Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

10294 miejsce

"Latający Holender" dopłynął do Teatru Wielkiego Opery Narodowej

„Latającego Holendra” Mariusza Trelińskiego trzeba zobaczyć. Nawet jeśli ma słabe punkty, to jest to piękne, baśniowe widowisko; mroczne i tajemnicze, jak przystało na romantyczną opowieść. Scenografia Borisa Kudlički, wzmocniona świetną reżyserią świateł Felice Ross, robi ogromne wrażenie (jak zawsze). Warto zwrócić uwagę na Lise Lindstrom, imponująco brzmi też chór Opery Narodowej.

 / Fot. mat. prasowe Teatru Wielkiego„Latający Holender” Richarda Wagnera w reżyserii Mariusza Trelińskiego, jest wspaniale romantyczny, niemiecki, Faustowski. Wprowadza w ciemne, skrywane zaułki ludzkiej egzystencji, w świat demonów, zjaw, a także ukochanych przez romantyzm wiecznych tułaczy, Odyseuszy i innych nieszczęśników, którzy w tzw. zwyczajnym świecie funkcjonować nie mogli.

Osobiste doświadczenie Wagnera, który przeżył morską burzę, połączone z inspiracją utworem Heinego „Z pamiętników pana Schnabelewopskiego”, zaowocowało na scenie mityczną, programową opowieścią o Holendrze, melancholijnym bohaterze z otchłani, który poszukuje idealnej kobiety, bo tylko w ten sposób może wyzwolić się z klątwy. Skazany na wieczną wędrówkę po oceanach, co siedem lat staje przed szansą odwrócenia losu. Niestety, gdy u jego boku pojawia się Senta (Lise Lindstrom ), gotowa poświęcić się dla niego, nie potrafi jej zaufać.

Mariusz Treliński postanowił pokazać Holendra (Johannes von Duisburg), nie tylko jako ofiarę fatum, na które człowiek niewiele może poradzić. Latający Holender w tej odsłonie jest bardziej ludzki, nieco słaby, nie potrafi budować związków z kobietami i naznaczony stygmatem odrzucenia i nie potrafi zaufać. Szuka miłości, ale gdy ją spotyka, nie potrafi jej zatrzymać. I tak krąży, niczym
w kole samsary, powtarzając w nieskończoność te same błędy. Z kolei Senta, znudzona zwykłym życiem, widzi dla siebie rolę anioła, który poświęci się w imię miłości. Mocny, dramatyczny głos sopranistki Lise Lindstrom brzmi w spektaklu bardzo przekonywająco. Jej pełne dramatyzmu arie, doskonale wyrażają emocje, tak silne, że udzielają się nawet jej towarzyszkom. Ballada Senty zasługuje na uznanie i została doceniona przez publiczność.

Niestety, Lindstrom zdystansowała swych partnerów. Ani bas Johannes von Duisburg (Holender), ani tenor Charles Workman (Erik) nie stworzyli zapadających w pamięć kreacji, nie zachwycili też wykonaniami arii. Na uznanie zasługuje za to świetnie brzmiący chór Opery Narodowej przygotowany przez Bogdana Golę.

Niezaprzeczalnym walorem i jednocześnie przekleństwem tego spektaklu jest minimalistyczna scenografia Borisa Kudlički. Morska otchłań stworzona na scenie Teatru Narodowego jest sama w sobie dziełem sztuki. Wizualnie oszczędna, jednocześnie przekazuje wiele treści, pobudza wyobraźnię. Po lustrze wody (70 tys. metrów wody na scenie Teatru Wielkiego) dryfuje tratwa, która raz staje się pokładem statku, raz domem Senty.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (5):

Sortuj komentarze:

Mariola
  • Mariola
  • 27.04.2012 23:52

Niestety widziałam i nie polecam.

Komentarz został ukrytyrozwiń
Ble Ble
  • Ble Ble
  • 22.03.2012 00:06

Trzeba być skrajnym dyletantem muzyczno-operowym, żeby napisać tak żenującą opinię. Spektakl był zły, zrealizowany z całkowitym niezrozumieniem treści opery, z absolutnie bezzensownymi wstawkami, które mogą się podobać tylko komuś, kto nie zna tej opery i nigdy jej nie widział, ani nie trzymał libretta i partytury w ręku. Trzeba mieć też dębowe ucho, zeby nie zauważyć, że zwały wody całkowicie zagłuszały muzykę. Po prostu szum wody powodował, że czesto nie było słychać orkiestry i śpiewaków. Taki wizualny zabieg jest skrajnie antyoperowy i wyrasta wyłącznie z taniego populizmu kogoś wychowanego na tanich telewizyjncyh operach mydlanych. Sam widziałem w życiu 4 premiery tej opery na scenach światowych i ze 2-3 dodatkowe inscenizacje. To jest najgłupsza produkcja, jaką widziałem. Najwyraźniej autorka nie słyszała (albo nie chciała usłyszeć), jak scenograf i reżyser zostali wybuczani przez publiczność na samo zakończenie. Nie zauważyła też, że oklaski na koniec były bardzo stonowane i jakoś nikomu nie chciało się klaskać po tak słabym przedstawieniu. Taka recenzja ośmiesza tylko autorkę i obnaża jej ingorancję operowo-muzyczną. Może pisze się takie laurki w nadziei, że dostanie się darmowe zaproszenie z Teatru Wielkiego na następne zaproszenie. To uczciwiej kupić sobie bilet i napisać rzeczową i fachową recenzję. Taka recenzja to wstyd!

Komentarz został ukrytyrozwiń
Ewa
  • Ewa
  • 20.03.2012 19:29

A mi sumie choreografia najbardziej się podobała.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękuję p. Alicjo :-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Niestety nie widziałam. Interesująca, świetnie napisana recenzja, rzeczywiście nie co dzień można obejrzeć w Polsce Wagnera... Kilka dni temu słuchałam w radiu bardzo interesującej rozmowy ze scenografem tego spektaklu - mówił niezwykłe rzeczy na temat realizacji, wielkich trudności i pasji działania, pogodzenia wręcz sprzeczności, a jednak wszystko udało się, nawet pogodzić wodę z ogniem. Pozdrawiam p. Lidię :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.