie wskazuje, by miało się to zmienić w dającej się przewidzieć przyszłości. Tożsamość społeczeństw starego lądu, opiera się na tożsamości narodowej. Wobec tego, oczekiwania, i co za tym idzie priorytety wspólnej dyplomacji, są bardzo różne, dlatego utworzenie wspólnego urzędu ministra spraw zagranicznych, dla wszystkich 27 (w przyszłości być może jeszcze więcej) państw UE jest po prostu niemożliwe. Bez względu na osobiste walory i umiejętności taki człowiek będzie politycznie lub przynajmniej emocjonalnie związany ze swym krajem. Tu właśnie pojawiają się sprzeczności. Jeżeli szefem dyplomacji UE zostanie przykładowo Hiszpan, to położy on nacisk na ważne dla jego kraju kontakty z Ameryką Łacińską, co nie spotka się z aprobatą w Polsce. Natomiast, jeśli urząd ten obsadzimy Polakiem, będzie się on zajmował Ukrainą i Białorusią, do których Hiszpania ma stosunek w najlepszym razie ambiwalentny.

Kontynentalny zgryz
Taki konflikt interesów, to swoisty węzeł gordyjski, z tą istotną różnicą, że zrobiony ze stalowego łańcucha. Próbą ominięcia tej przeszkody był właśnie wybór na to stanowisko nikomu nie wadzącej Ashton. Ale nie rozwiązuje to żadnego problemu, tylko - jak już wspomniałem - utrwala sytuację zastaną w momencie ratyfikacji Traktatu. Europa stoi dziś na rozdrożu pomiędzy koncepcją wspólnoty jako jednego państwa, federacji, „Stanów Zjednoczonych Europy” jak postulował kiedyś Churchill, a drogą Europy Ojczyzn, a więc Unii jako luźnego związku państw. Pierwsza koncepcja jest, z wymienionych względów, niemożliwa. Druga oznacza rezygnację Europejczyków z jakichkolwiek aspiracji do odgrywania poważnej roli w świecie. Ten nasz kontynentalny zgryz powoduje, że próbuje się szukać półśrodków w stylu obsadzania strategicznego urzędu ludźmi pozbawionymi wigoru.

Ostatecznie nasz kontynent będzie musiał pójść w którymś z tych kierunków. Może powstanie federacja, może wspólnota się rozpadnie albo podzieli na „Europę dwóch prędkości”? Dzisiaj nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć na te pytania, ale problem wspólnej polityki zagranicznej jest niezwykle palący już teraz. Jakimś rozwiązaniem byłoby być może prowadzenie dyplomacji europejskiej za pośrednictwem unijnych pełnomocników, dobieranych na zasadzie klucza geograficznego, np. Włoch do kontaktów z Libią, Polak do stosunków z Ukrainą etc. Niestety, takie propozycje, choć padały na unijnych szczytach, nie zyskały aprobaty przywódców. Pozostaje nam więc nadal mierzyć się z europejskim „łańcuchem gordyjskim”.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Jeżeli Autor jest typowym przedstawicielem "pokolenia pozbawionego aspiracji" - to ja bym sobie życzyła takich pozbawionych aspiracji wiecej. Nie wykluczone zreszta, że Autor sam sobie nie zdaje sprawy, że ma aspiracje: do świadomego odbierania świata i pisania w stylu, którego mozna zyczyc wszystkim z aspiracjami.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.