Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

1098 miejsce

Łatwopalni. Polscy muzycy, którzy odeszli zbyt szybko

Mogli jeszcze wiele osiągnąć i wciąż tworzyć muzyczne arcydzieła. Stało się jednak inaczej - w pewnym momencie czasu ich zabrakło, a te niedokończone życiorysy oraz twórczość urosły do znamion legendy.

Postać Krzysztofa Komedy-Trzcińskiego spod pędzla Zbigniewa Kresowatego / Fot. Zbigniew KresowatyKrzysztof Komeda-Trzciński (27 kwietnia 1931 - 23 kwietnia 1969) - jazzowy geniusz, ambasador polskiej muzyki za granicą, twórca wielu standardów w filmowych ścieżkach dźwiękowych, a z wykształcenia laryngolog. Kompozytor młode lata spędził m.in. w Ostrowcu Wielkopolskim, gdzie w 2009 r. pojawiły się bilbordy z jego wizerunkiem i hasłem Tu mieszkał i tu narodził się jego JAZZ. To bardzo trafne podkreślenie wkładu Komedy w rozwój tego gatunku muzycznego - w powojennej Polsce, gdzie jazz był celowo tłumiony nie bał się sięgać po jego nowoczesne brzmienia. Drugą jego wielką miłością artystyczną była muzyka filmowa. Przez ponad dekadę, stworzył ścieżkę dźwiękową do 65 produkcji, w tym dla takich reżyserów jak Andrzej Wajda czy Roman Polański. Zwłaszcza praca dla tego drugiego przyniosła mu światową sławę - kompozycja z filmu "Dziecko Rosemary" stała się klasykiem kina. Barwne życie Komedy skończył tajemniczy wypadek z grudnia 1968 r., z udziałem jego przyjaciół Marka Nizińskiego, znanego w Los Angeles fotografa oraz Marka Hłaski, buntowniczego pisarza młodego pokolenia PRL.

Podczas jednego z wieczorów w mieście aniołów, gdy trójka przyjaciół świętowała zakończenie prac nad "Dziecko Rosemary" nie żałując sobie alkoholu, pisarz pchnął kompozytora w skarpę. Hłasko ważył 120 kilo, łapę miał jak naleśnik. Pchnął Krzysztofa, gdy szli wąską drogą, w ciemnościach. Komeda najpierw spadł z trzymetrowej skarpy. Potem, gdy Hłasko niósł go jak dziecko, przewrócił się razem z przyjacielem. Krzysztof miał rozbitą głowę, kilka rozcięć, guza. Ale rano, na własne żądanie, wypisał się ze szpitala - podkreśla Tomasz Lach, autor książki "Ostatni tacy przyjaciele". Komeda z dnia na dzień czuł się coraz gorzej - po wielu perturbacjach w Los Angeles pojawiła się żona muzyka, Zofia a Hłasko wraz z nią nie odstępował Komedy na krok w szpitalu. Zdecydowano się przewieść kompozytora do Warszawy, gdzie ostatecznie zmarł 23 kwietnia 1969 r. Niecałe dwa miesiące później, w niewyjaśnionych okolicznościach zmarł sam Hłasko.

Na pierwszym planie Natalia Kukulska a w tle zdjęcie jej matki, Anny Jantar (2005 r.) / Fot. Przemek BednarczykAnna Jantar (10 czerwca 1950 - 14 marca 1980) - u szczytu swojej popularności, nagrała piosenkę do tekstu Andrzej Mogielnickiego i muzyki Romualda Lipki pt. "Nic nie może przecież wiecznie trwać", która jak się kilka miesięcy później okazało była jej muzycznym pożegnaniem. Podczas powrotu z kolejnych koncertów dla Polonii w Stanach Zjednoczonych, zginęła w katastrofie Iła-62 "Mikołaj Kopernik" wraz z pozostałymi 86 osobami na pokładzie maszyny. Stratę wielkiej piosenkarki odczuła wówczas cała Polska, gdyż teksty jej piosenek nuciło się pod nosem od Bałtyku po Tatry. Zanim jednak rozpoczęła karierę solową, występowała m.in. w zespole bigbitowym Waganci gdzie poznała Jarosława Kukulskiego, jej przyszłego męża i autora większości wypromowanych przez nią piosenek.

