Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

74975 miejsce

Le Guess Who? 2015

Przyjechałam do Utrechtu dla Kamasiego Washingtona - po pierwszym przesłuchaniu “The Epic” czyhałam na dogodną okazję, żeby zobaczyć ten fantastyczny ensemble w akcji. Silnych przeżyć na LGW? było jednak znacznie więcej.

 / Fot. SunnPrzyjechałam do Utrechtu dla Kamasiego Washingtona - po pierwszym przesłuchaniu “The Epic” czyhałam na dogodną okazję, żeby zobaczyć ten fantastyczny ensemble w akcji, spodziewając się kwiecistych improwizacji i bobastycznego show. Silnych przeżyć na LGW? było jednak znacznie więcej. Po sprawdzeniu trzech jesiennych festiwali - Incubate w Tilburgu, który ma doskonałą opinię wśród poszukujących nowości i eksperymentów słuchaczy (i na którym nie miałam większego szczęścia jeśli chodzi o koncerty, zarówno w kwestii odkryć, jak i bardzo oczekiwanych artystów), Club to Club w Turynie (naspidowana impreza dla spragnionej dudniącego basu publiczności, logistyczny i artystyczny zawód, choć niepozbawiony kilku ciekawych momentów) i Le Guess Who właśnie - jestem zachwycona wyłącznie tym ostatnim.

Odkrycia

http://leguesswho.nl/nie zawiodło w kwestii odkryć - selekcja SunnO))) była jedną z moich ulubionych części, w których doznałam dwóch czy trzech prawdziwych epifanii.

Pierwsza z nich to Grumbling Fur. Skład tego projektu, Daniel O'Sullivan i Alexander Tucker, to dwóch weteranów ambientowo-dronowych eksperymentów, doświadczonych w bojach z najcięższymi zawodnikami swojej ligi, pracujących z Ulver i SunnO))) i z całą masą innych ciekawych twórców. Przepiękny był to koncert - z ambientowego intra wyłonił się z grubsza materiał z ich najnowszej płyty “Preternaturals”, prezentując w pełnej krasie całe spektrum inspiracji muzyków, przetrawionych przez ich niezwykłe talenty. Subtelnie wplatają w popowe hymny elementy charakterystyczne dla industrialnej muzyki - słychać wyraźne, acz delikatne echa Carter Tutti czy innych wywodzących się od Throbbing Gristle tripowych melodii. Ta subtelność charakterystycznych odniesień jest najlepszym świadectwem na doskonały zmysł w poruszaniu się między gatunkami. Ale znajdziesz w ich muzyce dużo więcej, w tym osłupiające wokale a’la Depeche Mode czy Tears For Fears i generalnie całkiem sporą dozę nostalgii za latami 80-tymi w ich najlepszym, nowofalowym wydaniu. A temu wszystkiemu towarzyszą skrzypce, bas, flet, elektryczna harfa (autoharp), otoczone bastionem efektów (tych niestety nie było widać).
W każdym razie, dla poszukujących pięknej muzyki pop - proponuję sięgnąć po
https://www.youtube.com/watch?v=em-0g9r3ABQ
. Nie będziecie żałowali.


Annette Peacock
- fenomenalne zamknięcie festiwalu (niestety, ani końcówka Atlas Sound ani cały koncert Deerhuntera nie są w stanie nawet w ułamku sprostać cudowności dokonań Annette na scenie - choć Coxa szczerze uwielbiam, był to jego najgorszy koncert, jaki miałam szansę zobaczyć, być może dlatego, że opowiadał strasznie suche rzeczy a nagłośnienie psuło całą dobrą robotę muzyków). Pani ubrana w wielką futrzaną czapkę, na wysokich obcasach, w kusej skórzanej kurtce, pokazała publiczności (zaskakująco nielicznej), o co chodzi w awangardzie. Mało kto w muzyce ociera się o geniusz Annette - dźwięki wychodzące z pianina, keyboardu i odtwarzacza, który miała na scenie, składały się w fenomenalny spektakl. Minimalizm klawiszy świetnie mieszał się z fantastycznym wokalem artystki, który jest zjawiskiem i potężnym instrumentem sam w sobie, zabiera więc naprawdę dużo uwagi. Ten zbalansowany duet czasami podkręcał jakiś wczesno hiphopowy bit, rytm z kompletnie innej bajki, który w zestawieniu proponowanym przez Annette w magiczny sposób staje się nagle dokładnie tym, czego brakowało danej kompozycji. Rozmarzona publiczność mogła nawet nie zauważyć, jak głos płynący z głośników był już tylko nagraniem, a piosenka trwała po tym, jak Annette zabrała płaszcz i zniknęła ze sceny, zostawiając skąpane w niebieskich światłach instrumenty sobie samym. Oj piękne to było.


