Facebook Google+ Twitter

Legalni piraci drogowi

Czyli rzecz o bezkarnych kierowcach autobusów miejskich...

Spędzając każdego dnia po kilka godzin za kierownicą, przeżywam wiele chwil grozy: gdybym nie zdejmował nogi z gazu, zapewne skończyłbym już dawno w drzwiach cudzego samochodu. Powodem takich nieprzyjemnych i niebezpiecznych sytuacji są przeważnie ludzie, którzy kupili sobie właśnie piękny, wielki i okropnie drogi samochód i dzięki temu czują sie panami na drogach. Cały problem polega na tym, że o ile na prostej drodze potrafią wcisnąć gaz tak mocno, że pedał opiera się o podłogę, potrafią wymusić na kimś pierwszeństwo, lub wręcz zajechać drogę i bezczelnie obrzucić wyprzedzanego wymownym spojrzeniem mówiącym: „No co? Przecież ja mam lepszy samochód! Gdzie tu sie pchasz tym trupem?”, o tyle całkowicie głupieją, jeśli mają wykonać najprostszy manewr na skrzyżowaniu, czy rondzie. Prędzej czy później taka jazda kończy się zatrzymaniem przez policję, mandatem i punktami karnymi. Nie ma się czym przejmować, bo ktoś jednak nad tym czuwa. Prawdziwym problemem natomiast są kierowcy autobusów miejskich.

W mniemaniu tychże delikwentów pierwszeństwo na drodze ma ten pojazd, który jest większy. Standardowe powiedzonko kierowców autobusów brzmi: „Ja jadę pierwszy! Idę masą!”. No tak. Masa mojego samochodu jest nieporównywalna do masy takiego Solarisa czy Ikarusa mimo, że samochód, którym jeżdżę, do maleństw raczej nie należy.

Wymuszanie pierwszeństwa jest na porządku dziennym. Jak głosi wszechmocny kodeks drogowy - autobus ma pierwszeństwo przy włączaniu się do ruchu. Pierwszeństwo przysługuje mu jednak tylko przy wyjeżdżaniu z zatoczki autobusowej. Jak to wygląda w interpretacji kierowców firmy ZTM? Ich zdaniem wystarczy włączyć kierunkowskaz, skręcić kierownicę i już. Jeśli robią to przy okazji opuszczania przystanku to teoretycznie mają prawo tak czynić. Szkoda tylko, że nie wezmą pod uwagę tego, że tuż obok autobusu jedzie samochód osobowy z prędkością 60 km/h i nie da rady wyhamować. Gorzej, jeśli kierowca uzna, że taki sam przywilej ma na wszystkich pasach. W tym momencie zaczyna sie wszechobecna na warszawskich drogach przepychanka, niejednokrotnie kończąca się stłuczkami. Ja tak robić nie mogę, bo chociaż mój samochód waży te 1800 kg, jest to niczym w porównaniu z wagą autobusu - ja „masą iść” nie mogę.

Każdy kierowca wie (a jak nie wie to dowiedzieć się powinien), że znaki drogowe dzielą się na pionowe i poziome. Pionowe to te na słupkach, poziome - namalowane na ulicy. Ileż razy widziałem autobusy pędzące przez skrzyżowanie na wprost, mimo znaków poziomych, wyraźnie nakazujących skręt w prawo z tego pasa. Jeśli ja tak zrobię, a za skrzyżowaniem będzie stał radiowóz, to słono za wybryk zapłacę. No, ale ja nie jadę autobusem.

Chociaż większość czasu spędzam za kierownicą, jeżdżąc po ścisłym centrum Warszawy, nigdy nie widziałem autobusu zatrzymanego przez policję. Nie zauważyłem jeszcze, by kierowca autobusu legitymował się przed panami z drogówki dowodem rejestracyjnym oraz prawem jazdy. Zapytany przeze mnie o te dziwne zwyczaje policjant z drogówki odparł rezolutnie: - Wie pan, im się spieszy, ich obowiązuje rozkład jazdy. Na moje jakże naiwne pytanie, czy mi nie może się spieszyć, usłyszałem coś, czego spodziewać się mogłem: - No tak, ale pan nie prowadzi autobusu.

I choć wiele już razy obiecywałem sobie, że następnym razem nie zdejmę nogi z gazu widząc autobus wymuszający pierwszeństwo, że przywalę w niego z całym impetem, na jaki pozwoli mi przepisowa prędkość 50 km/h, to jednak nadal za każdym razem hamuję. Bo wiem, że kierowcy to zupełnie nie zainteresuje, on wyjmie gazetę i poczeka na instruktora ZTM, lub policję. Takim heroicznym wyczynem mogę tylko skrzywdzić któregoś z pasażerów.

Znajomy, który pracował kiedyś jako kierowca autobusu, powiedział mi szczerze: - Wiesz jak to jest. Masz stłuczkę – masz wolne. A jak nie z twojej winy to jeszcze lepiej, nie polecą ci po wypłacie. I faktycznie to się sprawdza. W lutym miałem stłuczkę z autobusem. Przyznam, że chciałem się "na chama" przed niego wepchnąć. Po tym jak rozwalił mi drzwi - zobaczyłem go z gazetką, rozłożoną na kierownicy, herbatkę sobie nalał - i fajrant, koniec pracy na dziś.

A to, że w tym samym miejscu, codziennie widzę autobusy robiące dokładnie to samo, co ja w lutym, to już nikogo nie obchodzi. No bo przecież ja nie jechałem autobusem...

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

A ja nie mam problemow z kierowcami autobusow. Jak widze ze mruga kierunkiem bo chce sie wlaczyc - zwalniam, blysne dlugimi ze czekam, on sie wlaczy, podziekuje awaryjkami calkiem nierzadko. Mi to wisi czy bede auto przed czy auto za. Dojechac i tak dojade. Zawsze wyjezdzam wczesniej, zeby sie nie spieszyc. Stosuje zasade bardzo prosta - postepuj z innymi tak, jak chcialbys aby inni postepowali z Toba. Sprawdza sie od lat. I Warszawa nie ma tu nic do rzeczy - buraka mozna spotkac wszedzie;-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Warszawa to takie miasto. Pełne zestresowanych ludzi. Za każdym razem , kiedy przyjadę do Wa-wy, mam wrażenie ze na ulicach trwa wojna. Kiedy jeszcze byłem warszawiakiem, nie zwracałem na to uwagi, bo sam byłem żołnierzem i brałem udział w tym "konflikcie zbrojnym". Bezrefleksyjnie i intuicyjnie.
Wydaje mi sie ze w dużej części zachowania agresywne spowodowane są potwornym tłokiem i ciągłym bałaganem komunikacyjnym a nie tylko mentalnością kierowców. Od kiedy wyprowadziłem sie z rodzinnego miasta na prowincje , zmieniłem sposób jazdy.
Jeśli chodzi o kierowców autobusów - gdyby policja konsekwentnie ścigała ich wykroczenia ich rozkłady jazdy posypałyby sie i publiczna komunikacja byłaby sparaliżowana.Warszawa to drogowy kolaps, komunikacyjna czarna dziura. Nie znam innej stolicy z równie znikoma ilością ulic przystosowanych do takiego natężenia ruchu.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.