Pozycja materiału w rankingach:
Legendy i podania wiążą się zarówno z pięknymi zabytkami, jak i z ciemnymi, opuszczonymi zaułkami. Wiele z nich zostało już zapomnianych. Te, które nadal żyją w naszej pamięci lub na kartach książek warto wciąż na nowo opowiadać. Poznajcie legendy wrocławskie.
Uwielbiam słuchać legend dotyczących różnych miejsc we Wrocławiu lub w okolicach, a później wyruszać ich szlakiem, wyobrażając sobie, że poznana historia właśnie tu i teraz się rozgrywa. Wielkie miasta, urokliwe miasteczka i spokojnie wsie – wiele z nich ma swoje własne legendy i podania, przekazywane z pokolenia na pokolenie, ocalone i zapisane na kartach książek. Z samym Dolnym Śląskiem wiąże się ich kilkaset, a są to tylko opowieści, które można odszukać w różnych książkach, starych i nowszych wydawnictwach. Kto wie, ile ich jeszcze znajduje się lub znajdowało w pamięci naszych dziadków i babć…
O jej względy zabiegało wielu młodzieńców, ale Franciszek postanowił, że odda rękę jedynej córki tylko mężczyźnie, który będzie bogaty. Mistrz miał czeladnika imieniem Henryk. Chłopak zadurzył się w Barbarze, a ona odwzajemniła jego uczucie. Spotykali się potajemnie, wiedząc, że Franciszek nie pochwali ich związku. Pech chciał, że pewnego dnia zakochanych nakrył zazdrosny o względy Barbary czeladnik Jakub. Szybko powiadomił mistrza o tym, co zobaczył. Franciszek postanowił ukryć się i zaczekać na młodych, by przekonać się na własne oczy, czy Jakub mówił prawdę. Zobaczywszy córkę w objęciach ubogiego czeladnika, wyszedł z kryjówki i, kipiąc ze złości, wygonił Henryka ze swego domu. Nic nie pomogły zapewnienia kochanków o płomiennym uczuciu, którym się darzyli.
Barbara uwierzyła w opowieści Henryka o tym, jak uczciwą i ciężką pracą zdobył majątek. Mistrz Franciszek również przekonał się do młodzieńca i zachłannie przeglądał przywiezione skarby. Przypadkiem znalazł wśród nich zakrwawiony świstek z pismem starego przyjaciela, którego niedawno zabili zbójcy. Mistrz natychmiast wygonił Henryka z domu. Czeladnik zrozumiał, że ojciec Barbary czegoś się domyślił. Był na niego wściekły. Teraz już nigdy nie będzie mógł zobaczyć się z piękną, słodką Barbarą… Męczony koszmarami, podszedł w nocy pod dom złotnika i podłożył ogień. Szybko pobiegł przez most Piaskowy do katedry. Wspiął się po stopniach na wieżę i wyglądając przez okienko, napawał się widokiem płomieni. Dom Franciszka spalił się niemal doszczętnie. Zadowolony z zemsty Henryk chciał cofnąć głowę, ale mury ją uwięziły, zaciskając się coraz bardziej wokół jego szyi. Młodzieniec krzyczał, ale nikt go nie słyszał – wszyscy na dole byli przejęci pożarem. Do dziś na południowej wieży katedry można zobaczyć twarz Henryka wykrzywioną grymasem przerażenia i bólu. Ku przestrodze…Zobacz także:
Artykuły
(84)
Galerie
(53)
Średnia ocen
(4.92)
Wiek: 27 | Miejscowość: Wrocław | Kraj: Polska
Ostatnie artykuły autora:
Sortuj komentarze:
Klara Maj 16.08.2008 22:46
zbieranie informacji o własnym mieście, sprawa zacna. Ja co prawda wolę jeździć śladami Carrie Bradshaw;] ale cóż, nie każdy może mieszkać w Nowym Jorku;] a na serio, świadomośc własnego pochodzenia, zamieszkania to sprawa nie do przecenienia.
Autor usunął profil 16.08.2008 21:39
Plus Marto, za tą historię pięknie opowiedzianą! Pisz dalej - będę czekał !
Marta Szloser 16.08.2008 14:09
elbesko, może masz rację. Tak wbudowana głowa rzeczywiście mogłaby spoglądać w okolice Rynku...
Autor usunął profil 16.08.2008 13:44
Legenda chociaż okrutna, to jednak posiada swój urok no i morał, co jest oczywiste w tego typu legendach. Jednak wydaje mi się, że podczas remontu katedry budowniczowie w zły sposób umieścili tę głowę w murze - przypuszczam, że prostokątna część kamienia powinna być wpuszczona dłuższym końcem w mur, a głowa powinna być być skierowana prostopadle do muru. Jeżeli ten zły Henryk patrzał na palący się dom złotnika, to linia jego wzroku powinna być skierowana w kierunku tego domu - znany złotnik na pewno mieszkał na Rynku albo bardzo blisko, bo inaczej nie byłby znanym złotnikiem. Nie znam dobrze topografii Wrocławia - ale jakiś chętny wrocławianin mógłby zrobić taki eksperyment.
Donald Pottier i jego jet car, czyli... 6 tys. KM. Zobaczcie sami!
(odsłon: +1054)