Jantar debiutowała na festiwalu w Opolu w 1972 r. utworem "Najtrudniejszy pierwszy krok", który dziś należy do klasyki rodzimej muzyki rozrywkowej. Do jej największych przebojów należy "Baju-baj proszę pana", "Radość najpiękniejszych lat" czy "Wielka dama tańczy sama" - w sumie przez kilka lat wydała cztery albumy studyjne oraz kilkanaście pocztówek dźwiękowych (popularna w PRL-u gramofonowa wersja singla). W 1976 r. urodziła jedne dziecko - Natalię, która w wieku kilku lat rozpoczęła własną karierę muzyczną a dziś jest znaną piosenkarką. Drodzy Państwo, witam i w zasadzie niestety, z przykrością stwierdzam także, że żegnam. Ponieważ śpiewam dzisiaj po raz ostatni - te prorocze słowa, piosenkarka wypowiedziała podczas jednego ze swoich koncertów zza oceanem w zimie 1980 r. Muzyka Anny Jantar jednak nadal gra w sercach wielu Polaków.

Pomnik Krzysztofa Klenczona w Szczytnie / Fot. Zbigniew.czernikKrzysztof Klenczon (14 stycznia 1942 - 7 kwietnia 1981) - jedna z nietuzinkowych postaci polskiego bigbitu, gitarzysta i wokalista takich zespołów jak "Niebiesko-Czarni" czy "Czerwone Gitary", z którymi odnosił największe sukcesy sceniczne. Jego kariera muzyczna rozpoczęła się w wieku 20 lat, kiedy na I Festiwalu Młodych Talentów w rodzinnym szczytnie zdobył nagrodę za utwór "Mały miś", wykonaną wraz z Karolem Warginem. Klenczon był autorem większości przebojów "Czerwonych Gitar", które pod koniec lat 60. ubiegłego stulecia śmiało mogły konkurować z brytyjskimi The Beatles. Wiele z tych utworów stanowi dziś klasykę polskiej muzyki - "Nikt na świecie nie wie", "Powiedz stary gdzieś ty był" czy "Biały Krzyż" (ojciec muzyka był żołnierzem AK, ściganym przez komunistyczne władze). Po rozstaniu z zespołem, założył grupę "Trzy Korony" (nagrał z nimi takie przeboje jak "Czyjaś dziewczyna" i "10 w skali Beauforta") by ostatecznie wyemigrować na stałe do Stanów Zjednoczonych w 1973 r. Zza oceanem również komponował i występował - z koncertami wracał również nad Wisłę. Jego barwną karierę muzyczną przerwał dramatyczny wypadek z 25 lutego 1981 r.

Klenczon podczas powrotu z koncertu charytatywnego w klubie Milford w Chicago, wraz z żoną Alicją uległ wypadkowi samochodowemu. Może 2-3 minuty później zobaczyłam światła pędzącego na nas samochodu. Usłyszałam huk i nic już więcej nie pamiętałam. Straciłam przytomność. Nie wiem, jakim cudem, ale ja nie doznałam żadnych poważniejszych obrażeń. Niestety, Krzysztof nie miał takiego szczęści - wspomina po latach chwilę wypadku małżonka artysty. Po 40 dniach walki w szpitalu św. Józefa w Chicago piosenkarz zmarł, osieracając dwie córki. Natomiast "Czerwone Gitary" w lekko zmienionym składzie nadal koncertują i przybliżają kolejnemu pokoleniu utwory autorstwa Klenczona.