Magma - nie miałam nigdy jakoś okazji zasiąść i przesłuchać całej dyskografii Magmy - ani nawet zapoznać się z ich najważniejszymi nagraniami. Choć w Paryżu większość moich znajomych chodziła na ich koncerty maniakalnie (na każdy z nich trzeba wcześniej dobrze zapolować, bo bilety, nawet jeśli nie są tanie, wyprzedają się zawsze w mgneniu oka), a ojciec przyjaciela okazał się nawet być ich koncertowym muzykiem jeszcze z lat 70-tych (ha!), wielkość tego przedsięwzięcia po prostu mnie przerastała. Grupa o statusie absolutnej legendy, na dodatek wciąż aktywnej i uwielbiającej grać, co nie zdarza się wielu grupom z ich epoki, z czterema dekadami kariery i adekwatną liczbą płyt na koncie, to projekt na kilka dobrych tygodni. Kiedy więc zetknęłam się z ich muzyką podczas koncertu w Utrechcie, przytłoczyło mnie conieco barokowe bogactwo ich grania - Magma to progresywna opera, z wieloma potężnymi głosami, z zastępem cudownych instrumentalistów. Koncert, trwający półtorej godziny, składał się z trzech utworów - każdy z nich stanowił nie lada wyzwanie dla słuchacza próbującego skupić się na pojedynczych elementach i jednocześnie utonąć w głębii przeżycia jako prawdziwej magmie wszystkich fenomenalnych dźwięków. Na pierwszych kilka razy jednak zdecydowanie lepiej jest się dać ponieść -https://www.youtube.com/watch?v=bYrHNLXwGe0 w ich najlepszym progresywnym wydaniu, to naprawdę mocne przeżycie.

Virus - po niebywale nudnym koncercie Chelsea Wolfe mieliśmy ze znajomym spore wątpliwości, czy warto jeszcze komukolwiek dawać szansę tej nocy. Ale na szczęście zostaliśmy, żeby zobaczyć norweski składnik zestawu przygotowanego przez SunnO))) - i nie pożałowaliśmy. Już w pierwszym momencie tego występu miałam ciarki na plecach. Sztuka w wydaniu trzech muzyków (gitarzysta, który przesiedział koncert w fotelu, basista i perkusista) polega na nieprawdopodobnym mieszaniu gatunków i technik - bluesowe riffy wpadały w metalowe brzmienia a jazzowe chwyty nabierały progresywnej barwy. Virus wypada ze wszystkich możliwych szufladek. Jego lider, gitarzysta Carl-Michael Eide o szalonym spojrzeniu, grał kiedyś na perkusji w Satyriconie,Ulver i całej masie innych black/trash/avant-garde metalowych zespołów - a teraz skupia się na tworzeniu najprzedziwniejszych kombinacji dźwiekowych na swojej gitarze. Przedni koncert, proszę państwa. Dla poszukujących nietypowych, fascynujących brzmień - zespół zdecydowanie do zobaczenia na żywo.


Ulubieńcy


Ariel Pink

Mojej słabości do Ariela nie jest w stanie zredukować nawet koszmarne nagłośnienie - w pewnym sensie widok technika nieustannie łapiącego się za główę przy kolejnych sprzężeniach nawet dodawał koncertowi komizmu. A koncert Ariela był znakomity - mieszanka materiału z “Mature Themes” (na bis “Baby”, które wybrała jakaś laska z pierwszego rzędu - Ariel zamówienie przyjął i konkurentom odparował “We play “Baby”, fuck you!”), “Before Today” i płyt solowych (oczywiście ze sporą dozą świeżości z “Pom Pom”) sprawdziła się doskonale, bo tak właściwie wszystkie odsłony Ariela to przecież odsłony cudownie kiczowatego lo-fi. Wystrój sceny pasował do muzyki - jakieś bezsensowne plastikowe pudełko, w którym stał Ariel ubrany w koszulkę Magmy, i które wkrótce i tak zdemontował, muzycy poubierani w peleryny i kapelusze, a perkusista to wręcz w damskim stroju kąpielowym. Na ekranie działy się rzeczy okrutne - czysta psychodelia, czysta produkcja, czyli Threee Geniuses, wygrzebany z przepaści internetu i telewizji program bez sensu czy treści, ale z gigantyczną siłą rażenia. To może być materiał, który będziecie puszczali swoim znajomym na karnawałowych imprezach w 2016 roku.