Rodzinny grób rodziny Kisielewskich na warszawskich Powązkach / Fot. Mariusz KubikWacław Kisielewski (12 lutego 1943 - 12 lipca 1986) - pianista i kompozytor, znany głównie z duetu "Marek i Wacek", który współtworzył z Markiem Tomaszewskim. Razem powołali do życia wiele niekonwencjonalnych interpretacji klasycznych kompozycji Moniuszki czy Chopina. Ich aranżacje zdobywały sporą popularność, a autorski utwór instrumentalny "Melodia dla Zuzi" Kisielewski zadedykował swojej córce, Zuzannie. Duet fortepianowy koncertował również w RFN czy Austrii, zbierając bardzo pochlebne recenzje. Jego karierę muzyczną w wieku 43 lat przerwał tragiczny wypadek, w okolicach mazowieckiego Wyszkowa. Prowadzony samochód przez jego przyjaciela, Grzegorza Gąskiewicza (który był wówczas pod wpływem alkoholu) z powodu dużej prędkości wypadł z zakrętu i koziołkował - kompozytor wypadł przez przednią szybę i w ciężkim stanie trafił do miejscowego szpitala. Trzy dni po wypadku, z powodu rozległych obrażeń Kisielewski zmarł, zostawiając w polskiej muzyce ogromną wyrwę. Sprawca dramatu wyszedł bez szwanku i choć sam zgłosił się szybko po wypadku na milicję, ostatecznie uniknął większej odpowiedzialności za śmierć przyjaciela.

Andrzej Zaucha (12 stycznia 1949 - 10 października 1991) - muzyczny samouk, który pod koniec lat 80. ubiegłego stulecia szturmem wbił się w serca polskiej publiczności. Po wykonaniu na festiwalu w Opolu piosenki "Byłaś serca biciem", postać krakowskiego instrumentalisty jazzowego a w młodości świetnego kajakarza nikomu już nie była obca. Wcześniej, Zaucha koncertował z zespołami "Dżamble" czy "Anawa" - rozwijał muzyczne skrzydła u boku takich artystów jak Jarosław Śmietana, Michał Urbaniak czy Andrzej Sikorowski. Utwory piosenkarza "C’est la vie" oraz "Bądź moim natchnieniem", wzruszają kolejne pokolenia melomanów. Niespotykane wyczucie jazzowego rytmu i jego ciepły, subtelny głos dały początek fenomenowi Zauchy. Pewien realizator dźwięku opowiadał mi jak kiedyś Zaucha przyjechał do Warszawy na nagrania dla Polskiego Radia. Poprosił o herbatę, wszedł do studia, zaśpiewał całą płytę bez chwili przerwy, następnie wypił herbatę do połowy i pojechał do Krakowa - opowiadał po latach Jarosław Wasik, dziennikarz i autor tekstów.

Życie prywatne Andrzeja Zauchy jednak nie oszczędzało. W 1989 r. na udar mózgu zmarła jego wieloletnia żona, Elżbieta. Ukojenia cierpienia po jej stracie znalazł u Elżbiety Leśniak - 26-letniej aktorki, z którą piosenkarz grał na deskach teatru STU w Krakowie (muzyk podczas swojej kariery, kilka razy wystąpił w produkcjach filmowych). Ten związek zamiast przynieść mu stabilizację, doprowadził do tragedii. Podczas powrotu z jednej z prób teatralnych, para została zaatakowana przez francuskiego reżysera i scenarzystę, Yves'a Goulais (prywatnie męża Elżbiety Leśniak) - dziewięć strzałów zabiły Zauchę na miejscu, a jego kochanka mimo prób reanimacji zmarła w szpitalu. Sprawca ataku został skazany na 15 lat więzienia (od 2005 r. jest na wolności) a muzyka jazzowego iluzjonisty wciąż czaruje w sercach Polaków.

Rzeźba przedstawiająca Ryszarda Riedla na festiwalu jego imienia Ryszard Riedel (7 września 1956 - 30 lipca 1994) - na próżno szukać w polskiej muzyce postaci tak oryginalnej i prawdziwej, jak lider rockowo-bluesowego zespołu "Dżem". Nigdy nie dbał o swoje dobre imię oraz podążał za głosem swoim marzeń, a największym z nich była muzyka. W śpiewane przez niego utwory "Naiwne pytania", "List do M." czy "Sen o Wiktorii" wkładał całe serce - tworzone przez Riedla teksty piosenek często były odbiciem jego osobistych przeżyć. Kolorów barwnemu życiu muzycznemu odbierały mu jednak narkotyki, które ostatecznie okazały się silniejsze od woli pokonania uzależnienia. Chęć zdobycia kolejnej działki heroiny powodowała, że Riedel w ogóle nie pojawiał się na nagraniach studyjnych czy koncertach zespołu. Narkomania jeszcze bardziej spychała wokalistę na boczny tor, czyniąc go jeszcze większym outsiderem.

Kolejne kuracje odwykowe nie przynosiły zamierzonego skutki, a Riedel wciąż wracał do zażywania używek. Dobrze, dla was zawsze będę śpiewał do końca - obiecywał ze sceny katowickiej Rawy Blues Festival w 1993 wokalista "Dżemu". Tych słów jednak nie dotrzymał - kilka miesięcy później, wyniszczony chorobą narkotykową nie był w stanie koncertować. Zmarł na niewydolność serca, już jako były członek zespołu (uzależnienie Riedla było powodem wielu konfliktów wśród muzyków grupy). Na nagrobku "skazanego na bluesa" widnieje cytat jednej z jego piosenek: W życiu piękne są tylko chwile... Dzieło ojca kontynuuje jego syn, Sebastian, który również jest muzykiem i liderem zespołu "Cree".

Bogdan Łyszkiewicz (3 września 1964 - 23 czerwca 2000) - dzięki swojemu stylowi scenicznemu (m.in. szczególny sposób uczesania czy charakterystyczne okulary), był nazywamy polskim Johnem Lennonem. Krakowski piosenkarz, twórca i lider zespołu "Chłopcy z Placu Broni", dał się poznać szerokiej publiczności jak wrażliwy wokalista pod koniec lat 80. ubiegłego stulecia. Już debiutancka płyta grupy z 1990 r., z utworami "Kocham wolność" czy "Szukałem ciebie" przyniosła wielki sukces i ogromną popularność samemu Łyszkiewiczowi. Nie mniejsze zainteresowanie wywołał krążek pt. "Kocham Cię", z nieśmiertelnym przebojem "O!Ela" - zespół koncertował w całej Polsce oraz również często zza oceanem. Obiecująca kariera muzyczna, została brutalnie przerwana na drodze koło miejscowości Rybitwy (woj. Mazowieckie). Prowadzony przez piosenkarza Chevrolet Camaro wymusił pierwszeństwo i czołowo zderzył się z Oplem Omegą - ranny Łyszkiewicz zmarł w miejscowym szpitalu. Nagła śmierć lidera, zakończyła działalność zespołu "Chłopcy z Placu Broni" a legenda "polskiego Lennona" wciąż się mocno się tli.