Ariel dał radę mimo ciągłych pisków, szumów i innych problemów - i nie bez znaczenia jest tu fakt, że w końcu żyje i działa w krainie dźwięku niedoskonałego. Występ dał świetny - pełny energii, psychodelicznych improwizacji (ośmioosobowy zespół miał czas i miejsce na popisy) no i szlagierów z tandetnymi “szłap szłap” i pretensjonalnymi riffami. Nie dał się pogrążyć nagłośnieniu, które podejrzewam zepsuł dzień wcześniej Sunn. W niedzielę na głównej scenie wszystko brzmiało trochę gównianie.

Kamasi Washington - najbardziej oczekiwany koncert całego festiwalu, na który spóźniłam się przez SunnO))), które z kolei miało być nudne, monotonne i tak akurat na 40 minut. Nic to jednak - Kamasi i spółka, chłopaki z podwórka, ubrani w czerwone adidasy, koszulki z nazwiskami koszykarzy i srebrne łańcuchy, to pierwsza liga jazzu z Los Angeles. Przez pewnien czas regularnie czytałam relacje i recenzje ich występów, wywiady i artykuły na temat “The Epic”, słuchając jednocześnie dość obsesyjnie debiutanckiego albumu saksfonisty, i zbudowałam sobie wyśrubowaną wizję tego widowiska. Nie zawiodłam się ani przez sekundę - żałuję tylko, że nie posłuchałam “Change of Guard”, fantastycznego hymnu, który otwiera album Kamasiego i który otworzył tez ten występ. Cztery utwory zagrane tego wieczora rozrosły się do rozmarów epopei każdy - ósemka muzyków na scenie, zgodnie ze schematem opisanym przez lidera, dostaje sprawiedliwe działki i przepięknie rozwija swoje pomysły w improwizacjach. Dwóch perkusistów pokazało nie lada kunszt w “Magnificent 7”, wdając się w mały pojedynek, a później fantastycznie łącząc siły. Tak z resztą było w przypadku każdego muzyka na scenie - organiczny sposób grania i decydowania, kto w danym momencie przejmuje pałeczkę i czuje się w nastroju na rozbuchanie nieco struktur, mnóstwo radości i uśmiechów wymienianych między artystami na scenie, to wszystko składa się na przepyszny, dynamiczny występ. Dołóż do tego fakt, że wiele utworów w rezultacie bardzo zmieniło orginalny kształt - jeden z utworów dość niespodziewanie przerodził się w wielką funkową imprezę. Przyjemność grania wpływa na sprzężenie zwrotne z publicznością - a ta nawet dała się namówić na tańce, co na holenderskich festiwalach nie zdarza się zbyt często.

The Notwist. Stuknęło nam 14 lat w tym roku - jak dziś pamiętam premierę “Neon Golden” i wrażenia, jakie wywołała na mnie ta płyta, puszczana kawałek po kawałku w “Trójkowym Ekspresie”. Cieszę się, że wreszcie Bawarczycy dostali od szerokiej publiczności adekwatne zrozumienie i uwielbienie - i że ta popularność przekłada się na fenomenalne koncerty. The Notwist zdecydowanie stać teraz na miano dojrzałego, dużego alternatywnego ensemble, w którym ośmioro doświadczonych muzyków żongluje instrumentami i gatunkami z niesamowitą sprawnością. Popisali się panowie tamtej nocy - na półtorej godziny zostałam zahipnotyzowana fenomenalnie przemyślanym widowiskiem (bardzo innym od pozostałych dwóch koncertów, jakie miałam okazję widzieć w ich wydaniu, bo te dotychczasowe miały przewodnią stylistykę, a tu rządził dziki eklektyzm). Delikatne stroboskopy i wzory ze światła, talerz od perkusji obrany jak skórka pomarańczy - wizualne dodatki, które wpływały na perfekcję występu. Esencję stanowiła muzyka i tu Notwist mieli okazję pokazać swoją mocną stronę: wielogatunkowość. Grupa, która zaczynała od metalu, przechodziła przez eksperymentalno-punkowe momenty, by przepoczwarzyć się w elektroniczno-indie-alternatywny projekt, zdecydowanie powinna operować perfekcyjnie opanowaną różnorodnością. Niemcy już pierwszego dnia zdeklasowali całe rzesze muzyków zaproszonych na Le Guess Who - jak grali punka, to sto razy lepiej, niż the Pop Group. Jak szli w elektronikę, to na miarę “Angel Echoes” Four Tet - zamierzchła świetność muzyka. Miksowali pop z jazzem, dub z metalem, psychodelię z elementami world music. A od czasu do czasu lider zaskreczował jakiś kawałek na turntejblu. Tak właśnie powinno się grać koncerty - szkielet kompozycji znamy, a na scenie delektujemy się artystyczną wyobraźnią i warsztatem.