Fragment nagrobku Piotra Piotr "Magik" Łuszcz (18 marca 1978 - 26 grudnia 2000) - postać rapera pochodzącego z katowickich Bogucic, do momentu premiery filmu biograficznego "Jesteś Bogiem" była znana głównie fanom rodzimego hip-hopu. A "Magik" był jego prawdziwą legendą - wychowany na szarym śląskim osiedlu współtworzył grupy Kaliber 44 oraz Paktofonika, z którą odnosił największe sukcesy. Problemy osobiste i brak perspektyw w latach 90. ubiegłego stulecia, znajdowało odwzorowanie w tekstach utworów pisanych przez "Magika". Dzięki temu, nabierały niespotykanej autentyczności. 18 grudnia 2000 r. odbyła się premiera debiutanckiego albumu Paktofoniki, ale raper nie doczekał uznania krytyków i publiczności. Nieco ponad tydzień później, w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia "Magik" wyskoczył z okna swojego mieszkania na 9. piętrze. Jak wspominają jego bliscy i przyjaciele, na życie młodego hiphopowca nałożyło się zbyt wiele dylematów i problemów. Dziś krążek "Kinematografia" należy do klasyki polskiego rapu, a twórczość "Magika" fascynuje kolejne pokolenie.

Uhonorowanie Grzegorza Ciechowskiego w opolskiej alei sław muzyki / Fot. MateuszFDGrzegorz Ciechowski (29 sierpnia 1957 - 22 grudnia 2001) - kultowa postać dla pokolenia przełomu końca PRL-u i lat 90. XX wieku, która stała się symbolem muzycznej kontrrewolucji. Najpierw jako lider punk rockowej grupy Republika, z którą stworzył takie kultowe utwory jak "Biała flaga" czy "Telefony", a potem kontynuując solową karierę pod pseudonimem Obywatel G.C. (znany z przebojów m.in. "Nie pytaj o Polskę" oraz "Tak... tak... to ja"). Współtworząc Republikę, prezentował ostry styl muzyczny, który złagodniał podczas indywidualnych występów. W latach 90. dał się również poznać jako producent muzyczny takich artystów jak Kayah, Kasia Kowalska czy Justyna Steczkowska. Żadna z płyt, czy to Obywatela G.C., czy Republiki, to nie są płyty, których musiałbym się wstydzić. Wszystkie one są zapisem tego, co się działo w moim życiu, w życiu moich kolegów - podkreślał w jednym z wywiadów Grzegorz Ciechowski. Życie artysty pełną piersią zakończyło się nagle 22 grudnia 2001 roku, gdy w jednym z warszawskich szpitali zmarł na zawał serca, który była wynikiem długiej i skomplikowanej operacji. Odejście "Obywatela G.C." zostawiła w polskiej muzyce wielką wyrwę, którą trudno do dziś wypełnić.

Mirosław Breguła podczas jednego z koncertów / Fot. I-studioMirosław Breguła (10 lutego 1964 - 2 listopada 2007) - Miliony zranionych serc, Żałobą pokryły się (...) Kto wie, kto wie, Czy warto dalej żyć - tak o zmarłym dwa lata wcześniej Johnie Lennonie, śpiewał wokalista wrocławskiego zespołu Universe. Nikt nie spodziewał się, że te słowa będą się również odnosić do Mirosława Breguły. Przez prawie całą artystyczną karierę był związany z grupą Universe, z którą nagrał 11 albumów i zdobył szerokie grono fanów w całej Polsce. W swojej twórczości muzyk jawnie nawiązywał do spuścizny The Beatles, biorąc nawet nazwę swojego zespołu od piosenki pt. "Across the Universe". Życie osobiste jednak nie rozpieszczało wokalisty - cierpiał na chorobę alkoholową a w 2006 r. zdiagnozowano u niego raka krtani. Od trzech lat nie pamiętam dnia, kiedy bym nie pił. Jestem na dnie - mówił Breguła w swoim ostatnim wywiadzie. Problemy niestety go przerosły - popełnił samobójstwo w swoim chorzowskim mieszkaniu. Po śmierci lidera, Universe nie zawiesił działalności a na jego czele dziś stoi współtwórca grupy, Henryk Czich.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

Super artykuł.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Pięknie napisane .
Los chciał inaczej , odeszli a mogli tworzyć . Pozostała po Nich wspaniała twórczość.
Dziękuję za odświeżenie pamięci .

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Zobacz także:

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.