SUNN O))) - Mój Boże, to był kościół i msza święta w nim odprawiona przez pięciu ukrytych w gęstej mgle mnichów. Nigdy, przenigdy nie spodziewałabym się, że SunnO))) pójdzie w tak subtelne muzyczne przedsięwzięcie - owszem, kilka metalowych riffów, charakterystyczne ciężkie drony rozpoczęły i zakończyły występ, ale to, co działo się w międzyczasie, przez jakieś 50 minut, było hipnotyczym, nieziemskim przeżyciem. Piękny koncert - czy raczej fizyczno-mentalne doświadczenie, bo jakoś słowami niezgrabnie się ujmuje stan medytacyjnego dryfowania, w jaki mnie wprawili.

Strata czasu

Swervedriver, który lubię z ich wczesnych albumów i kilku naprawdę fajnych, stylowych utworów, idealnie reprezentujących alternatywę wczesnych lat 90-tych, okazali się strasznymi nudziarzami na scenie. Od instrumentów po wokal, wszystko brzmiało płasko, banalnie, nudnie, wykastrowane z resztek energii i zdolności co gorsza. Wytrzymaliśmy ze znajomym trzy utwory - po prostu dłużej tego jęczącego, pretensjonalnego pierdu-indie nie można było znieść. Szkoda, bo miałam sobie chociaż trochę zrekompensować tej nocy fakt, że przegapiłam Ride w tym roku. No nic, powroty nie zawsze są dobrym pomysłem.

Chelsea Wolfe
- zaczynam rozumieć, że moja sympatia do artystki polega przede wszystkim na tym, że nie jestem na nią zdana przez godzinę. Wybieram sobie pojedyncze utwory i sprawia mi przyjemność jej ponura wyobraźnia i uroczy wokal. Ale na żywo przez sześćdziesiąt minut w zapełnionej sali piękno zamienia się w torturę - nagle zaczynasz sobie zdawać sprawę z wtórności i powtarzalności jej pomysłów. Wszystkie utwory brzmią tak samo, i jakoś dziwnie wpadają w klimaty Rykardy Parasol i innych ładnych pań z gitarami. Ponurość staje się pompatyczna i przesadna. Znika teatralność, którą jej przypisuję, kiedy jej nie oglądam - bo na scenie jest po prostu ładną kobietą z niezłym głosem, ale kompletnie pozbawioną charyzmy artystką. Szkoda.

The Pop Group - pamiętam, że nawet podobał mi się ich występ na Off Festivalu - być może była to wina ogólnej atmosfery, albo ilości piwa, albo że grało coś przed nimi, co wprawiło mnie w niezniszczalną euforię. Nie było zachwytu, bo Girls Against Boys pokazali nam, o co w powrotach chodzi - no ale dało się to znieść. Tymczasem ich występu w Rondzie nie można już określić nawet mianem znośnego - to było Happy Mondays w ich łódzkiej odsłonie (byliście może na tamtym koncercie, sto lat temu, gdzie emeryci brytyjskiego rave udawali, że ciągle wiedzą, co to dobra zabawa?), to był punk w jego najtańszej odsłonie. Masakra.

Lighning Bolt
- to co przeczytałam na ich temat przed pójściem na koncert wskazywało na epifanię. To, co zrobili na scenie w ciągu hmm… siedmiu minut, jakie dałam radę wytrzymać, przerosło moje najśmielsze oczekiwania i wyobrażenia na temat grania. Żaden z muzyków w tej grupie nie potrafi grać na swoim instrumencie - i niestety ubranie maski i krzyczenie niezrozumiałych tekstów tego faktu nie maskuje ani nie ratuje.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.